https://www.cdc.gov/coronavirus/2019-ncov/summary.html

Społeczeństwo silne i wytrzymałe, państwo słabe a władza nieudolna – wnioski z półrocza zmagań z koronawirusem cofają nas do fazy, w jakiej Polska znalazła się po stanie wojennym. Nie oznacza to, że straciliśmy 35 lat, ale mimo zmiany ustrojowej nie wykształciły się mechanizmy obronne ani sprawne instytucje. To, co w Polakach najlepsze wciąż realizuje się poza ich państwem. 

Stefan Żeromski pisał przed stu laty w „Początku świata pracy” jako o oczywistej prawidłowości: „Kiedy wybucha epidemia szkarlatyny, plamistego tyfusu, ospy, cholery, dżumy, wówczas rządy nad ludźmi obejmuje lekarz. Dyktuje nieodwołalne prawa, nakazuje i zakazuje, (..) obstawia domu strażą, przyrywa możność komunikowania się ludzi z ludźmi, w pałacach milionerów, rządców świata i królów jednym skinieniem lub jednym podpisem sprawuje wszechwładne rządy. Zlecenia jego akceptuje – pod najbezwzględniejszą kontrolą – zespół jego współtowarzyszów zawodu” [1].

Ekipa rządząca po półroczu zmagań z pandemią właśnie wymieniła ich sternika. W Ministerstwie Zdrowia Adam Niedzielski zastąpił prof. Łukasza Szumowskiego. Odszedł również zastępca tego drugiego Janusz Cieszyński. Zmiana okazała się zapewne nieunikniona, bo z szefem resortu wiązał się cały  splot gorszących powiązań rodzinnych, towarzyskich i biznesowych, owocujących marnotrawieniem sprzętu ochronnego i przeznaczonego do walki z wirusem: ten albo do służby zdrowia nie trafiał, albo się do niczego nie nadawał. Co znaczące – w efekcie na czele Ministerstwa Zdrowia menedżer zastąpił lekarza. Chociaż wskazanie Żeromskiego pokrywa się zapewne z obecnym przeświadczeniem społecznym, że w obliczu epidemii do pokierowania akcją ratowniczą najlepiej nadawałby się lekarz o lepszej niż poprzednik opinii.

Doktor Judym kontra biurokrata z PiS

Zmiana – której faktycznym autorem musiał być prezes Jarosław Kaczyński – pokazuje, że politycy ponownie nie chcą ryzykować i zaufać fachowcom, którzy jak Szumowski własnymi interesami dodatkowo obciążą konto rządzących. Rolę spikerów i twarzy walki z pandemią rezerwują zaś dla samych siebie. Zagra ją wobec oczywistej słabości nowego ministra (nominat nie jest powszechnie znanym autorytetem ani nie stoi za nim szerokie partyjne poparcie) sam premier Mateusz Morawiecki.  Judymów PiS nie szuka, skoro o Żeromskim mowa. Świadczy o tym ujawniony niedawno choć nie przeznaczony dla opinii publicznej list przemyskiego działacza tej partii Tomasza Zaleszczyka do byłego marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego ze wskazaniem praktycznym: „Jestem zwolennikiem egalitaryzmu w zarządzaniu. To zadziała jednak tylko wówczas, jeśli za pracą pójdą konkretne decyzje finansowe. W polityce jest podobnie jak w przedsiębiorstwie :- nikt nic nie robi za darmo. Przekonania to jedno, ale za coś trzeba żyć (..). Każda z osób, wybranych do wspólnego działania, odpowiedzialna za budowanie marki PiS w Przemyślu tak na gruncie politycznym jak i gospodarczym (czy jakimkolwiek innym) powinna otrzymać jasno określoną polityczną wizję nagrodzenia jej w przypadku sukcesu wyborczego” [2]. W takich wypadkach pyta się zwykle: czy mam cytować dalej? Elaborat pisowskiego arywisty pozostaje jednak świadectwem kryzysu nie tylko moralnego, o czym sam jego autor jako socjolog z dyplomem powinien również wiedzieć: rządzący nagminnie nie doceniają motywacji wyższego rzędu. Aparat PZPR latem 1980 r. też uważał, że wystarczy ludziom dać podwyżki a wrócą do pracy. I był zdziwiony, że czegoś jeszcze chcą.     

