Dawno lekcja płynąca z czerwca 1989 nie była równie aktualna jak teraz gdy o wolne wybory znów trzeba walczyć. Kto wtedy w głosowaniu wziął udział, skorzystał na tym od razu – jak Solidarność, bo wygrała – albo po dwóch latach, jak KPN czy Korwin. Za to kto czerwcowe wybory zbojkotował, trafił do muzeum jak PPN i Solidarność Walcząca.

Hasło z plakatu z budzikiem „nie śpij bo cię przegłosują” okazało się trwale prawdziwe.

To nie jest okazja do składania kwiatów, bo na szczęście nie było ofiar. W odróżnieniu od innych krajów bloku zabrakło w Polsce radosnych tłumów na ulicach. Komunizm odchodził tak jak panowal: szaro i smutno. Za to jego kadry powracały potem wraz z SLD, czasem z PiS.

Władza do kompromisu przymuszona

Zgoda władzy na wybory czerwcowe nie była efektem dobrej woli ani założonego z góry planu politycznego. Od ponad roku – w kwietniu i maju oraz sierpniu 1988 r. trwały strajki, które w końcu zmusiły PZPR do ustępstw, wobec fiaska dotychczasowej polityki. Istnienie frakcji reformatorskiej w partii komunistycznej było faktem, ale paradoks polegał na tym, że stan wojenny wprowadzali w grudniu 1981 r partyjni liberałowie: generałowie Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak i Florian Siwicki oraz intelektualiści z PZPR Mieczysław F. Rakowski i Jerzy Urban. Udało im się osłabić opozycję, ale próby ożywienia gospodarki spaliły na panewce, przez całe lata 80 zachował się system kartkowy z racjonowaniem podstawowych produktów, co w Europie w 4o lat po wojnie stanowiło fakt bez precedensu. Utrzymywała się socjalistyczna gospodarka niedoborów, czas oczekiwania na mieszkanie wydłużył do 30 lat, wstrzymano inwestycje rozbuchane za rządów Edwarda Gierka, ponad milion ludzi wyjechało za granicę, większość emigrantów stanowiły osoby dobrze wykształcone. Pod koniec lat 80 grupa intelektualistów powiązanych z władzą z komitetu Polska 2000 sporządziła raport przewidujący w okolicach tej daty wybuch kolejnego konfliktu społecznego, ostrzejszego niż zapamiętany z 1980 r. Władze we wrześniu 1986 r. ogłosiły amnestię dla więźniów politycznych, co miało osłabić opozycję, podkopując jej moralne fundamenty działania. Nie przeszkadzało to rządowej propagandzie, podobnie jak dzieje się obecnie, obarczać opozycję w kraju i wrogie ośrodki za granicą odpowiedzialnością za wszelkie niepowodzenia i trudności. Przedsiębiorczość Polaków znajdowała wyraz w firmach polonijnych i z kapitałem zagranicznym oraz krótkich wyjazdach na saksy. Sklepy świeciły pustkami, a ci, którzy sobie radzili, kupowali za dolary w Peweksach.

Jesienią 1987 r. Jaruzelski rozpisał referendum z zapytaniem o zgodę na reformy gospodarcze za cenę przejściowego obniżenia poziomu życia, ale ludzie na nie nie poszli. Najlepszą odpowiedź generałowi dała wykreowana przez młode pokolenie Pomarańczowa Alternatywa, której animatorzy przebrani za krasnoludki na ulicy Świdnickiej we Wrocławiu rozdawali przechodniom kartki do głosowania z pytaniem: czy jesteś za mroźną zimą nawet gdyby miała trwać pół roku. Podczas innej akcji wręczano rolki niedostępnego w sklepach papieru toaletowego. Pomimo fiaska referendum rząd wprowadził od 1 lutego 1988 r. drastyczne podwyżki cen.

