50 % plus czyli sokratejski paradoks demokracji

0
96

Wyniku wyborów jeszcze nie znamy, ale to, co już pewne – nikła różnica między pretendentami do prezydentury – powinna skłonić polityków do pokory. Zwycięzca będzie mógł pochwalić się poparciem zaledwie do trzeciego Polaka. Slaby to tytul do chwały.

Przemądrzali zwykle rodzimi politycy odebrali niespodziewaną lekcję równości – zawsze wiedzą lepiej, teraz zaś… tyle, co inni obywatele.

Wszystko zgadza się z regułami demokratycznymi. Paradoks exit polls polega na tym, że nie są to wyniki, tylko efekt pewnej symulacji – taki sondaż tym rożni się od przedwyborczych, że przeprowadza się go w dniu głosowania przed lokalami wyborczymi. Pyta się oczywiście nie wszystkich, tylko wyselekcjonowaną grupę. Ankieter ani nikt, kto bilansuje efekt jego pracy nie jest też w stanie zweryfikować, czy głosujący mówią prawdę o tym, kogo wskazali na karcie wyborczej.

Przekonaliśmy się o tym w 1993 r. w sztabie Kongresu Liberalno-Demokratycznego, partii dwie kadencje wcześniej rządzącej (gabinet Jana Krzysztofa Bieleckiego stanowiący efekt kaprysu Lecha Wałęsy, ale jeden z przyzwoitszych polskich rządów, co przyznaję choć to właśnie Bielecki z rzecznikiem Andrzejem Zarębskim wiosną 1991 r, wyrzucali mnie z telewizji wraz z całym programem Obserwator, pierwszym w historii tej instytucji dziennikiem bez komunistów), zaś  w poprzedzającej tamte wybory kadencji – współrządzącej (gabinet Hanny Suchockiej, dla odmiany słaby i faktycznie torujący komunistom drogę do powrotu do władzy). Otóż w noc wyborczą w sztabie KLD wiwatami przyjęto pierwsze exit polls, dające partii miejsca w Sejmie. Rezultaty oficjalne okazały się mniej korzystne. Już wkrótce nagrywałem dla Wiadomości TVP smutnego Donalda Tuska w nowej dla niego roli… polityka pozaparlamentarnego. Radość liberałów okazała się bowiem przedwczesna. Łatwo wytłumaczyć dlaczego popularne „egzitpole” wynik przeszacowały: KLD uchodziło wtedy za partię warszawskiej Harendy, niczym pub na Oboźnej modną i luzacką, więc przyznawali się do niej zapewne również ci, którzy zagłosowali na zwycięskie wtedy ale wciąż przaśne pomimo faceliftingu Aleksandra Kwaśniewskiego SLD czy inne „obciachowe” partie.

Żeby jednak było sprawiedliwie, przedwcześnie cieszyło się z miejsc w Sejmie w tym samym 1993 roku również Porozumienie Ludowe Gabriela Janowskiego – przykładnie patriotyczne, narodowe a przy tym broniące polskiej własności, czego o liberałach nawet najzagorzalszy ich zwolennik powiedzieć nie może. Przyczyna przeszacowania partii Janowskiego, akurat dobrego ministra w fatalnym rządzie Suchockiej, okazała się równie czytelna, ale inna niż w wypadku szpanerskiego KLD. Pełna nazwa komitetu brzmiała bowiem PSL-PL. Obok formacji Janowskiego w wyborach startowało oczywiście Polskie Stronnictwo Ludowe Waldemara Pawlaka, uzyskując w nich drugi wynik, co prezesowi pozwoliło stanąć na czele rządu, bo Kwaśniewski mierzył już  prezydenturę i ustapił miejsca w fotelu premiera koalicjantowi. Rolnicy starannie na karcie wyborczej zakreślali właściwe PSL, ale już ankieterowi pod gmachem wiejskiej szkoły odpowiadali niedbale – w cztery lata po upadku socjalizmu, którego nie lubili, gość z notatnikiem kojarzył się z osobą urzędową, niegodną zaufania. Stąd dotkliwa dla partii Janowskiego omyłka.   

Z perspektywy historii to jednak tylko anegdoty choć – przyznajmy – nieśmieszne dla ich bohaterów. Nie dotyczyły nawet zwycięzców, tylko partii desperacko walczących o sforsowanie progu pięcioprocentowego.