Ekipa PiS nie wykazuje się znajomością psychologii społecznej. Lekarza słucha się bowiem tam, gdzie lekceważy się biurokratę. Mnożenie absurdalnych zakazów cechowało pierwszą fazę walki z pandemią: symbolem stał się zakaz wstępu do lasu wydrwiony przez Justynę Kowalczyk. Zaś wobec tych ograniczeń, które okazały się uzasadnione Polacy objawili znaczną cierpliwość. Najpierw ulice miast naprawdę opustoszały, teraz wciąż w sklepach zdarza się, że zakładania masek domaga się nie obsługa ale inni klienci. Polak skłonny jest do poświęceń, jeśli wie, że przynoszą dobry skutek. Zakazy bezsensowne lekceważy. Brak szerszej popularności poglądów że pandemia to tylko propagandowy wymysł wskazuje, że mimo nerwowości i poczucia opuszczenia przez władzę Polacy w krytycznej chwili nie wybrali znachorów: wciąż ufają lekarzom. Panika też nie wybuchła, co pozostaje zasługą społeczeństwa a nie rządzących.

Władza, dysponując mediami jak żadna inna po 1989 r. nie odwołała się do autorytetów medycznych po to, by uśmierzać niepokój, znajdować zrozumienie dla administracyjnych restrykcji ani mobilizować do zmiany higienicznych przyzwyczajeń społeczeństwa. Polacy – jak się okazało – najlepiej zmobilizowali się sami. Pogłoski o powszechnej atomizacji czy triumfie egoizmu w młodym pokoleniu znów okazały się przedwczesne.            

Władza nie szuka Judymów, ale czas pandemii pokazuje, jak wiele reguł dobrego wychowania – choćby osłanianie ust i nosa przy kichaniu i kaszlu, trzymanie dystansu, częste mycie rąk – przydaje się w walce z wirusami. Stare domowe i szkolne zasady powtarzane są wśród najbardziej nowoczesnych wskażeń epidemiologów, jak zakażenia uniknąć. Zwykli ludzie skłonni są w publicznych miejscach przywoływać do porządku tych, którzy zdroworozsądkowe zasady ostentacyjnie łamią. Policja i straż miejska zwykle ma co innego do roboty. Z ofiarnością interweniuje za to zwykle straż pożarna, pogotowie wodociągowe i służby sanitarne – ale czasem są bezradne w gąszczu nie dopasowanych do nadzwyczajnej sytuacji przepisów. Gdy w szczycie pandemii śmierdziało z piwnic położonego w centrum Warszawy budynku Spółdzielni Mieszkaniowej „Kopernik” służby nie były w stanie tam wejść pomimo ewidentnego zagrożenia epidemicznego, bo… prezes nie miał klucza.  

Ważniejsze niż Białoruś i rekonstrukcja razem wzięte

Pandemia, pomimo braku optymistycznych statystyk i prognoz wypychana stopniowo z przekazów informacyjnych głównych stacji, pozostaje niezmiennie głównym tematem rozmów Polaków, przedmiotem ich codziennych niepokojów oraz przesłanką życiowych planów. Skupia uwagę w stopniu bez porównania większym niż sytuacja na Białorusi czy rekonstrukcja  rządu. Twarde dane znów potwierdzają racje opinii a nie polityków. Porównanie wyników gospodarki w drugim kwartale br z tym samym okresem roku ubiegłego pokazuje, że skurczyła się przez ten czas o 8,2 proc, bardziej niż w stanie wojennym (spadek w całym 1982 r wyniósł 6 proc) a także w trakcie terapii szokowej lat 1990-91. To oficjalne wyliczenia GUS a nie żadne uśredniane symulacje. Czynią one zasadnym porównania z najbardziej ponurymi okresami polskiej historii.