Falę protestów organizowało młode pokolenie robotników i studentów, któremu bliska była legenda Solidarności z 1980 r. ale obca trauma porażki po 13 grudnia 1981 r, bo wtedy byli jeszcze w szkole. W kwietniu i maju 1988 r. zastrajkowała komunikacja miejska w Bydgoszczy i Stalowa Wola, dołączyły do nich dawne twierdze Solidarności: Nowa Huta gdzie strajkiem pokierował Andrzej Szewczuwaniec oraz Stocznia Gdańska pod przywództwem Alojzego Szablewskiego. Gdy w nocy z 4 na 5 maja milicja i brygada antyterrorystyczna siłą złamały strajk w Nowej Hucie, od rana zgodnie z planem strajkował Uniwersytet Warszawski. W ruchu studenckim nastąpiła zmiana pokoleniowa, miejsce działaczy na urlopach dziekańskich częściej widywanych na mszach za ojczyznę niż na zajęciach na uczelni zajęli nowi liderzy, normalnie uczęszczający na wykłady i stawiąjcy postulaty takie jak ratowanie rozpadającej się Biblioteki Uniwersyteckiej i poprawa warunków życia w akademikach. Protestami na UW kierowali działacze NZS, którzy w 1980 dopiero szli do liceum, jak Andrzej Anusz i Mariusz Kamiński. Również w jednodniowym strajku w Ursusie 9 maja 1988 sprawczą rolę odegrało młode pokolenie robotników, niespełna dwudziestolatków jak Mariusz Ambroziak. Ustrój reprezentował marazm, liczyło się więc poczucie humoru, dlatego nawet wychodzący po strajku w maju 1988 r. wielotysięcznymi szeregami gdańscy stoczniowcy pomimo poczucia niedosytu skandowali dowcipnie „jest nas trzystu, jest na trzystu”, bo taką liczbę uczestników protestu podawał wcześniej Urban zagranicznym korespondentom.

Podczas wizyty Michaiła Gorbaczowa w lipcu 1988 r. przywódca ZSRR, zapytany w trakcie spotkania na Zamku Królewskim przez historyka idei Marcina Króla, nie potwierdził, że wciąż obowiązuje doktryna Leonida Breżniewa ograniczonej suwerenności państw socjalistycznych, przyznająca Związkowi Radzieckiemu prawo od interwencji zbrojnej tam, gdzie uzna ustrój za zagrożony. Oznaczało to, że towarzysze z Polski muszą sobie radzić sami.

W sierpniu 1988 r. wybuchła kolejna masowa fala strajków, do stoczniowców dołączyli górnicy. Po spacyfikowaniu kilku kopalń władza przystała na rozmowy. Symbolicznie, bo 31 sierpnia a więc w ósmą rocznicę porozumień gdańskich pod patronatem Kościoła doszło do spotkania Lecha Wałęsy z Czesławem Kiszczakiem, kiedyś głównym twórcą logistyki stanu wojennego, wciąż zaś ministrem spraw wewnętrznych i prawą ręką Jaruzelskiego.

Od września toczyły się pertraktacje w zamkniętej willi w Magdalence, w których stronę opozycyjną reprezentowali m.in. Lech Kaczyński i Adam Michnik, zaś PZPR sam Kiszczak oraz prof. Janusz Reykowski. Właśnie Magdalenka, a nie Okrągły Stół, który przygotowała stała się symbolem zakulisowego porozumienia z komunistami, sekretarz Kiszczaka Krzysztof Dubiński nazwał je nawet w tytule książki „Transakcją epoki” [1].

W telewizyjnej debacie liderów związkowych 30 listopada 1988 r. Lech Wałęsa pokonał Alfreda Miodowicza z OPZZ, po raz pierwszy od siedmiu lat zyskując możliwość tak szerokiej prezentacji swoich poglądów. W styczniu 1989 r. kierownictwo PZPR na plenum Komitetu Centralnego wystąpiło o votum zaufania, które uzyskało: sporo było w tym teatru, bo demokrację wewnątrzpartyjną Jaruzelski zlikwidował na początku lat 80, „tnąc po skrzydłach”, jak sam aparat to określał.