Zasadniczo jednak exit polls – a zapoczątkowała u nas takie badania niemiecka firma Infas (przez co jakiś czas zwano je nawet w slangu sztabowców infasami) w trakcie pierwszych powszechnych wyborów prezydenckich w 1990 r – trafnie wskazywały, kto wybory wygra.

W tym roku w drugiej turze stało się inaczej, ale też w tej kampanii wszystko było odmienne niż w poprzednich – nie dało się wyborów przeprowadzić w pierwszym ogłoszonym terminie 10 maja, za sprawą zarówno pandemii jak nieudolności władzy, która wbrew protestom społecznym porwała się na organizowanie wyborów korespondencyjnych co skończyło się kompromitacją. Co więcej, po raz pierwszy – już po tym terminie – doszło do podmienienia kandydata jednej z dwóch głównych partii, startującą w barwach PO Małgorzatę Kidawę-Błońską w trakcie kampanii zastąpił Rafał Trzaskowski.          

Wobec znaków zapytania, dotyczących najważniejszego rozstrzygnięcia – skupić się można na tym, co bezsporne i co już się nie zmieni. Bo w tym akurat wypadku nie da się powtórzyć za Sokratesem: wiemy, że nic nie wiemy.

W polityce nie ma remisów, podobnie jak w tenisie czy siatkówce. Różnica pozostaje jednak podstawowa: wymienione dyscypliny nie decydują o losach tych, którzy się nimi nie interesują – polityka jak najbardziej.

Urok demokracji polega na jej nieprzewidywalności. Instrumenty pomocnicze, takie jak wspomniane exit polls zawodzą przy wysokiej frekwencji i zbliżonym poparciu kandydatów, 50 proc z ułamkiem do 49 z hakiem, jeśli posłużyć się potocznymi kategoriami.

Mamy dowód, że wybory rozstrzygają się przy urnach nie w sondażach. Socjologowie zresztą potwierdzają, że badanie opinii jest tylko narzędziem, fotografią stanu świadomości społecznej aktualnym w momencie, gdy jest przeprowadzane.

Dopuszczalny błąd sondaży wynosi 2-3 proc, zawodzą więc, gdy każdy z rywali legitymuje się poparciem oscylującym w okolicach 50 proc głosujących.

Przywara władzy, przywilej wyborcy

Przywarą każdej ekipy rządzącej Polską było upartyjnianie państwa, ale PiS zarówno przez pięć ostatnich lat jak w pierwszym okresie u władzy (2005-7) przelicytowało w tej smutnej tendencji wszystkich poprzedników. Bronią obywateli pozostaje jednak karta do głosowania. Tak jak podziękowali za sprawowanie rządów AWS, SLD i PO, tak dziś skupiają się coraz bardziej przy kandydacie opozycyjnym na prezydenta. Awansu w sondażach jaki odnotował Rafał Trzaskowski już po pierwszej turze nie da się wytłumaczyć jego osobistymi walorami, charyzmą ani dynamiką kampanii – bo wszystko to trudno dostrzec. Łatwiej za to wskazać analogię z niedawnej historii: to fenomen zwycięskiej kampanii… Andrzeja Dudy sprzed pięciu lat, kiedy to społeczeństwo odczuwało zmęczenie ośmioleciem rządów PO.

Read more

Dla polityków oznacza to, że ich powoływanie się na wolę suwerena po tych wyborach będzie musiało mieć ograniczony charakter. Zwycięzca poszczyci się bowiem poparciem – jeśli uwzględnić absencję – jednej trzeciej Polaków uprawnionych do głosowania. Tylko tylu i aż tylu, chciałoby się powiedzieć. Nie znamy oficjalnego wyniku, ale wiemy, że nie będzie mógł stanowić alibi do żadnej zmiany systemowej. Rozwagę zachować będzie musiał zarówno obóz zwycięzcy jak i przegranego: pierwszy nie może poddać się pokusie arogancji, drugi zaś – rozpętania histerii, że wyniki sfałszowano.

Nie uprzedzajmy faktów – mawiał kultowy komentator Jan Ciszewski, relacjonujący historyczne sukcesy naszych piłkarzy. Właśnie, nie uprzedzajmy.     

Na użytek przyszłych wyborów mamy gotowy argument, żeby do głosowania zachęcać. I dowód, że nic nie jest z góry rozstrzygnięte. To akurat nie usterka, tylko całe piękno demokracji.   

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 5

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here