Restrykcje w stanie wojennym, dotykające życia codziennego trwały krócej: powrót do szkół nastąpił po kilku tygodniach, teraz po paru miesiącach. W dodatku nauczyciele skarżą się, że środków ochronnych jak maski wystarczy na dziesięć dni. Dyrektorzy odpowiadają za zdrowie dzieci i podwładnych ale nie oni decydują o formie nauki.  Szkoły mają być sterylne, chociaż pozostają niedoinwestowane. A w ich programach upowszechnianie higienicznych nawyków – oczywiste w trudniejszych czasach – ograniczono do minimum.   

Stan wojenny, szokową transformację ustrojową i obecną pandemię – które poskutkowały również kurczeniem się gospodarki narodowej odpowiednio o 6 proc, 7 proc i 8 proc – łączy również to, że chociaż wiadomo kiedy się zaczęły, nie daje się z góry przewidzieć, kiedy się skończą.

Z kolei twarde dane medyczne nie potwierdzają bowiem sugestii premiera Mateusza Morawieckiego ani poprzedniego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego (obecny Adam Niedzielski, trzeba mu to przyznać  mniej jest skłonny do dyżurnego optymizmu), że najgorsze mamy już za sobą. Gros tego pocieszania przypadło na czas przed wyborami prezydenckimi. Już po nich liczba dziennych zachorowań przekraczała czasem i 900, a nigdy nie spadała poniżej pięciuset zaś suma śmiertelnych ofiar koronawirusa wynosi ponad dwa tysiące. Nie da się wykluczyć drugiej fali pandemii, a wciąż nie wynaleziono skutecznej na nią szczepionki. Statystyki medyczne rysują się równie ponuro, jak te, co dotyczą gospodarczych następstw panoszenia się wirusa z Wuhan. Gdy PiS był w opozycji, jego eksperci opublikowali książkę zbiorową o rządach PO „Wygaszanie Polski”. Teraz jej tytuł pasuje bardziej do efektów działań obecnych sterników. Odkąd rząd Jana Olszewskiego, gdzie ministrem pracy był Jerzy Kropiwnicki, finansów Andrzej Olechowski zaś doradcami gospodarczymi m.in. Stefan Kurowski i Dariusz Grabowski zanotował pierwszy od zmiany ustroju wzrost produktu krajowego brutto – Polska zawsze go zachowywała, nawet w czasach globalnych kryzysów „pęknięcia bańki internetowej” (u schyłku rządów Jerzego Buzka) oraz po upadku Lehman Brothers (gdy władzę sprawował Donald Tusk) chociaż wówczas kurczył się on do wielkości badanych zwykle raczej przez farmaceutów niż ekonomistów. Teraz mamy do czynienia z tąpnięciem tym bardziej dotkliwym, że obywatelom obiecywano bezpieczeństwo zdrowotne i ocalenie gospodarki za cenę cierpliwego znoszenia ograniczeń. Tymczasem osiągnięty rezultat przypomina wskaźniki w Szwecji, która restrykcji niemal nie wprowadzała. Wyrzeczenia okazały się realne, to wygaszanie – o czym była już mowa – całych branż, zaś efekty – wyłącznie wirtualne. Straty ponieśliśmy również w kapitale ludzkim, przecież nawet w stanie wojennym – z wyjątkiem rodzin 10 tys internowanych – Polacy zwyczajnie spotykali się przy stole wigilijnym czy bożonarodzeniowym, a pandemia porozdzielała rodziny, uniemożliwiając dziadkom wspólne z wnukami spędzenie Świąt Wielkiej Nocy. To już policzyć trudniej. Ludzie dostrzegają, że ich wyrzeczenia nie przyniosły skutków. Widzą też, że nie żądano ich od banków, firm lichwiarskich czy windykacyjnych, które w kryzysie działały pełną parą w odróżnieniu od pozamykanych przymusowo biur turystycznych, hoteli, siłowni czy branży koncertowej. Ale premier Morawiecki nie pracował wcześniej w turystyce tylko w bankowości. Gdyby równie wiele troski co instytucjom finansowym, zwłaszcza zagranicznym, poświęcił polskim przedsiębiorcom, nie notowalibyśmy dziś wskaźników makroekonomicznych gorszych niż w stanie wojennym. Stało się jednak inaczej i jedyną nadzieją tworzących miejsca pracy w Polsce pozostaje odrodzenie powszechnego samorządu gospodarczego, wspólnoty, która pozwoli im zadbać o interesy własne i pracowników, za których czują się odpowiedzialni. Tych ostatnich nie wybronią przecież związki zawodowe, z których część jak resztówka NSZZ „Solidarność” stanowi rezerwową armię władzy.      