Przy Okrągłym Stole (6 lutego – 5 kwietnia 1989 r.) ustalono, że wybory odbędą się już w czerwcu, a większość mandatów w Sejmie objęta zostanie zamkniętą dla innych konkurencją ugrupowań, określanych jako strona koalicyjno-rządowa. Nie brano pod uwagę, że Zjednoczone Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Demokratyczne zbuntują się przeciw PZPR. O resztę mandatów sejmowych i wszystkie senackie toczyć się miała swobodna rywalizacja. Odrodzenie Senatu, który komuniści po wojnie zlikwidowali (jego zniesienia dotyczyło jedno z pytań referendum „trzy razy tak” z 1946 r.) zaproponował niespodziewanie Aleksander Kwaśniewski. Nie było jednak mu dane senatorem zostać, chociaż uzyskał dobry wynik: 38 proc z Koszalińskiego.

Ulubieniec Jaruzelskiego, członek kierownictwa PZPR, dawny sekretarz komitetu wojewódzkiego ze Słupska Zygmunt Czarzasty (lukrowane relacje DTV z jego terenu prowokowały dowcipy, że socjalizmu nie da się zbudować w jednym kraju, ale w jednym województwie – tak), kierujący kampanią partii, martwił się, że gdy PZPR osiągnie za dobry wynik, a „Solidarność” zdobędzie niewiele mandatów – Zachód nie uwierzy w demokratyczny charakter głosowania. Bliższa rzeczywistości pozostawała opozycja, ale jej prognozy zakładały uzyskanie 40 na 100 mandatów do Senatu. Ostatecznie było ich 99. Wystarczyło to, żeby koniec komunizmu ogłosiła w telewizji aktorka Joanna Szczepkowska. 

Zanim to jednak nastąpiło, strona koalicyjno-rządowa popełniła wszystkie możliwe błędy. Oprócz znanych działaczy PZPR wystawiano celebrytów (Marek Kotański, milicjant Jan Płócienniczak prowadzący telewizyjny program 997, spiker DTV Grzegorz Woźniak) rozbijających głosy sobie nawzajem, podczas gdy Solidarność wyznaczyła dokładnie tylu kandydatów, na ile miejsc w parlamencie mogła liczyć. Nie zdobyła tylko jednego: w województwie pilskim Piotra Baumgarta z „S” Rolników Indywidualnych, który zaniedbał fotografowanie się z Wałęsą pokonał miliarder Henryk Stokłosa. W Senacie mógł się poczuć samotny, bo pozostałych 99 mandatariuszy reprezentowało Obywatelski Klub Parlamentarny.

Z listy krajowej z 35 prominentów PZPR i „stronnictw sojuszniczych” do Sejmu wybrano zaledwie dwóch: seksuologa Mikołaja Kozakiewicza (wkrótce został jego marszałkiem) oraz Adama Zielińskiego, który był na liście ostatni: rozeźleni na komunistów za pół wieku rządów wyborcy kreślili zamaszyście, skreślenia nie sięgały jego nazwiska i tak zdobył mandat.

W 1989 r. nie było już dziesięciomilionowej Solidarności. Ale wybory – przy udziale 62 proc uprawnionych – przybrały kształt plebiscytu, oceny dotychczas rządzących. – Wygrał mit Solidarności – tak oceniał wynik wyborów z 4 czerwca 1989 r. niedawno zmarły Karol Modzelewski, historyk i były rzecznik Związku.

Niespodziewanie rekordy poparcia odnotowała Solidarność w województwach zwanych zielonymi, rolniczych, gdzie czasem nie przetrwały nawet struktury opozycji, silnym za to autorytetem cieszył się Kościół.

Wielki aktor Gustaw Holoubek zdobył 75 proc głosów w Krośnieńskiem, zaś lekarka Zofia Kuratowska – nawet 82 proc z Nowosądeckiego do Senatu.  

