Bez przemysłu nie ma państwa

0
388

Strategia na przyszłość

Z Dariuszem Grabowskim, doktorem ekonomii, przedsiębiorcą i organizatorem ruchu na rzecz odrodzenia Powszechnego Samorządu Gospodarczego rozmawia Łukasz Perzyna

– Jeśli pytam Pana o strategię gospodarczą to rozmawiamy o czymś, co istnieje, czy czego w Polsce brakuje?

– Zacznę od czegoś co mną wstrząsnęło. Mam na myśli wyniki sondażu, jak Polacy by się zachowali, gdyby wybuchła wojna z naszym udziałem. 20 proc zapowiada, że opuści Polskę. 11 proc gotowych jest jej bronić a 30 proc pomagać w tym w inny sposób. 18 proc. zostanie tu, ale się nie angażując. 21 proc jeszcze nie wie, jak się wtedy zachowa [1]. Rozmowa o państwie powinna się zaczynać od tego, jakim jesteśmy społeczeństwem. Od rodziców wiem, że przed wojną każdy niemal wiejski chłopak, kiedy dostawał wezwanie na komisję wojskową, wracał do domu w podskokach, że uznano go za zdolnego do służby. Czuł się prawdziwym mężczyzną, bo przyznano mu kategorię A. Gdy zaczynamy rozmowę o strategii, trzeba sobie zdać sprawę, że warto ją przygotować i realizować z ludźmi świadomymi jej celu lub których można do niej przekonać. 

– Daleka do tego droga?

– Społeczeństwo pozostaje poturbowane przez osiem lat rządów PiS. Złym praktykom towarzyszyło wtedy mnóstwo niby szczytnych sloganów. Dlatego teraz hasła o potrzebie obrony ojczyzny ani nawet konsekwentnego trwania na swoim nie zachęcają do podjęcia takich działań ani nie przekonują. Stąd biorą się szokujące wyniki badań opinii, jak ten, od którego zacząłem. Od stuleci nie mamy szczęścia, jeśli chodzi o nasze położenie geograficzne między potęgami politycznymi. Lokalizacja Izraela na mapie okazuje się jednak dalece bardziej katastrofalna ale stamtąd ludzie nie uciekają. Państwo imponuje tam zarówno wysokim poziomem nauki jak stopniem wykorzystania pomocy zewnętrznej. I trwa pomimo niesprzyjających okoliczności i niedawnych ataków. A u nas powraca pytanie, po co strategia, gdy nie ma ludzi do tego, żeby wyrazili jej potrzebę.

– Bo przez lata nakłaniano ich, żeby życie publiczne pozostawili zawodowym politykom i nim się nie martwili, tylko realizowali swoje ambicje w różnych niszach? Jak w tej sytuacji strategię dla gospodarki wypracować, skoro w krytycznym momencie tym bardziej widać jej potrzebę?

– Zacząć wypada od oceny sytuacji w tych aspektach, w jakich się zmieniła. Na naszą teraźniejszość i przyszłość ma wpływ wojna totalna, jaka toczy się za wschodnią granicą. Walczy się w niej nie tylko na froncie. Niszczone są z rozmysłem struktury społeczne i dobra materialne. Połowa globu okazuje się w to, co się tam dzieje zaangażowana. Bez przesady da się mówić o wojnie światowej zlokalizowanej na terytorium Ukrainy. 

– Co wynika dla nas z faktu, że to terytorium tak bliskie Polski?

– Historycznie rzecz biorąc nie sposób nie zauważyć, że wojny toczyły się tam zwykle średnio co kilkadziesiąt lat. Najpierw krymska, potem I światowa, przedłużona o wojnę domową w Rosji i konflikt polsko-bolszewicki, wreszcie II wojna światowa. Zaś po tej ostatniej oswoiliśmy się z zimną wojną: na gromadzenie potencjałów, licytowanie się, kto dysponuje większą siłą niszczycielską. Teraz licytacja przybrała nową formę “pełnoskalowej” agresji kremlowskiej. Znane powiedzenie głosi, że generałowie zawsze toczą wojnę, jaka się wcześniej już odbyła. Stary sprzęt po stronie rosyjskiej unieszkodliwiany na polach Ukrainy tworzy tylko pewną ułudę. Przyszły gorący konflikt stanie się wojną potencjałów elektronicznych i cybernetycznych z możliwym nawet wykorzystaniem przestrzeni kosmicznej. To będzie zupełnie nowa wojna. 

