Ani kasta ani dykatura. Jak wypracować złoty środek w sporze o sądy

0
117

Rządzącym nie zależy na usprawnieniu sądownictwa, skoro odkąd PiS pozostaje u władzy czas postępowań jeszcze się wydłużył. Krytycyzm wobec wymiaru sprawiedliwości podziela wielu Polaków. Mają ku temu powody. Zorganizowany niedawno przez polityków PSL okrągły stół w Sejmie na temat przyszłości sądów zgromadził grono szerokie i reprezentatywne. Pracuje dalej.

Przejmowanie sądów przez PiS niesie za sobą fatalne skutki dla obywatela, ale niebezpieczne wydaje się też upowszechnianie przekonania, że lepiej nic nie zmieniać.

Na sobotni marsz tysiąca tóg przyszło 30 tysięcy osób, co zadaje kłam stereotypowi, że wolne sądy nie są sprawą angażującą emocje Polaków.

Wyrok uwalniający od odpowiedzialności za spowodowanie wypadku – bez prawa jazdy i badań technicznych samochodu – celebrytę Piotra Najsztuba (kiedyś pracował w „Gazecie Wyborczej”|, teraz jest znany z tego, że… jest znany), wykazuje fałsz poglądu, że wymiar sprawiedliwości działa bez zarzutu. Wcześniej sędziom zdarzyło się z całą powagą orzekać, że właściciel budynku nie ma obowiązku odśnieżania dachu, po zawaleniu się śląskiej hali.

Z kolei akcja nękania i zniesławiania sędziów, w którą zamieszani byli wysocy urzędnicy Ministerstwa Sprawiedliwości pokazała, że oferowane przez PiS lekarstwo okazuje się gorsze od samej choroby. Nie brak śmieszności: przed weekendem prezes sądu w Elblągu kazała togi oddać do depozytu, żeby sędziowie nie ubrali się w nie na warszawski marsz. Jak w nowym tygodniu odzyska autorytet, ferując wyroki nawet w drobnych sprawach?

Podobnie druzgocące dla prestiżu wymiaru sprawiedliwości okażą się zapisy pisowskiej ustawy kagańcowej, nakładającej na sędziów obowiązek ujawnienia wcześniejszej przynależności do partii i stowarzyszeń (co to podsądnego obchodzi?) a nawet nicków pod którymi występują w portalach społecznościowych. To ostatnie wymyślili zapewne urzędnicy Zbigniewa Ziobry odpowiedzialni za sponsorowanie hejtującej sędziów Małej Emi; ale odłóżmy żarty na bok, bo sprawa okazuje się poważna: grozi Polsce cofnięciem się o ponad 30 lat, a jak wiemy taka podróż w czasie nikomu jeszcze poza mistrzem pióra Arthurem Conan Doylem – przenoszącym bohaterów do świata dinozaurów i pterodaktyli – sukcesu nie przyniosła.

Niech prawo zawsze prawo znaczy…

Sąd Najwyższy, fot. Wikipedia

Stosunek prominentów do prawa w poprzednim ustroju oddaje reakcja prorządowego pisarza Wojciecha Żukrowskiego na wypuszczenie przez Edwarda Gierka z więzień – pod naciskiem intelektualistów i opinii zachodniej – robotników radomskich, którą tak relacjonował Jarosław Iwaszkiewicz w liście do Pawła Hertza: „Jeden Wojtek (ścierwo) gorszył się, że co za praworządność, jeżeli po wyrokach wypuszczają”. Autor „Sławy i chwały” zaraz zresztą smutno konkludował: „(..) Ale nie na praworządności państwo stoi” [1].

Trudno się więc dziwić, że w okresie karnawału Solidarności 1980-81 jednym z najpopularniejszych haseł stały się słowa Juliana Tuwima z „Kwiatów polskich”: Lecz nade wszystko słowom naszym. Zmienionych chytrze przez krętaczy. Jedyność przywróć i prawdziwość. Niech prawo zawsze prawo znaczy. A sprawiedliwość – sprawiedliwość. Jak zauważa w książce „Filozofia publiczna Solidarności” Elżbieta Ciżewska: „Legalizm Solidarności polegał przede wszystkim na przeświadczeniu, że prawo jest ważnym elementem ładu społecznego i politycznego (..). Powszechnie uważano, że ponad prawem stanowionym wewnątrz autorytarnego reżimu stoi prawo międzynarodowe i deklaracje praw człowieka (mówiące przecież o jego godności), które nie mogą być przedmiotem dowolnej umowy i na których powinno opierać się prawo krajowe (..). Celem opozycjonistów było wymuszenie na partii uznania tych praw nie tylko w teorii, ale też w praktyce, a z czasem uczynienie ich podstawą ustroju” [2]. PiS reprezentuje dziś tendencję odwrotną, to opozycja pozostaje kontynuatorką wykładni pierwszej Solidarności. Chociaż pojawia się też pewien dogmatyzm, bo gdyby serio przyjąć głoszoną przez Katarzynę Lubnauer zasadę, że nie dyskutuje się z tymi, którzy prawo łamią, to żadna wojna w historii nie mogłaby zakończyć się traktatem pokojowym, a setną rocznicę Wersalu przecież dopiero co mieliśmy.