Rywale Solidarności z opozycji nie zdobyli żadnego mandatu: przewodniczący KPN Leszek Moczulski z 10 proc głosów przegrał z Janem Rokitą w Krakowie, w Szczecinie Zbigniew Brzycki przekroczył 15 proc co było dla KPN rekordem. Przyszło więc poczekać jeszcze ponad dwa lata. Janusz Korwin-Mikke z Ruchu Polityki Realnej odnotował we Wrocławiu 1,3 proc. Mecenas Władysław Siła-Nowicki kandydujący z poparciem odradzającej się chadecji przeciw Jackowi Kuroniowi na warszawskim Żoliborzu – 21 proc.      

Za to z licznej stawki kandydatów koalicyjno- rządowych w całym kraju tylko troje zdobyło mandaty poselskie już 4 czerwca, bez potrzeby stawania do drugiej tury: Teresa Liszcz i Władysław Żabiński z ZSL oraz Marian Czerwiński z PZPR, który później przy wyborze prezydenta zagłosował przeciw Jaruzelskiemu, wykazując się większą odwagą cywilną, niż kilkunastu parlamentarzystów OKP.   

Rozmiarów zwycięstwa nie przewidział bowiem nikt, co wywołało w Solidarności rychły zawrót głowy. Ponieważ padła lista krajowa i do obsadzenia pozostawało 33 z 35 mandatów, przystano na to, żeby o ich rozdziale zdecydowała Rada Państwa, ta sama która wprowadzała stan wojenny: uczyniła je w drugiej turze przedmiotem rywalizacji kandydatów PZPR. W lipcu Zgromadzenie Narodowe wybrało Jaruzelskiego prezydentem. Jednak rządu PZPR nie była już w stanie wyłonić: misję jego sformowania sam Kiszczak uznał za nieudaną. W sierpniu nastąpiło odwrócenie koalicji. Roman Malinowski z ZSL i Jerzy Jóźwiak z SD po spotkaniu z Wałęsą ogłosili, że wspólnie tworzą rząd. Dotychczasowi satelici PZPR okazali się współtwórcami nowej Polski. We wrześniu powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego, nazywany już pierwszym niekomunistycznym, chociaż teki ministrów siłowych zachowali jeszcze przedstawiciele PZPR: generałowie Kiszczak i Siwicki.

Ceną przejęcia władzy – o czym nie mogli z góry wiedzieć głosujący w wyborach czerwcowych – stało się zarzucenie prospołecznego programu dziesięciomilionowej Solidarności, przewidującego m.in. zarządzanie fabrykami przez ich załogi. Korzeni Związku nie miał kto bronić, bo wielu ofiarnych działaczy z terenu nękanych represjami w latach 80 udało się na emigrację. Przed porzuceniem społecznej bazy w wielkich fabrykach przestrzegali doradcy Solidarności ekonomiści Tadeusz Kowalik, Stefan Kurowski i Dariusz Grabowski.  Sternikiem gospodarki został jednak Leszek Balcerowicz, czwarty, któremu Mazowiecki tę rolę zaproponował. Wcześniej odmówili: lider solidarnościowych ekonomistów przy Okrągłym Stole Witold Trzeciakowski, Cezary Józefiak i Waldemar Kuczyński.      

W grudniu 1989 r. kontraktowy Sejm pospiesznie przyjmował pakiet dziesięciu ustaw, składających się na plan Balcerowicza. Terapia szokowa, podpowiedziana przez młodego amerykańskiego profesora Jeffreya Sachsa, przedtem testującego podobne rozwiązania w Boliwii, doprowadziła do wypełnienia półek w sklepach ale obecne w nich towary uczyniła niedostępnymi dla znacznej grupy Polaków. Nowy podatek, popiwek zdusił ich wynagrodzenia. Powróciła znana z międzywojnia plaga bezrobocia. Nie jest to już jednak winą strajkujących w maju 1988 r, ani twórców kampanii przed 4 czerwca 1989 r. Tego samego dnia na pekińskim placu Tienanmen czołgi rozjechały protest domagających się demokratyzacji studentów. Polska stała się symbolem pokojowego demontażu komunizmu, co potwierdziła zmiana nazwy państwa z PRL na Rzeczpospolitą Polską od nowego roku 1990 r. oraz przywrócenie orłowi z godła korony.