– Skąd mamy mieć o niej pojęcie?

– Poligonem pewnej sytuacji stał się COVID-19, chociaż pandemia nie wynikała z niczyjej złej woli. Wyludnione ulice, ludzie w maskach, to daje nam pojęcie jak będzie wyglądać przyszły konflikt. Sposobem na porażenie przeciwnika stanie się oddziaływanie medyczne ale również informatyczne. Dezinformacja na masową skalę będzie miała doprowadzić do jego samozagłady. 

– Jak się na takie zagrożenie przygotować?

– Odpowiedź preferowana przez część Polaków brzmi nawet przekonująco: pakuję się i wyjeżdżam, jak się nie można bronić, to trzeba uciekać. Ale taka postawa okazuje się nie do zaakceptowania jako realnie samobójcza nawet jeśli przyświeca jej zamiar zachowania życia. Czy odruch ustępowania przed tym, na co wpływu nie mamy. Razi nas brak zapału do obrony Ojczyzny. Bo to coś nowego i groźnego. Ale jedno się nie zmienia: Polska okazuje się krajem frontowym każdego konfliktu. 

– Zimnej wojny również…

– Rzeczywiście w Polsce się ona rozstrzygała, co widać zwłaszcza od 1980 roku. Z naszego geograficznego położenia wynika, że każdy globalny najeźdźca chce podbić Polskę a kiedy już mu się to uda, ją zachować w swojej strefie wpływów. Porównanie z zimną wojną w pewnym momencie przestaje nam wystarczać do opisu obecnej sytuacji. Kontrola strategicznego potencjału atomowego okazała się jeszcze możliwa. Informatycznego- już nie. Nie da się nadzorować cyberbroni. Tracimy zdolność monitorowania dokonujących się w tej sferze zmian. Nie oznacza to jednak bezradności. Zagrożenie biologiczne czy informatyczne też da się rozsupłać ale we współpracy międzynarodowej, przy współpracy ekspertów. Polska musi wnieść tu swój potencjał więc powinniśmy go rozwijać, żeby stać się dla innych partnerem. Myśleć i zapobiegać.

– Czy jeśli mowa o zdolnościach przeciwstawienia się zagrożeniu, znajduje Pan jakieś budujące przykłady niedaleko od nas, na których warto się wzorować?

– Finlandia pod każdym ośrodkiem miejskim ma drugie miasto ze schronami dla całej ludności. Starczy ich dla wszystkich mieszkańców. Pod ziemią znajdują się przygotowane sale mieszkalne, medyczne a nawet baseny. Wszystko co pozwoli przetrwać pierwszą fazę konfliktu z zachowaniem zdrowia fizycznego i fizycznego, bo jest tam przestrzeń do rekreacji również. Finlandia ma nieco ponad 5 milionów mieszkańców, tyle, co nasze największe województwo: Mazowsze. Finowie wszystko to zawczasu przygotowali. A my pytamy, czy mamy schrony. Nie możemy się ich doliczyć. Wiemy tyle, że są pod ziemią jakieś obiekty, w nich pajęczyny i szczury. Drogi do nich mieszkańcy nie znają. Poczucie względnego bezpieczeństwa, wrażenie, że inni zatroszczyli się o nie i o elementarne ludzkie potrzeby – to coś, co rozstrzyga o przekonaniu, że warto zostać.

Kto chce uciekać, niech wie, że nie będzie na to czasu, ale też nikt go nie przyjmie. Postawa Polaków wobec uchodźców ukraińskich, otwieranie przed nimi drzwi własnych mieszkań, okazuje się w wolnym świecie wyjątkiem nie regułą. W Izraelu służba wojskowa pozostaje obowiązkiem nie tylko dla mężczyzn ale i kobiet. Wynika to nie tylko z demografii, z zamiaru, żeby mieć więcej żołnierzy pod bronią. W wojnie totalnej nie da się powiedzieć, że jest się cywilem. To znaczy można się przy tym upierać, ale niczego się nie zyska. 

– Trudno jednak mówić o wojnie jako tym co nieuniknione?

