Do domu wracamy, daleko nie mamy

0
50

Z topornie grającą Austrią nasi zawodnicy przegrali wyraźnie i zasłużenie 1:3. Chociaż wcześniej pięknie rozgrywającej piłkę Holandii, zaliczanej do faworytów mistrzostw kontynentu, stawialiśmy opór do końca: prowadziliśmy po golu Adama Buksy, a rozstrzygającą bramkę rywale strzelili nam na 7 minut przed końcem czasu regulaminowego.

Strach pomyśleć, co czeka nas w kolejnym meczu, z Francją, urzędującym wicemistrzem świata? Niekoniecznie tak. Być może drużyna odrodzi się w ostatnim spotkaniu, jak parę razy zdarzało się nam na Mundialach, a konkretnie po powrocie na mistrzostwa globu po szesnastoletniej nieobecności:  w 2002, potem 2006 i wreszcie w 2018 r. w Rosji, kiedy to “mecz o honor” pozostawiał w naszym wykonaniu lepsze wrażenie, niż poprzednie gry.

Ocenę występu Polaków na niemieckim Euro 2024 określa bezsporny fakt, że jednej z szesnastu na niedawnym katarskim Mundialu najlepszych drużyn świata nie udało się awansować nawet do podobnej szesnastki w Europie. Fakt, że piłkarze stanowią ekipę po przejściach, nie usprawiedliwia. Ponieważ te przejścia zafundowaliśmy sobie sami: mam na myśli działaczy eksperymentujących z wynajmowaniem zagranicznych trenerów, którzy okazali się szalbierzami. I komentatorów, którzy ich dziwacznym poszukiwaniom przyklaskiwali. Sekując zarazem tych, co przedtem mieli wyniki. Wypowiedź Grzegorza Laty zachwalającą “polską myśl szkoleniową” bez przerwy wykpiwano, chociaż wszystkie sukcesy w dziejach naszej piłki odnieśliśmy dzięki rodzimym trenerom: Kazimierzowi Górskiemu (trzecie miejsce na Mistrzostwach Świata w 1974), Jackowi Gmochowi (piąta lokata w Argentynie w 1978 r.) i Antoniemu Piechniczkowi (znów trzecia pozycja w Hiszpanii w 1982 r.). A najlepszy wynik na Euro zawdzięczamy Adamowi Nawałce (ćwierćfinał w 2016 r.).    

Całe piękno futbolu zawiera się w zaskakujących zwrotach akcji. Jednak gdy po godzinie gry wszedł wreszcie na boisko wszedł nieobecny wcześniej przez ponad półtora meczu Robert Lewandowski (spotkanie z Holandią w całości przesiedział na ławce za sprawą urazu we wcześniejszej towarzyskiej grze) – żaden zwrot nie nastąpił. Po paru minutach zarobił żółtą kartkę. W jeszcze parę minut później Austriacy po raz drugi w meczu objęli prowadzenie. I niedługo potem dobili nas kolejnym strzałem, tym razem z karnego, którego nie obronił Wojciech Szczęsny, jak mu się to udało w Katarze, gdy egzekutorem jedenastki był sam Leo Messi. Potwierdziło się, że nazwiska nie grają. Dotyczy to zarówno Lewandowskiego jak wprowadzonego w końcówce na boisko Kamila Grosickiego, który w przeszłości nie tylko gole strzelał, ale zagrał samego siebie w fabularnym “Bad boyu” Patryka Vegi.

Przedtem jednak zaskakujących zwrotów akcji nie brakowało.        

Zaczęło się w sposób najgorszy z możliwych: od pierwszych minut przeważali Austriacy. To oni stosowali pressing, nasi nie. W efekcie w 9 minucie piłka za sprawą Gernota Traunera wpadła do naszej bramki. Pierwsza porządna akcja Polaków to strzał Piotra Zielińskiego odbity od obrońcy w 16 min. Potem spudłował nie atakowany przez nikogo w polu karnym Nikola Zalewski. 

W 24 minucie operatorzy transmisji pokazali selekcjonera Michała Probierza wpatrującego się w jakąś kartkę. Ręcznie napisaną, nie był to wydruk z komputerowej drukarki. Jeśli zawierała sposób na przełamanie, to chociaż na krótko – rzeczywiście nastąpiło. W 30 minucie pięknego gola wyrównującego zdobył Krzysztof Piątek. I oglądaliśmy kolejne akcje Polaków, zapowiadające, że drużyna się rozkręca. Aż zmiany, wprowadzone przez Probierza dały wynik odwrotny do zamierzonego.        

Trudno o budujące refleksje po meczu piłkarzy z Austrią. Doradzam jednak umiar w ocenach, bo fakt, że nie doceniliśmy sukcesu jakim było nasze miejsce wśród szesnastu najlepszych drużyn świata na mundialu w Katarze (koniec 2022 r.) stanowi jedną z przyczyn obecnych kłopotów narodowej reprezentacji.

Po katarskim turnieju zwolniono bowiem selekcjonera Czesława Michniewicza, autora najlepszego dla Polski wyniku na Mistrzostwach Świata od czasów legendarnego już Antoniego Piechniczka, który podczas stanu wojennego w kraju, wywalczył z zespołem w Hiszpanii trzecie miejsce (1982 r) a w cztery lata później też wprowadził go w Meksyku do grona szesnastu najlepszych, jak teraz Michniewicz w Katarze, chociaż z gorszym od niego bilansem. Udzielenie dymisji Michniewiczowi przez bossów z Polskiego Związku Piłki Nożnej oznaczało oczywistą stratę czasu. Zajął go bez efektów nam wszystkim trener z importu Fernando Santos, który poza wysokimi apanażami niczym się nie wyróżnił. Trzeba go było zwolnić, bo przegrywaliśmy nawet z Albanią i Mołdawią. Na szczęście zespół na finiszu eliminacji odbudował Michał Probierz, wprowadzając go rzutem na taśmę na Euro po barażach z Estonią i Walią. Wbrew rozlicznym kpinom komentatorów, polska myśl szkoleniowa zachwalana przez Grzegorza Latę, dawnego króla strzelców Mistrzostw Świata (1974 r.) znów okazała się lepsza od tej z importu. Wcześniej nie stali się zbawcami rodzimego futbolu inni rycerze-goście na trenerskiej ławie: Leo Beenhakker ani Paulo Sousa, przy czym ten drugi niczym niegdyś król Henryk Walezy uciekł za granicę od pełnienia obowiązków nawet po dżentelmeńsku o tym nie powiadamiając. `

Po tych doświadczeniach odradzam prezesowi PZPN Cezaremu Kuleszy zwalnianie Probierza. Kontrakt nasz trener ma aż do kolejnych Mistrzostw Świata. Warto dać mu szansę, aby zespół na ten turniej wprowadził. Gorączkowe szukanie jego następcy po świecie w gronie bezrobotnych selekcjonerów przyniesie zapewne efekt podobny do wcześniej opisanych. A mierny wynik z Austrią nie zatrze w pamięci kilkunastu minut nadziei z pierwszego meczu, kiedy po golu Adama Buksy prowadziliśmy z renomowanym zespołem Holandii. Ani nie wymaże z niej kolejnej godziny, przez którą udawało nam się z faworyzowanymi “pomarańczowymi” utrzymywać – wciąż szkoda, że nie do końca – korzystny czy wprost zaszczytny dla nas wynik remisowy.             

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here