O wyższości uczestnictwa

Najbardziej znanym plakatem z tamtej kampanii pozostaje ten z kowbojem. Ale zaraz po nim – inny z budzikiem i wezwaniem: nie śpij, bo cię przegłosują. Spełniło się co do joty. Kto wziął udział w tamtych wyborach, obojętne czy je wygrał jak Solidarność czy przegrał jak PZPR ale także bardziej radykalna KPN czy Ruch Polityki Realnej Janusza Korwin-Mikkego – ten kształtował późniejszą scenę polityczną. Jedni czynili to pod własną marką, inni pod zmienioną, jak partia przedtem rządząca, a później występująca pod szyldami Socjaldemokracji RP oraz Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Co się odwlecze, to nie uciecze. W pierwszych wolnych wyborach w 1991 r. KPN wprowadziła do Sejmu 50 posłów. Unia Polityki Realnej miała ledwie paru, ale Korwin nie próżnował, bo to on zgłosił pamiętną uchwałę o ujawnieniu zasobów archiwalnych MSW, która zapoczątkowała akcję lustracyjną Antoniego Macierewicza i doprowadziła do odwołania rządu Jana Olszewskiego, którego los zresztą, jak z sejmowej arytmetyki wynikało, od dawna był przesądzony, zwłaszcza że potencjalny sojusznik Jarosław Kaczyński ze swoim Porozumieniem Centrum grał już na nową koalicję z Unią Demokratyczną, do której ostatecznie nie doszło: rząd Hanny Suchockiej wprawdzie powstał, ale Kaczyńskiego w nim nie chciano.

Demokracja to nie chorągiewki czyli 30 lat minęło

Trzydziestolecie wolnych wyborów w Polsce przypada akurat w czasie, w którym trzeba znów ich bronić. 27 maja 1990 r. Polacy po raz pierwszy od 1928 zagłosowali bez ograniczeń i kontraktu politycznego. Przy nikłej frekwencji bo ledwie 42 proc, wybrali radnych w gminach.

Read more

Za to wszyscy, którzy przed 4 czerwca 1989 r. nieroztropnie zaapelowali do zwolenników o pozostanie w domach, zniknęli z polityki, niezależnie od wcześniejszych zasług i pozycji. Dotknęło to zarówno Solidarność Walczącą Kornela Morawieckiego – w latach 8o trzecią po wałęsowskiej NSZZ „S” i KPN Moczulskiego siłę antykomunistycznego oporu – jak Polską Partię Niepodległościową, kierowaną przez zasłużonych w walce z ustrojem: Tadeusza Stańskiego i Romualda Szeremietiewa. Wyborcy również później nie znali litości dla tych, którzy w czerwcu podpowiadali im fałszywie.

Karol Marks powiedział kiedyś, że jeśli historia się powtarza, to wyłącznie jako farsa. W dobie kolejnego zawirowania przedwyborczego wezwanie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej do bojkotu wyborów prezydenckich doprowadziło do spadku jej poparcia z 26 proc do 4 proc (w stawce rywali znalazła się za młodym celebrytą z Konfederacji Krzysztofem Bosakiem) i zmusiło Platformę Obywatelską do podmienienia kandydata.  Nowy, Rafał Trzaskowski, zachęca żeby na wybory pójść i… też ma 26 proc. jak kiedyś Kidawa (badanie Pollsteru dla SuperExpressu). Polacy wydają się pamiętać że przez czas między 1928 a 1989 pozbawieni byli możliwości wyboru i wyciągają właściwe wnioski.        

Kowboj z plakatu już dawno na emeryturze jeśli nie na bezrobociu, przetrwał za to pięknie sens innego afisza z budzikiem: nie śpij, bo cię przegłosują… Nic dodać, nic ująć. Rzadko lekcja historii aktualizuje nam się tak jednoznacznie.                                                          

[1] por. Krzysztof  Dubiński. Magdalenka: transakcja epoki. Sylwa, Warszawa 1990

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here