– Przygotować się jednak należy, co oczywiste. Jeśli świat ma wojny uniknąć, ale też jeśli ma ją przetrwać – w obu tych wypadkach każdy, my zwłaszcza przy naszym położeniu geopolitycznym, zmuszony jest stworzyć zabezpieczenia energetyczne, żywnościowe, zdrowotne. Dostęp do informacji. I własny przemysł.

– Brzmi to już prawie jak plan maksimum, a nie tylko strategia gospodarcza?

– Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki, minister skarbu sprzed dwustu lat, ogłosił wtedy, że Polska trzech rzeczy potrzebuje: gospodarki, oświaty i fabryk broni. Znaczny procent ludności Królestwa stanowili wówczas niepiśmienni chłopi, ale on ze swoją przenikliwością, otoczony innymi światłymi ludźmi, wiedział, co niezbędne. Jego credo to wizja również dziś aktualna i niezbędna, w czasie, gdy szczycimy się efektami boomu edukacyjnego. Umieszczenie oświaty w centrum tej triady nie jest dziełem przypadku. Oświata to świadomość. Przez ponad trzydzieści ostatnich lat pomimo w miarę korzystnej koniunktury międzynarodowej i wielu zachęcających wskaźników statystycznych traciliśmy poczucie odpowiedzialności za nas samych a nawet jego potrzebę. Szkoła przestała być miejscem, które wychowuje. A nawet gdzie się dba o sprawność fizyczną. Przy komputerze, z telefonem, bez zajęć ruchowych czy w ogóle wysiłku fizycznego nie ukształtuje się pokolenia zdolnego Polskę obronić, nie mówię tu oczywiście o pojedynczych przypadkach, że ktoś zawsze zwalniany z wuefu skutecznie złamie szyfry przeciwnika albo zablokuje hakera dybiącego na sprawność systemu informatycznego naszych szpitali. 

– To o czym Pan mówi stanowi dla obronności istotną barierę. Ale gdzie w tym wszystkim gospodarka?

– Żeby trafnie prognozować jej rozwój, za przykładem Druckiego-Lubeckiego a nie biernie poddawać się procesom i trendom z założeniem, że na nie wpływu nie mamy – trzeba poszukać odpowiedzi na podstawowe problemy i wyzwania. Określić to, co się nazywa czasem przyszłym dokonanym. Demografia ma wiele cech nauki ścisłej. Po prostu wiemy, że za 20 lat będziemy mieli w Polsce tylu dwudziestolatków, ile dzieci się teraz urodziło. 380 tysięcy, nawet dwa razy mniej niż przychodziło co rok na świat w przełomowych dla nas latach osiemdziesiątych. Jeszcze trzeba założyć, że wielu tych dwudziestolatków wyjedzie i ich od tego bilansu odliczyć. Wygląda to przygnębiająco. Karlejemy demograficznie: bo wymieramy i starzejemy się w skali całego społeczeństwa. Rocznie 100-200 tys nas Polaków ubywa.

Coraz więcej za to mamy emerytów. Strategie na przyszłość tym trudniej więc budować. Ale też tym bardziej okazuje się jak życiodajny tlen niezbędna. Ludzie, którzy chcą tu zostać zostali wychowani w poczuciu uzasadnionych ambicji oraz nawyków konsumpcyjnych nieporównywalnych z czasem poprzedzającym zmianę ustrojową, chociaż komunizm upadł u nas również dlatego, że nie był w stanie wzmagających się aspiracji zaspokoić. Teraz w Polsce chłop ma pięć hektarów gospodarstwa. Orze je nawet traktorem choć sam nie wie po co, skoro i tak żyje z dopłat. Trzeba więc pomyśleć o nowych zawodach dla setek tysięcy takich jak on. Takich, co okażą się przydatne w fabrykach włączonych w system nowoczesnej gospodarki. Dla jej funkcjonowania nieodzowna okazuje się niezależność energetyczna. Święta zasada, bez niej nie ma dobrobytu ani suwerenności. Za komuny Polska zbudowała przemysł konkurencyjny na światowym rynku, bo energia była tania.

