Nie chodzi tylko o Andrija Jermaka, chociaż zwrot jego losu okazuje się najbardziej widowiskowy. W sobotę miał lecieć do USA, by w imieniu Ukrainy prowadzić negocjacje ze Steve’m Witkoffem oraz zięciem Donalda Trumpa – Jaredem Kushnerem. Zamiast tego, zgłosił się na front, bo dzień wcześniej – co nazwano czarnym piątkiem – specsłużba NABU i prokuratura SAP przeszukały jego mieszkanie w związku z aferą w energetyce jądrowej. Co zaowocowało dymisją Jermaka z funkcji szefa prezydenckiej administracji.
Chociaż Jermaka przezywano wiceprezydentem, pomimo, że funkcja ta formalnie w Ukrainie nie istnieje – jeszcze większych kłopotów przysporzyć może Wołodymyrowi Zełenskiemu medialny oligarcha Timur Mindycz, dawny współwłaściciel – wraz z Zełenskim właśnie – firmy producenckiej Kwartał 95. Ten na przeszukanie nie czekał, zanim przyszły do niego służby, uciekł Mercedesem do Polski. Skoro o samochodach mowa – to on właśnie zafundował Zełenskiemu prawdziwy opancerzony na potrzeby zwycięskiej kampanii wyborczej w 2019 roku. To Mindycz, którego oczywiście już w Polsce nie ma, uchodzi za mózg afery przez deszyfrujące ją służby określonej kryptonimem “Midas”.
Król ten, jak wiemy, posiadł dar zamieniania wszystkiego w złoto, za to druhowie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, podziwianego zasłużenie w świecie za organizowanie od 3,5 roku skutecznego oporu Ukraińców przeciw agresji rosyjskiej – zdają się nawet wszystko, co budzi jak najlepsze skojarzenia, od ręki przekształcać w zupełnie inną substancję.
Właścicielem firmy, która podstawiła Timurowi Mindyczowi Mercedesa S-350 zanim przekroczył nim granicę z Polską w Hruszowie na 4,5 godziny przed planowanym przeszukaniem jego mieszkania i biura w Kijowie – okazał się były kierownik wydziału ukraińskiej straży granicznej do spraw zwalczania przemytu.
Studio Kwartał 95 – o jego współwłaścicielach już mówiliśmy – wyprodukowało słynny serial “Sługa narodu” o wiejskim nauczycielu, który jest aż tak uczciwy i żarliwy, że w końcu zostanie prezydentem. Jego rolę zagrał Zełenski. Sukces serialu utorował aktorowi drogę do wielkiej polityki, najpierw jak jego bohater wygrał wybory prezydenckie, po nich zaś parlamentarne, swoją partię nazywając od tytułu filmu: “Sługa narodu” właśnie.
Nie miał wielkiego poparcia społecznego, gdy 24 lutego 2022 r. Rosja Władimira Putina zaczęła wojnę pełnoskalową, chociaż i wcześniej prowadziła agresywną politykę jak pokazała aneksja Krymu i pełgający konflikt z Donbasie. Dopiero reakcja na inwazję uczyniła ze słabnącego wcześniej w sondażach Zełenskiego męża stanu. Do historii przeszła jego replika na amerykańską ofertę pomocy w zorganizowaniu ewakuacji: – Potrzebuję amunicji, a nie podwózki.
Aktor serialowy błyskawicznie stał się bohaterem narodowym ale i obiektem uznania wolnego świata. Nawet jego bluzy w niby to wojskowym stylu noszone zamiast garnituru zyskiwały mu dodatkową sympatię: bo luzacki i ze zwykłymi ludźmi. Otrzaskanie z branżą medialną pozwoliło mu nagrywać świeże wystąpienia z miejsc, gdzie dopiero co rosyjskie rakiety czy drony dokonały zniszczeń.
Zapewne szczery nawet pozostaje żal Jermaka, który czuje się potraktowany niesprawiedliwie, bo w tamtym czasie stał przy prezydencie i do głowy mu nie przyszło, żeby jego i Kijów opuścić. Andrij Jermak, szef administracji prezydenta Ukrainy od 2020 r. w nagraniach ze sprawy o kryptonimie “Midas” występuje jako Ali Baba. Nie wiemy, czy od imienia i otczestwa (Andrij Borysowicz) czy raczej dlatego, że skutecznie łącznikował 40 rozbójników.
