Manuel Ferreras-Tascon (1969-2025)
Na długo przez 4 czerwca 1989 r. sala Audytorium Maximum wypełniona była do ostatniego miejsca, bo na Uniwersytet Warszawski po raz pierwszy od dawna przyjechał Jacek Kuroń. Gdy zaczęła się runda pytań, skorzystał z możliwości ich zadania szczupły student w okularach i swetrze: – Nazywam się Ferreras, jestem z KPN. Dlaczego totalitarny Komitet Obywatelski wystawia swoich kandydatów w demokratycznych wyborach? Szok wywołał wtedy okropny, Kuroń coś tam odpowiedział długo i nieciekawie. Ale z formalnego punktu widzenia rację miał działacz KPN Manuel Ferreras-Tascon: wybory miały być demokratyczne, chociaż ograniczone kontraktem politycznym, a członków Komitetu Obywatelskiego nikt nie wybierał: wszystkich ich powołał w trybie nominacji Lech Wałęsa.
Lubujący się w wynajdywaniu podobnych paradoksów student historii miał już wtedy za sobą parę lat działalności opozycyjnej. I wiele zatrzymań. Ostatnie z nich już w kwietniu 1989 r. za rozpowszechnianie plakatów i ulotek Konfederacji Polski Niepodległej. Wraz z grupą z Polskiej Organizacji Młodzieżowej, nazwą nawiązującą niedwuznacznie do legendarnego POW, przyjmowała Ferrerasa do KPN Katarzyna Pietrzyk, później w latach 1991-93 posłanka do pierwszego w całości wyłonionego w wolnych wyborach Sejmu. W Organizacji Akademickiej KPN “Orzeł Biały” Manuel Ferreras-Tascon działał pod kierownictwem Stanisława Mazurkiewicza, rodzonego wnuka Jana – generała “Radosława”, legendarnego dowódcy Armii Krajowej w Powstaniu Warszawskim.
Sam Ferreras był synem hiszpańskiego emigranta, stąd nazwisko trudne dla przyswojenia dla legitymujących go czy zatrzymujących milicjantów. Ojciec walczył z dyktaturą Francisco Franco, a sam Manuel z reżimem innego generała Wojciecha Jaruzelskiego. Niespożytą miał zawsze energię, czy zajmował się kolportażem bibuły czy kontaktem ze strukturami regionalnymi, w czasach kiedy przez telefon można było rozmawiać wyłącznie z użyciem specyficznego i przypominającego niekiedy szyfr kodu. Kiedy już nieco zelżało, trzymał stolik z książkami i prasą drugiego obiegu na akademickim dziedzińcu.
W nowej Polsce zachował dystans do wszystkiego, z własną przeszłością włącznie. Na 30-leciu KPN żartował, że najmłodsi kombatanci upodabniają się z wolna do tych z czasów II wojny światowej: – Gdzie jest ten smukły porucznik z tamtej barykady? Czy to na pewno ten grubas co teraz siedzi pod oknem?
Kiedy został jednym z bohaterów mojego reportażu o uformowanych przez Uniwersytet Warszawski końca lat 80. politykach wskazywałem, że wprawdzie jest drugi raz na pierwszym roku historii ale swoje felietony dla KPN-owskiej prasy chętnie zaczyna słowami: “Historia uczy nas” [1]. Wbrew moim ówczesnym obawom, historykiem jednak został. Obszerne i erudycyjne artykuły publikował w “Opinii”. O polskich armiach w Rosji czy o Lubelszczyźnie podczas niemieckiej okupacji. Ciekawe, z wielojęzyczną bibliografią. Doktoratu zrobić już nie zdążył. Wrócił z pracy w ośrodku dokumentacji, zasłabł, zabrało go pogotowie, w szpitalu zmarł na serce. A serce miał gorące i południowy temperament. W żart zwykł obracać każde zagrożenie. Nie mówił źle o innych, chyba, że byli komunistami. Bardzo go nam będzie brakować.
[1] “Idź się uczyć!”. Res Publica nr 1 z 1991, s. 75