Powstawały wtedy Bełchatów, Turów czy Kozienice. Zachód narzuca teraz swoje rozwiązania tam, gdzie do niedawna mieliśmy przewagę, bo wiadomo, że każdy dba o swoje a nie cudze interesy. Sytuacja się zmieniła. Jednak diagnoza Franciszka Ksawerego Druckiego-Lubeckiego sprzed dwustu lat, która wtedy utorowała drogę rozwojowi Polski, zachowuje aktualność. Bez przemysłu nie ma państwa.     

– Co trzeba uwzględnić przy prognozowaniu jego rozwoju?

– Współczesny przemysł to wielka skala produkcji. Buduje się ogromne fabryki. Polska ze swoim kurczącym się potencjałem ludności liczyć może w 2050 r. nawet o 5-6 milionów ludności mniej niż teraz. Rynek zbytu u nas nie wystarczy. Produkcja powinna być skierowana w znacznej części na eksport. Wymaga to rozpoznania w skali szerszej niż tylko krajowa. Z jeszcze innego względu musimy eksportować. W taki sposób tylko pozyskuje się informacje o rynkach zbytu, a wraz z nimi liczne innowacje. Przyszły rozwój polskiego przemysłu trzeba zgrać z trzema czynnikami. Z podażą siły roboczej, po pierwsze. Ale także powinien to być przemysł z ambicjami nie tylko nowoczesny ale w nieustającym rozwoju czy samodoskonaleniu. I konkurencyjny na rynkach światowych. Rodzime potrzeby, o czym już trochę rozmawialiśmy, musi oczywiście uwzględniać. W pierwszym rzędzie dotyczy to sektora zbrojeniowego. Teraz sprowadzamy haubice koreańskie zaś amunicji produkujemy mniej i gorszą niż Serbia, rzut oka na mapę wystarczy dla porównania potencjału obu krajów.

Musimy mieć własny przemysł obronny, racja stanu tego wymaga, ale także energetykę nowoczesną i wydajną. Po zmianie ustrojowej nie budowaliśmy nowych elektrowni ani energetycznych sieci przesyłowych. Pojawiają się teraz nowe źródła, fotowoltaika i wiatrowe, a także biogazownie. I okazuje się, że brakuje linii przesyłowych do energii w ten sposób wytworzonej. W najbardziej rozwiniętych krajach świata są już w użyciu elektrownie oparte o energię wodorową. Niewielkie kontenery, tak to mniej więcej wygląda. I procesy chemiczne wewnątrz. Musimy znaleźć nowatorskie rozwiązania. Ursus, ceniony przeze mnie jego szef Andrzej Zarajczyk, prowadzili zaawansowane badania w kwestii nowych sposobów pozyskiwania energii ale za rządów PiS zostało to administracyjnie zastopowane. 

– Strategię układa się na dziesięciolecia. Skąd mamy z góry wiedzieć, jakie branże przemysłu okażą się opłacalne i rozwojowe?

– Na pewno nie wolno kierować się stereotypami ani nawet wieloletnim doświadczeniem, bo warunki gospodarowania się zmieniają. Przemysł motoryzacyjny już rozwoju nie rokuje jak jeszcze niedawno. Wkrótce już drony pasażerskie się pojawią, ze szkodą dla opłacalności wytwarzania samochodów, jakie znamy. Na pewno obroni się na rynku – co wynika zarówno z szoku jaki spowodowała pandemia jak z przyczyn demograficznych – przemysł oparty o biologię, nakierowany na ochronę zdrowia. Biochemiczny i farmaceutyczny. Na razie w Polsce mamy niemieckie montownie i mnóstwo warsztatów przywracających życie starym samochodom z tamtejszych szrotów. Wszystkie wiarygodne prognozy warto uwzględnić ale też trzeba mieć na uwadze zmianę struktury zatrudnienia w Polsce.

– O chłopie, co orze traktorem swoje pięć hektarów ale i tak żyje z dopłat była już mowa?