W tym kryzysie rząd okazał się kiepskim sternikiem i doradcą. Klechdą domową  stała się oficjalna narracja o wyrzeczeniach, które nas uchronią przed najgorszym. Teraz ta sama władza zdaje się między wierszami sugerować, że najgorsze… wciąż jeszcze przed nami. I zarazem pocieszać, że kolejnego lockdownu nie będzie.  Trudno w tym dopatrzyć się spójnego przesłania.         

Za to wszystko, co organizują sami Polacy, nie oglądając się na państwo, funkcjonuje bez zarzutu: od początku pandemii rozwinęła się samopomoc sąsiedzka. Wobec niedoborów wymieniano się środkami ochronnymi lub wiadomościami, gdzie najkorzystniej można je dostać, służono sobie nawzajem radą i pomocą. Kto trafił na maseczki lub rękawiczki w korzystnej proporcji ceny i jakości – kupował dla siebie i sąsiadów czy znajomych. Zaradność i wzajemna życzliwość przywodzi na myśl czas stanu wojennego. Przedsiębiorczość z kolei w zapobieganiu zagrożeniom – pierwszy czas szokowej transformacji ustrojowej. Nawet niepowtarzalny folklor, związany z kolorowymi fasonami obowiązkowych masek ochronnych, świadczący o inwencji Polaków i wzmagajacy cierpliwość wobec restrykcji, nie przebił się w przekazie rządowych mediów, kostycznym, smutnym i ponurym. Charakterystyczne, że władza nie próbuje w żaden sposób wykorzystać rodzących się już wspólnot, wypracować form kontaktu z nimi, spożytkować rodzącą się tam energię.  

Zwłaszcza, że zawodzi medyczna i sanitarna biurokracja: na podawane telefony nie można się dodzwonić, dostępność testów pozostaje przedmiotem narzekań, trafiają się wciąż sprzeczne zalecenia.

Czego nie przewidział główny scenarzysta Kaczyński

Jacek Kuroń uważał, że wystarczy dać bezrobotnym zupę, matka chrzestna polityki społecznej PiS Elżbieta Rafalska i jej następczyni Marlena Maląg utrzymują, że uniwersalną receptą okaże się 500plus: te bliźniacze rozumowania kończą się z chwilą kiedy zaczyna się powszechne zagrożenie, bo nawet liczba funkcjonariuszy publicznych – i tak nadmiernie wybujała – wskazuje na to, że wszystkim chorym ani podatnym na wirusa nie pomogą, włączyć się musi współdziałąnie wzajemne. Społeczeństwo, które – jak w wierszu Stanisława Barańczaka z lat 70 – ogranicza swoją aktywność do tego, że raz na parę lat wrzuci kartkę do urny, potem nawet na nią nie patrząc, jak pisał poeta, pozostanie wobec zarazy bezbronne. Bo nie przewidziały jej biurokratyczne instrukcje. W programie PiS nic o niej nie było. Kiedyś prezes oznajmił, że imigranci przynoszą zarazki, ale chyba jednak co innego miał na myśli…     