Co charakterystyczne, w trakcie negocjacji akcesyjnych przed przyjęciem nas do Unii Europejskiej sprawa niezawisłości sądów nie okazała się kontrowersyjna. Dziś jej złamanie może nas nawet w dalszej perspektywie ze Zjednoczonej Europy wypchnąć, chyba, że znajdziemy rozwiązania pośrednie. Warto więc ich szukać.

Między dwoma radykalizmami

Wojnę o sądy wywołał PiS, lecz paradoksalnie – nie tylko on na niej zyskuje, ale również środowisko przezywane przez reżimowych propagandystów „kastą” (TVP szykuje nawet program pod takim tytułem), z zasady przeciwne wszelkim zmianom, nie tylko tym, co ograniczają wolność sądownictwa.

Teraz ścierają się dwa radykalizmy. Widać też, że potrzebują i nakręcają siebie nawzajem.
Reprezentowany przez korporację sędziowską i jej najostrzejszych obrońców zakłada, że stan wymiaru sprawiedliwości jest zadowalający, a patologie incydentalne. Sondaże pokazują jednak, że opinia publiczna nie podziela tego przekonania. Tylko 39 proc z nas wystawia sędziom pozytywną ocenę, według grudniowego badania IBRIS.

Podobnie wbrew statystykom zwolennicy tego, co pisowska władza określa mianem reformy wymiaru sprawiedliwości twierdzą, że wśród sędziów dominują gorliwi wykonawcy komunistycznych zaleceń w czasach poprzedniego ustroju. Wcale tak nie jest, bo wprawdzie dekomunizacji sędziów nie przeprowadzono, ale sprawę rozstrzygnęły biologia, upływ czasu i przepisy emerytalne. Średni wiek sędziego to dzisiaj 40 lat. Wprawdzie ok. 40 proc badanych przez IBRIS popiera pisowską ustawę kagańcową, która m.in. pod rygorem usunięcia z zawodu zabroni sędziom kwestionowania kompetencji kolegów, nawet tych bezprawnie powołanych – ale tyle samo przyznaje, że ograniczy ona niezależność sędziowską.

Rozmowa bez wyłączania mikrofonów

Szukaniem złotego środka zajmuje się Okrągły Stół, zwołany na zaproszenie wicemarszałka Sejmu Piotra Zgorzelskiego (PSL) i z udziałem kandydata na prezydenta Władysława Kosiniak-Kamysza. Wzięli w nim udział politycy ze wszystkich ugrupowań, bo nawet posłowie PiS zaglądali, co się dzieje. Spektrum debaty rozciągało się od lewicowej flanki Platformy (Kamila Gasiuk-Piechowicz) po Konfederację poprzez PO, PSL i Lewicę, ale byli także przedstawiciele istotnych środowisk spoza parlamentu: reprezentujący polskich przedsiębiorców Dariusz Grabowski i zwolennik jednomandatowych okręgów wyborczych Janusz Sanocki. Zaproszono również i wysłuchano przedstawicieli stowarzyszeń zakładanych przez osoby, uznające się za pokrzywdzone przez wymiar sprawiedliwości. Zwykle były one pomijane.

Wszystkie fronty PiS

Partię uwiera kamienica Banasia, ale Kaczyński wie, po co prowadzi swoich na tę wojnę domową. PiS zwalczy korupcję we własnym obozie

Read more

W trakcie spotkania Paweł Kukiz wskazał, że władza sądownicza jest jedną z trzech w państwie, obok ustawodawczej i wykonawczej, co oznacza, że powinna zachować niezależność, ale również podobnie jak dwie pozostałe podlegać elementarnej kontroli ze strony obywateli. W debacie powracał też postulat wprowadzenia sędziów pokoju – orzekaliby oni w drobnych sprawach, tam gdzie dziś nie ma sądów, przy czym powinni być prawnikami.

Okrągły Stół będzie pracował dalej, w zespołach roboczych. Na razie tylko z nim pozostaje łączyć nadzieję na wypracowanie złotego środka dla wymiaru sprawiedliwości, który uwzględni jego surowe oceny przez opinię publiczną, ale również zagwarantuje utrzymanie wolności od dysponentów politycznych. Zwłaszcza, że stopień zacietrzewienia zarówno w sejmowej sali obrad jak na ulicach raczej wyklucza, żeby akurat tam skuteczne rozwiązania znaleziono. Pozostaje więc debata: rozmowa, bez krzyku i odłączania innym mikrofonów. Na razie dopiero się zaczęła, ale warto pamiętać, że wszystkie badania opinii pokazują, że w kwestii sądów żadne skrajności nie zyskują poparcia większości Polaków. Jeśli więc przyjdzie się spotkać, to w pół drogi. Nawet za cenę rezygnacji przez jednych z paplaniny o kaście i sędziowskich kradzieżach na stacjach benzynowych, przez drugich zaś z zasady, że nie oddamy ani paragrafu…


[1] cyt wg: Radosław Romaniuk. Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza. Iskry, Warszawa 2017, t, 2, s. 576
[2] Elżbieta Ciżewska. Filozofia polityczna Solidarności. Solidarność 1980-81 z perspektywy republikańskiej tradycji politycznej. Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2010, s. 155

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 11

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here