– Na milion 250 tysięcy gospodarstw rolnych w Polsce około 900 tysięcy liczy poniżej 10 hektarów. W języku ekonomii nazywa się je naturalnymi. Wytwarzanie przez nich towarów okazuje się znikome z punktu widzenia całości gospodarki praktycznie niedostrzegalne. Gospodarstwa utrzymują się z dopłat. Kiedyś te ostatnie mogą się kończyć. Właściciele czasem wyjeżdżają do pracy za granicę albo w kraju zatrudniają się sezonowo w budownictwie. Dorabiają jak mogą, co zrozumiałe, bo chcą żyć godnie. Politycy wspierają jak mogą taki stan. Nie jest to wyłącznie Polska specyfika. W Stanach Zjednoczonych mamy kilkadziesiąt słabo zaludnionych stanów rolniczych. Ale każdy z nich wybiera do Senatu po dwóch reprezentantów, tylu co Teksas, Kalifornia lub stan Nowy Jork. Po czym senatorowie, co zrozumiałe, bronią swoich wyborców.

W Polsce podobną rolę odgrywa Polskie Stronnictwo Ludowe, trwające przy lansowaniu modelu średniego gospodarstwa rodzinnego jako optymalnym. Bo ich właściciele stanowią elektorat ludowców. Konieczna okazuje się przebudowa rolnictwa, zabranie ludzi stamtąd drogą umiejętnego stosowania bodźców ekonomicznych. Oznacza to konieczność stworzenia im atrakcyjnych miejsc pracy w przemyśle. Wyobraźmy sobie wcale nie wymyśloną sytuację. Dwóch rolników obok siebie prowadzi gospodarstwa. Każdy z nich ma 5 hektarów. Jeden odchodzi, drugi odkupuje jego własność. Teraz ma dziesięć hektarów i wydajność o 100 proc. wzrasta. A w państwach Unii Europejskiej roczny wzrost wydajności waha się od 1 do 1,5 proc. Oczywiście oferowane ludziom poza wsią zajęcia muszą być godne i nie powinny zmuszać do porzucania domów. Na tym właśnie polega strategia gospodarcza, żeby prognozowane procesy przeprowadzać bez ludzkiej krzywdy i szkody.

W międzywojniu Centralny Okręg Przemysłowy zbudowano nie tylko w trójkącie bezpieczeństwa, jak wtedy mówiono – czyli jak najdalej od zagrożonych granic – ale też tam, gdzie największą bolączkę stanowiło przeludnienie wsi.  Chodzi o to, żeby i teraz umiejętnie wyssać ludzi z zajęć rolniczych. Bez likwidacji rolnictwa, czego zapewne jako niedawny organizator marszu Komitetu Obrony Polskiego Rolnictwa i Hodowców Zwierząt spod pomnika Witosa pod Sejm za rządów PiS zapewne zastrzegać nawet nie muszę. Oczywiście, że polskie rolnictwo przetrwa, z niszą eksportową dla produktów wysokiej jakości. Dla rolnictwa musimy szukać pożądanych specjalizacji. Natomiast produkt z gospodarstw wielkoobszarowych ulokowanych na wschód od naszej granicy zawsze będzie tańszy od wypracowanego przez polskiego rolnika. Nie da się tej tendencji odwrócić zwłaszcza w sytuacji, gdy konkurent nie przestrzega przyjętych u nas i w całej Unii Europejskiej norm i reguł. 

– A Zielony Ład, skoro już o Unii mowa?

– Zielony Ład świadczy o tym, że Unia narzuca ten program, bo sama uznaje model gospodarstwa rodzinnego za zbyt kosztowny. Również we Francji, gdzie średnia jego wielkość wynosi 60 hektarów a nie tylko w Polsce.

– Jednym słowem rolnictwo przetrwa, chociaż na wsi potrzeba zmiany struktury zatrudnienia? Przemysł, jak Pan mówił, pozostaje Polsce niezbędny. Ale kiedyś nowoczesność łączono z usługami, zaraz po zmianie ustrojowej?

– Usługi nowoczesne – a w tej branży liczy się potencjał ulokowany w wykształconej głowie – okazują się najłatwiejsze do uruchomienia bez wzmożonych nakładów. Mamy imponujące zasoby ludzkie. Polaków cechują – o czym świadczą wyniki międzynarodowych  konkursów z udziałem uczniów i studentów – zdolności informatyczne. Wykorzystanie umysłów, zwłaszcza kolejnych wchodzących w życie roczników, to oczywista sprawa. Państwo może to wzmocnić przez wysokie stypendia stanowiące zachętę dla najzdolniejszych oraz ulgi podatkowe dla innowacyjnych przedsiębiorców.   

