Dezaktywacja czyli koniec taryfy ulgowej

0
110

O ile wynik wyborów samorządowych nie stanowi zaskoczenia, to spadek frekwencji w porównaniu z ubiegłorocznymi parlamentarnymi oznacza powrót jednej czwartej Polaków ze sfery aktywności publicznej do wyłącznie prywatnej. Mobilizacja przy urnach 15 października okazała się jednorazowa.

22 proc – a właśnie tylu wyborców zagłosowało jesienią do Sejmu i Senatu, ale już nie wiosną do samorządów (różnica między frekwencją 74 i 52 proc mówi sama za siebie) – to siła pozwalająca wprowadzić dowolnego kandydata do drugiej tury przyszłorocznych z kolei wyborów prezydenckich. Rachunek ten powinien dać do myślenia przede wszystkim Szymonowi Hołowni, niezależnie od faktu, że w głosowaniu samorządowym jego macierzysta Trzecia Droga obroniła swoją pozycję na scenie politycznej a w Świętokrzyskiem nawet pokonała Koalicję Obywatelską. Co do marszałka Sejmu, to nie ulega wątpliwości, że przyszłoroczne wybory prezydenckie mają dla jego przyszłości kluczowe znaczenie.

Jeżeli bowiem ich nie wygra, i tak oddaje obecne stanowisko (wedle koalicyjnych ustaleń funkcja jest rotacyjna, więc obejmie ją Włodzimierz Czarzasty), wtedy zaś pozostanie mu rola lidera opozycji wewnętrznej w koalicji rządzącej z perspektywy dalszej kariery niewdzięczna, o czym przekonał się przed bez mała ćwierćwieczem jego ówczesny odpowiednik na tym stanowisku Maciej Płażyński, pomimo że w wielu sprawach bezsprzecznie  miał rację. Doceniono to jednak dopiero po latach. 

Jeśli chodzi o Donalda Tuska, brak podobnego przekonania, że wybory prezydenckie za rok stanowią dla niego o wszystkim. Wprost przeciwnie, wygrana w pierwszej turze i znakomity wynik Rafała Trzaskowskiego w Warszawie wprawiają premiera w pewną konfuzję. Jeśli sam zamyślał o kandydowaniu lub wskazaniu kogoś nowego. Nieważne bowiem, że Trzaskowski nie miał realnych kontrkandydatów. W opinii stałego elektoratu Koalicji Obywatelskiej wiceprzewodniczący Platformy potwierdził jednak prawo do ubiegania się o najwyższy urząd w państwie. Chociaż raz walkę o prezydenturę kraju przegrał – w pandemicznym 2020 roku z dalekim od doskonałości Andrzejem Dudą. Tyle, że jego celem nie pozostawała wówczas wygrana. Podmieniony kandydat PO/KO (wcześniej w wyścigu uczestniczyła Małgorzata Kidawa-Błońska, wycofano ją po sondażowej klęsce zapowiadającej kolejną – wyborczą) powstrzymać miał Hołownię i jego marsz po odebranie Platformie i Koalicji statusu drugiej siły w kraju. Gdyby Kidawa pozostała wtedy w wyścigu, wyniki wyborów byłyby dziś w całej Polsce takie jak w województwie świętokrzyskim do sejmiku: pierwszy PiS, druga formacja Hołowni, trzecia zaś dopiero Koalicja Obywatelska.

Ale media głównego nurtu zadbały wtedy, aby Trzaskowskiego wykreować a nawet przypisać mu cechy, jakich nie posiada: żaden z niego wizjoner, zero też charyzmy, zna się zaś na wszystkim i na niczym. Uratował więc swoich. Ale Tuskowi uczucie wdzięczności jest obce, czego dowodzi sposób, w jaki przed laty potraktował Pawła Piskorskiego, twórcę organizacyjnej potęgi Platformy Obywatelskiej, a także wspomnianego już Płażyńskiego i Andrzeja Olechowskiego, którzy na pokład wzięli go jako najsłabszego z trzech tenorów, budujących nową partię. Teraz już pod marką Koalicji Obywatelskiej najmocniejszą w rządowym sojuszu. 