Główni bohaterowie walki z pandemią, lekarze i pielęgniarki, ratownicy i laboranci pozostają wciąż lekceważonymi przez władzę grupami zawodowymi. Podczas protestów służby zdrowia wymienia się liczne przykłady represji wobec sygnalistów wskazujących nieprawidłowości i często zwalnianych za to pracy (jak położna z Nowego Targu, bo ujawniła brak sprzętu ochronnego) oraz drastyczne przypadki tych, którzy zwalczając COVID-19 sami zostali zarażeni po czym nie otrzymali należytej pomocy (jak ratownik Wojciech Kraszewski z radomskiego pogotowia). Zwykle hierarchicznie podzielone grupy zawodowe skladające się na środowisko medyczne już w trakcie tegorocznych sierpniowych demonstracji przed Sejmem występowały razem, do czego przyczyniła się zarówno pandemia jak polityka władz. Plugawy gest Lichockiej, za który niedawno prezydium Sejmu uniewinniło wulgarną posłankę też przecież odnosił się do funduszy na onkologię – a ściślej adresowany był do chorych na raka, którzy dodatkowych pieniędzy nie dostaną, bo PiS przegłosował, że pójdą na reżimową telewizję.

Wraz z trudami pandemii powraca szacunek do lekarza i innych zawodów medycznych, do nauczyciela, który w szkole musi uczyć i pozostawać głównym higienistą, jednym słowem do tych, którzy mają styczność z problemem wirusa a nie tylko z trafiajacymi na ich biurka wielostronicowymi przemądrymi opracowaniami na jego temat. Akurat w tym czasie władza zamiast wyjść naprzeciw oczekiwaniom środowisk medycznych próbuje je szantażować zaostrzeniem odpowiedzialności za błędy lekarskie.  

Tymczasem tradycyjne nakazy inteligenckie, uosabiane przez lekarzy i nauczycieli chronią przed pandemią, wobec której bezradna pozostaje mentalność korporacyjna (szef boi się tak samo jak podwładni i pozostaje równie bezradny) i osobowość autorytarna, bo zarazy nie przywlekli emigranci ani nie przeszczepił obcy wywiad.

Dla Polaków wspólne bolesne doświadczenie trwającego już pół roku stanu zagrożania potwierdza zarazem, że pozostajemy jednym narodem i społeczeństwem – wbrew propagandzie ochoczo dzielącej nas na wrogie plemiona. Zaraza zniwelowała również różnice zamożności, bo wyjazd do renomowanych światowych metropolii ani prestiżwonych kurortów zwykle nie tylko przed nią nie ratował ale jeszcze zagrożenie zmniejszał. W Polsce zaś dlugo najbezpieczniejszym powiatem pozostawałą Kolbuszowa, przy szosie do Rzeszowa, gdzie mieszkają ludzie pracowici ale Krezusami nie będący. Złowrogi egalitaryzm pandemii tak w Polsce jak w całym świecie pokazał, że dotyka ona również celebrytów, polityków i biznesmenów. Uciec przed nią trudno, ale ratuje wspólna rozwaga: ostentacyjne odsuniecie się od kogoś, kto publicznie kaszle, poproszenie o założenie maski nastolatka w spożywczaku, postraszenie załogi punktu usługowego, która nie przestrzega norm telefonem do sanepidu. Również z góry złożona oferta robienia zakupów sąsiadce zaniepokojonej, czy nie trafi na kwarantannę. Za sprawą ponurego wirusa z Wuhan przestaliśmy się dzielić na targety i elektoraty, plemiona jak chce „Gazeta Wyborcza” albo lemingi i moherów jak utrzymują pisowskie „środki musowego przykazu”.

W tej odnowionej i poprawionej wersji historii doktor Judym domagający się oczyszczenia zatruwających okolicznych mieszkańców stawów jawi się jako postać bardziej współczesna niż cytowany aparatczyk z Przemyśla domagajacy się fruktów dla pisowskich działaczy zanim jeszcze jakikolwiek sukces odnieśli.