A na pewno z pasją ich chronił, skoro latem br. podjął próbę ograniczenia niezależności obu służb z niej korzystających: Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) oraz Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP). Chociaż Jermak uchodził za wszechwładnego (już po wybuchu pełnoskalowej wojny przyczynił się do odwołania szefa służby bezpieczeństwa Iwana Bakanowa i prokurator generalnej Iryny Wenediktowej) i mówiono, że faktycznie buduje wokół siebie drugi rząd – wtedy mu się nie udało. Co idealistycznie przypisuje się protestom społecznym i obawom przed reakcją Zachodu. Jak się wydaje, to Zełenski nie chciał dawać podwładnym gwarancji bezkarności, gdy już stali się dla niego dokuczliwym balastem
Po aferze w sektorze energetycznym zgodnie z jego wolą odeszli: Switłana Hrynczuk – minister energetyki, oraz bliski jej nie tylko politycznie jak opowiadano w Kijowie minister sprawiedliwości Herman Hałuszczenko.
Urzędnicy brali od kontrahentów Enerhoatomu, spółki państwowej, łapówki sięgające zwykle od 10 do 15 procent zagwarantowanych kontraktów.
Rozmiary procederu oddaje kwota 100 mld dol, odnosząca się wyłącznie do pieniędzy skutecznie wypranych czyli bezpiecznie choć do czasu tylko zalegalizowanych.
Wszystko to działo się w trapionym niedogodnościami związanymi z wojną kraju, w którym ludność zachęca się do wyrzeczeń.
Energetyka ukraińska jako część infrastruktury krytycznej ale też ze względu na skutki wyłączeń dla nastrojów ludności zwłaszcza w okresie zimowym – stanowi od początku przedmiot zaciekłych ataków kremlowskiego agresora.
Oceny moralne da się więc ograniczyć do minimum. Pojawia się pytanie, co dla nas z tej afery wynika, skoro tak mocno wspieramy Ukrainę. Za co płaci polski podatnik.
Niewątpliwie wartość ma fakt, że afera została ujawniona, stała się powodem przeszukań, zatrzymań i dymisji.
W tym sensie rację ma eurodeputowany Michał Szczerba, który uznaje to za dowód, że państwo ukraińskie działa.
Aniołów – to już dodaję od siebie – do roli sojuszników na wschodzie raczej sobie nie znajdziemy. Przypominam sobie, jak w lepszych czasach posłowie Unii Wolności z niezapomnianym Andrzejem Potockim afiszowali się z kontaktami z liderem partii Jabłoko, szczerym rosyjskim demokratą i prawym człowiekiem Grigorijem Jawlinskim. Tyle, że zanim jeszcze wybory w Rosji zaczął fałszować Putin, w którymś kolejnym głosowaniu Jabłoko nie sforsowało progu wyborczego. Całkiem jak UW w Polsce.
Na razie, znając realia, wypada się raczej cieszyć, że to Zełenski pozbył się swojego cienia Jermaka i dawnego wspólnika Mindycza. Bez porównania gorzej stałoby się dla nas, gdyby zdarzyło się odwrotnie.
Ze złowrogiego rozmachu korupcji w Ukrainie od dawna wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę.
Dla wielu zachodnich polityków afera z “Midasem” stanowić będzie okazję do domagania się ograniczenia pomocy dla Ukrainy. Tyle, że to obłudny pretekst. Wystarczy przypomnieć, w jak ostentacyjnie niemoralny sposób zarabiali właśnie w Ukrainie gorsząco ogromne pieniądze: syn poprzedniego prezydenta Stanów Zjednoczonych Joe’go Bidena, Hunter oraz dawny szef kampanii wyborczej obecnego, Donalda Trumpa – Paul Manafort. Krucjatę moralną lepiej niech zaczną więc od samych siebie.
Jak się wydaje, prowadzący wojnę obronną i nie należący do NATO Ukraińcy radzą sobie w kwestiach demokracji i walki z korupcją i tak lepiej niż nasi sojusznicy ze wschodniej flanki Sojuszu Atlantyckiego: Węgrzy czy Turcy. A jednak jakoś znosimy Viktora Orbana czy Recepa Erdogana w imię pewnych wyższych racji. Pomstowanie wyłącznie na Kijów i jego braki przejrzystości w życiu publicznym okaże się więc obłudne.
Co nie oznacza, że nie powinniśmy patrzeć ukraińskim partnerom na ręce, gdy im dajemy pieniądze. I na ile to możliwe, próbować je znaczyć, by jeśli się zagubią gdzieś po drodze, łatwiej przychodziło ich szukać. Ale o tym wszystkim wiedzieliśmy doskonale na długo przed aferą Enerhoatomu przecież.
Albo znajdujemy sobie sprzymierzeńców, albo występujemy w roli misjonarzy. Nie da się jednego z drugim pogodzić. Celem głównym pozostaje jednak powstrzymanie Putina a nie egzekwowanie od sojuszników w tym dziele przestrzegania standardów, z których wypełnieniem tak często ma kłopoty świat zachodni.