Jeśli teraz jednak Hołownia zmobilizuje wokół siebie odpowiedni trust mózgów, w tym ekspertów gospodarczych i społecznych a nie marketingowych tylko – jest w stanie powalczyć o dużo więcej niż w 2020 r, kiedy miał trzeci wynik z 14 proc poparcia. Efekt zmęczenia rządami Koalicji 15 Października zadziała na jego korzyść ale tylko wówczas, gdy sam marszałek na to zapracuje. Sprzyjać mu będzie brak determinacji w Koalicji Obywatelskiej, gdzie nic nie wskazuje na to, żeby Tusk dobrze życzył Trzaskowskiemu. Jeśli zaś ten ostatni przed paru laty uchylił się od walki o przywództwo formacji, to wyłącznie dlatego, że zdawał sobie sprawę, iż z “powracającym z zagranicy” Tuskiem po prostu przegra. Teraz jednak niesie go fala warszawskiego wyniku, chociaż przez pięć i pół roku rządów w stolicy zrobił dla niej niewiele. Za to pokonanie przez niego Andrzeja Dudy – chociaż paradoksalnie to brzmi – pozbawi Tuska alibi, że realizację obietnic wyborczych przez rząd blokuje nieprzyjazny prezydent.  

Długo świętowali a potem zajęli przeciwnikami, zapominając o swoich

Rzut na wyborczą mapę Polski po głosowaniu samorządowym z 7 kwietnia pokazuje, że frekwencja okazała się najwyższa tam, gdzie wygrywał PiS. Mazowieckie, Świętokrzyskie i Łódzkie to trzy regiony z najbardziej masowym stawiennictwem obywateli przy urnach. Wszędzie tam wygrała partia Jarosława Kaczyńskiego, co nie oznacza zresztą, że będzie sprawować władzę: na Mazowszu na pewno jej się to nie uda, za to w Kieleckiem nawet koalicjantów nie potrzebuje.    

Jednak dla analityków, również tych, co politykom służą – istotne powinno się okazać, żeby nie mylili przyczyny ze skutkiem. Chybiona diagnoza prowadzi bowiem w sposób nieuchronny do kolejnego niedosytu. Tłumaczenie wyników i frekwencji różnicami porozbiorowymi tym razem narazi na śmieszność propagatorów podobnych interpretacji. 

Rozczarowanie i demobilizacja wyborców z 15 października stanowią nieunikniony efekt działań polityków, których doprowadzili oni do władzy. Zwycięzcy długo świętowali, potem czekali aż Mateuszowi Morawieckiemu  nie uda się utworzyć kolejnego rządu. Następnie zajęli się przełączaniem TVP na własny program. I wreszcie rozliczeniami, działając niekiedy – podobnie jak w kwestii telewizji oraz Prokuratury Krajowej – na krawędzi prawa, co nadwątliło ich oparcie w hasłach obrony demokracji sprzed lat. Twarzą procesu rozliczeniowego stał się Roman Giertych, przed laty zastępca Kaczyńskiego w rządzie i zwolennik wycofania Witolda Gombrowicza z grona autorów lektur szkolnych.

Dlatego wszędzie poza przekazem “naszej telewizji” (jak określił przed laty TVN wielki Andrzej Wajda, występujący wtedy jako członek komitetu wyborczego PO) oraz stronicami “Gazety Wyborczej” dziś kupowanej przez zaledwie 38 tys czytelników – miesiąc miodowy się kończy. O co politycy mogą mieć pretensje do siebie, bo nie do wyborców przecież. 

Elektoratowi zresztą wielkiej szansy nie dali. Niekończąca się opowieść o Mariuszu Kamińskim i Macieju Wąsiku, odpowiednim dla nich miejscu do przebywania (Pałac Prezydencki czy zakłady karne) oraz ważności ich mandatów, utwardziła być może najbardziej zdeterminowany elektorat PO/KO, ale nie odwróciła uwagi pozostałych wyborców Koalicji 15 Października do drożyzny, wysokich rachunków za prąd, wciąż nie poprawiających się warunków gospodarowania ani poczucia sensu własnej pracy. Niedawne trzy plagi: pandemia koronawirusa, zagrożenie ze wschodu oraz erozja zaufania spowodowana ośmiolatką pisowskich rządów nadwątliły poczucie codziennego bezpieczeństwa Polaków.