Nowa normalność albo barbarzyństwo

W walce z COVID celem nie jest też pognębienie konkurenta. Z tej okazji w edukacyjnym przekazie przydałoby się więcej o Marii Skłodowskiej-Curie, bo nasz wkład do Panteonu dobroczyńców ludzkości nie jest mniejszy niż do grona bohaterów wojennych. Nauczyciele i katecheci nie kierujący się pisowskimi wytycznymi widzącymi w Papieżu z Polski tylko destruktora komunizmu mogą też przybliżać wszystko, co Jan Paweł II mówił i pisał o ludziach starych, słabych, bezradnych i chorych. Bo w wypadku COVID nie da się powiedzieć, że choruje ten, kto o siebie nie dbał, jak wmawiają ortodoksyjni liberałowie w kwestii przypadłości bardziej konwencjonalnych. Dla wielu pandemia okazałą się twardą ale skuteczną lekcją humanizmu. Okazją do zrozumienia tego, czego szukała Matka Teresa w Indiach a Teilhard de Chardin w Czarnej Afryce. Albo w jakim celu globalną walkę z nędzą prowadzą muzyk Bono wspólnie z Jeffreyem Sachsem, który kiedyś doradzał rządowi Boliwii a potem Leszkowi Balcerowiczowi jako młody wilk z Chicago ale zrozumiał społeczny sens gospodarki. Teraz w książce „Koniec z nędzą” Jeffrey Sachs pisze: „Wprawdzie w podręcznikach, wprowadzających do ekonomii wychwala się indywidualizm i zdecentralizowane rynki, ale nasze bezpieczeństwo i dobrobyt zależą co najmiej w takim samym stopniu od zbiorowych decyzji dotyczących walki z chorobami, wspierania rozwoju nauki i oświaty, stwarzania najpotrzebniejszej infrastruktury i wspólnego działania w celu udzielania pomocy najbiedniejszym na świecie. (..) Podstawą sukcesu ekonomicznego jest zbiorowe działanie, skuteczność rządu w zapewnieniu opieki zdrowotnej, edukacji oraz infrastruktury, a także – w miarę potrzeby – pomoc zagraniczna” [3].         

Pandemia to lekcja odpowiedzialności za siebie i innych.

„Wątpię (..) czy dzięki epidemii staniemy się mądrzejsi” – zaznacza filozof Slavoj Zizek w książce „Pandemia! Covid-19 trzęsie światem”. „Jasne jest tylko to, że wirus zburzy fundamenty naszego życia, powodując nie tylko ogromną ilość cierpienia, ale też spustoszenie gospodarcze potencjalnie gorsze, niż Wielka Recesja. Nie ma powrotu do normalności, nową normalność trzeba będzie zbudować na ruinach naszego starego życia albo znajdziemy się w epoce nowego barbarzyństwa” [4]. Wybór należy więc do nas.    

Politycy chętnie zastępują lekarzy przed kamerami telewizyjnymi w roli obrońców społeczeństwa przed pandemią. Głos epidemiologów niknie w szumie informacyjnym stwarzanym przez decydentów. Władza traci autorytet, gdy na zmianę straszy lub uspokaja, czasem zależnie od kalendarza wyborczego. A Polacy przyzwyczajają się znów do tego, że radzić muszą sobie sami lub w niewielkiej wspólnocie. Gdy rządzą nami dyletanci, kryzys państwa widać gołym okiem, nadzieją pozostaje odradzanie się społeczeństwa. Odbudowywanie wspólnoty zaczęło się w ciężkich czasach, obyśmy nie zapomnieli o nim, gdy sytuacja się poprawi.          

[1] Stefan Żeromski. Początek świata pracy. [w:] Pisma polityczne. Polonia, Londyn 1988, s. 25
[2] list Tomasza Zaleszczyka do Marka Kuchińskiego, datowany 19 grudnia 2019 r, kopia w dyspozycji autora tekstu
[3] Jeffrey Sachs. Koniec z nędzą. Zadanie dla naszego pokolenia. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006, s. 20-21.
[4] Slavoj Zizek. Pandemia! COVID-19 trzęsie światem. Wyd, Relacja, Warszawa 2020, s. 13 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 4.8 / 5. ilość głosów 16

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here