– Rozmawiamy o tym, co trzeba zrobić. Jednak czy nawet przyjętych już korzystnych rozwiązań nie zablokuje biurokracja?

– Zapewne żeby tę blokadę usunąć, trzeba wychować nową generację urzędników. We Francji fachowców kompetentnych i bezstronnych edukuje ENA (Ecole Normale d’Administration), jej absolwentom wysoko wynagradzani specjaliści z sektora prywatnego zazdroszczą powagi i prestiżu. W Polsce podobną rolę pełnić miała Krajowa Szkoła Administracji Publicznej. Jednak za rządów PiS otrzymała wprawdzie imię Lecha Kaczyńskiego ale zarazem w tym samym czasie rozmontowano system służby cywilnej, do którego uczelnia miała adeptów przygotować. Wiadomo, że odbudowa potrwa ale rezygnować z przywracania standardów nie należy.  Wysoki urzędnik powinien kojarzyć się ze znajomością polskiej kultury i historii, obyciem w świecie, wzorowymi manierami, jeśli ma państwo reprezentować skutecznie. 

– Niedaleko od tego postulowanego modelu do wizji wzorowego urzędnika Szymona Gajowca z “Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego. Stulecie publikacji właśnie obchodzimy?

– Cezary Baryka z “Przedwiośnia” był Polakiem wychodzącym z czasów wojny, sam bronił niepodległości dopiero co odzyskanej przed bolszewikami na froncie. Zapewne ze wszystkich jego licznych rozmówców wizja Gajowca najsilniej do nas przemawia. Budzi też żal, że nie wykorzystaliśmy jak należy sprzyjającego nam czasu historycznego. Kiedy zmieniał się ustrój i odzyskaliśmy niepodległość, Rosja znajdowała się w stanie smuty a Niemcy pochłonięte były zjednoczeniem. Wiele czasu zmarnowaliśmy aż ten najkorzystniejszy się skończył. Teraz Rosja znów stanowi najgorsze zagrożenie. Zaś pozycję Niemiec wobec nas określa to, że jak w średniowieczu polskie miasta lokowano na prawie niemieckim, tak teraz w centrach tych miast konkurują ze sobą Lidl, Kaufland, Rossmann.

Jednak tak naprawdę rywalizacja hipermarketów to bardziej ustawka niż wojna, bo wspólnie spychają z rynku małe i średnie sklepy, mające polskiego właściciela, które nie mogą sobie pozwolić na podobne promocje, ponieważ nie mają co liczyć na zbliżone do tamtych gigantów ulgi podatkowe, nawet na własną skromniejszą miarę. Tak zanika polski handel rodzinny. A przecież sektor bankowy i handel to krwiobieg gospodarki. Znane z międzywojnia powiedzenie głosi, że prawdziwy przedsiębiorca jedną trzecią majątku ma w towarze, jedną trzecią w nieruchomościach i jedną trzecią w pieniądzu. A my handel oddajemy, więc pieniędzy też nie będzie…            

– Gdy rozmawiamy o możliwej strategii gospodarczej, nie wydają się te sprawy szczególnie trudne. Dlaczego więc politycy nie inicjują dyskusji na jej temat?

–  Kadencyjna choroba, tak rzecz nazywam, a sprowadza się ona do myślenia wyłącznie od wyborów do wyborów. Polską demokrację prześladuje zmora kadencyjnego myślenia. Nikt nie myśli o strategii, bo z reguły nie jest ona obliczona na cztery lata. Troska dotyczy za to kwestii, jak się do Wysokiej Izby prześlizgnąć przez wyborcze sito na kolejną kadencję jeszcze. Na pewno łatwiej powołać Ministerstwo Przemysłu z siedzibą docelowo w Katowicach, bo daje to głosy w branży i w regionie, niż zasiąść nad projektem, którego następstwa liczyć będziemy w dziesięcioleciach. Tak daleko wyobraźnia wybrańców zwykle nie sięga. 

– Jak rozumiem, dojrzała strategia gospodarcza powinna też odwołać się do tego, co się w nowej Polsce udało? Mam na myśli indywidualne sukcesy przedsiębiorców i klasy kreatywnej a także boom edukacyjny?