Po 15 października – a zwłaszcza od grudnia, kiedy rządzi już niepodzielnie – nowa ekipa nie podjęła wysiłku, żeby je wzmocnić. Ani nadać sens temu, co stało się absurdem. Nawet za ustawę o schronach czyli o obronie cywilnej wzięto się dopiero, gdy osłabło napięcie wokół więziennej choć zaledwie piętnastodniowej martyrologii tych, co do zakładów karnych tak uwielbiali innych posyłać, ale zarazem towarzyszyła temu zapowiedź, że zza krat wyjdzie do końca roku dwadzieścia tysięcy pospolitych przestępców, bo jakoby miejsca dla nich tam brakuje [1]. Za to społeczeństwo zmuszone będzie własnym kosztem – bo przecież dotychczasowi pensjonariusze Adama Bodnara nagle się do uczciwej pracy nie wezmą – to miejsce wygospodarować dla dwóch dywizji recydywy. 

Ogłosiła to Maria Ejchart, wiceministra sprawiedliwości stanowiąca znaczne obciążenie wizerunkowe dla Koalicji 15 Października, o czym przekonaliśmy się już wcześniej, kiedy przy okazji głodówki Kamińskiego i Wąsika oznajmiała, że każdy ma prawo nie jeść. Pod względem osobowości rząd Tuska z pewnością dream teamu nie stanowi co również nie sprzyja skutecznej realizacji choć części obietnic ani stałej komunikacji z elektoratem. Przekonanym często, że znów został pozostawiony samemu sobie.   

Zagłosują, gdy im się poprawi

Zwykły polski wyborca nie ekscytuje się na co dzień składem ani prawomocnością Krajowej Rady Sądownictwa. Za to można było próbować przekonać, że wydłużoną za czasów Zbigniewa Ziobry drogę do sądu obywatelowi skróci się wreszcie do rozsądnych rozmiarów. Nie interesują go też lewe dotacje Orlenu tylko ceny paliwa na stacjach benzynowych.     

Polacy, którzy uznali, że po 15 października im się nie poprawiło, nie odczuwają więc sensu, żeby bez końca kredytować nie spełniającą obietnic formację demokratyczną, stanowią zapewne zdecydowaną większość spośród 22 proc wyborców, którzy zagłosowali do Sejmu i Senatu ale do samorządów już nie. Wciąż są do odzyskania. Nie dla polityków. Tylko dla demokratycznej aktywności obywatelskiej. 

Zaś lider, który skutecznie o nich znów zawalczy, miejsce w drugiej turze kolejnych wyborów – prezydenckich – będzie mieć zapewnione. Niewykluczone też, że ta właśnie grupa rozstrzygnie o zwycięstwie. Nie przekona się jej jednak dobijaniem PiS, rozliczeniami ani tworzeniem kolejnych wirtualnych komisji i zespołów, w niewielkim tylko stopniu mających związek z codziennymi problemami obywatela. Jego potrzeby politycy muszą wziąć pod uwagę, zanim znów jak w pierwszych latach transformacji ustrojowej powiedzą, że “społeczeństwo nie dorosło”.

Po wyniku z 15 października ub. r. to politycy, zwłaszcza rządzący, muszą udowodnić, że do zadań przez społeczeństwo im wyznaczonych dorastają. Demokraci muszą się nauczyć, że głównym ostrzeżeniem dla nich płynącym z kolejnego głosowania z 7 kwietnia br. okazuje się nie poparcie dla PiS – na miarę wcześniejszych sondaży przecież – lecz nieobecność sporej części ich niedawnych zwolenników przy urnach.  

[1] por. W stronę Haiti. PNP 24.PL z 20 marca 2024

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 6

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here