– Sens ma połączenie wszystkich naszych atutów. Do tego, co się dobrego dokonało w czasie polskiej zmiany ustrojowej zaliczyć trzeba powstanie warstwy polskich przedsiębiorców, którzy poradzili sobie pomimo braku ułatwień a czasem również kłód rzucanych im pod nogi przez decydentów i biurokrację. Skoro im zawdzięczamy stały wzrost produktu krajowego brutto – z wyłączeniem czasu pandemii oczywiście – i nowe miejsca pracy, powinni współtworzyć strategię gospodarczą państwa. Stać się jej współautorami podobnie jak druga grupa wskazana przez Pana – beneficjenci boomu edukacyjnego – będą jej wykonawcami jako kompetentni pracownicy. Zabiegam od dawna o odrodzenie Powszechnego Samorządu Gospodarczego jaki istniał w Polsce przed wojną i organizuję ruch społeczny na rzecz jego ustanowienia również po to, żeby reprezentacja przedsiębiorców jako praktyków polskiej gospodarki najlepiej znających jej problemy mogła włączyć się do wytyczania ścieżki jej rozwoju.

Wbrew stereotypowi z początków lat 90. polscy przedsiębiorcy wcale nie są skupieni na sobie. Dbają o interes regionu czy branży, skoro tam znajdują klientów i partnerów biznesowych. Kto zajmuje się budownictwem, mógłby oderwanemu dziś od realiów resortowi edukacji doradzić ile potrzeba szkół budowlanych. Na razie ministerstwo dba raczej o to, żeby młodzież w szkole miała mniej obowiązków. Tyle, że kiedy już szkołę skończy, nikt na rynku pracy z niej odpowiedzialności nie zdejmie. Nie tylko młodzi zmuszeni będą dostosować się do zmian, jakie się szykują. I których nikt nie powstrzyma, tak jak nie udał się bunt angielskich robotników przeciwko maszynom i mechanizacji pracy.

Sztuczna inteligencja pozwala już dzisiaj naszą rozmowę w czasie rzeczywistym przetłumaczyć na angielski chociaż pewnie nie będzie to przekład literacki. Jednak oznacza to również, że wielu tłumaczy – poza przysięgłymi, których nic nie zastąpi – niebawem liczyć się musi z utratą pracy. Z wielu innych zawodów rozwijająca się automatyka wyprze ludzi. Trzeba im będzie pomóc w znalezieniu gdzie indziej zatrudnienia. Wielomilionowe bezrobocie już przeszliśmy. Teraz mówi się, że potrzeba coraz mniej informatyków – ze względu na rozwój sztucznej inteligencji – chociaż do niedawna ten kierunek studiów uchodził za dający pewność na przyszłość. 

– Co z tych przewidywań wynika dla państwa polskiego ale także przedsiębiorców i ich rodzącej się reprezentacji?

–  Wobec istotnych zmian biurokracja pozostaje bezradna, często jak miało to miejsce w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju bez umiaru trwoni tylko środki publiczne, czyli pochodzące z naszych podatków. Praktycy gospodarki, przyzwyczajeni do codziennego czasem przezwyciężania trudności, wiedzą więcej również o przyszłych kierunkach rozwoju. Sporządzają przecież własne bilanse i plany działania firm. Zdolność przewidywania i programowania wpisuje się w talenty biznesowe. Czasem rozstrzyga o powodzeniu lub porażce tych, co pracują na swoim i zatrudniają innych. 

Jeśli politycy nie będą przeszkadzać w reaktywacji Powszechnego Samorządu Gospodarczego, sporo będą mogli się od przedsiębiorców dowiedzieć, kiedy ich uznają za partnera. Odpowiedź na wiele pytań, które Pan mi zadał, choćby o branże przemysłu, w jakie warto inwestować, bo dobrze rokują na przyszłość, wyłonić się może w debacie z udziałem polskich naukowców, którzy mają w świecie ustaloną markę – a czasem niezręcznie im siadać do stołu wyłącznie z przedstawicielami władzy – ale także praktyków gospodarki, którzy najlepiej czują jej potrzeby. Znamy mądre powiedzenie: nic o nas bez nas.                                          

[1] sondaż SW Research z 26-27 marca 2024 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 3

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here