Erudyta, patriota, znawca kosmosu

0
104

Żegnamy Lecha Jęczmyka (1936-2023)

Uważał, że jesteśmy pasażerami i załogą statku kosmicznego, mknącego przez Wszechświat, ale nie znamy celu tej podróży.

O niedawno opublikowanej książce o science fiction otwarcie mówił, że okaże się ostatnią. Jej tytuł “Życie jako okręt oglądany od spodu” oddawał ograniczone możliwości poznawcze człowieka.

Diagnozował nadchodzące nowe średniowiecze, pod wpływem rosyjskiego filozofa Nikołaja Bierdiajewa, jednego z pierwszych krytyków systemu sowieckiego. Wojna na Ukrainie i wszelkie okoliczności z nią związane wydają się te oceny potwierdzać. Z drugiej strony nikt lepiej niż on nie znał się na przyszłościowych utopiach.

Od rosyjskich humoresek po amerykańskie SF

Lech Jęczmyk, urodzony na trzy lata przed klęską wrześniową, odznaczał się przedwojennymi manierami i klasą intelektualisty. Niezależnie od zajęć, które podejmował. Zaczynał jako absolwent rusycystyki tłumacząc rosyjskie humoreski i skecze. Potem pochłonęły go nowe technologie i androidy zaludniające – jeśli o robotach tak rzec można – powieści z gatunku fikcji naukowej. Literaturę SF zestawiał z przesłaniami mistyków i nazywał zamaskowaną poezją. Chętnie przytaczał zdanie wielkiego Iwana Turgieniewa, który czuł się pisarzem gorszym od Jules’a Verne’a. Jęczmyk pracował m.in. w “Fantastyce”, “Iskrach”, “Czytelniku”, także dla “Itd”.   

Najżywiej jednak absorbowała go Polska. Włączał się w działania opozycji i obiegu niezależnego. Gdy po wprowadzeniu stanu wojennego władze rozwiązały Związek Literatów Polskich, gdzie zawiadywał sekcją tłumaczy, Jęczmyk w znanym z George’a Orwella roku 1984 podejmował w na pół konspiracyjnych warunkach w Warszawie Kurta Vonneguta (którego jedne tytuły wydawano wtedy oficjalnie, a inne w podziemiu) i organizował jego spotkanie z pisarzami z polskiego PEN-Clubu. Gdy on z kolei odwiedził wielkiego pisarza w jego nowojorskim mieszkaniu, tenże Vonnegut nazwał Jęczmyka “jego polskim głosem”.      

Lech Jęczmyk pozostawał erudytą i człowiekiem wielu talentów. Znakomicie wiele z nich wykorzystał, stając się w branży science-fiction wyjątkowym autorytetem. Z kolei jako tłumacz przyswoił polskiej publiczności autorów tej miary co Joseph Heller (“Paragraf 22”) i wspomniany już Kurt Vonnegut (“Śniadanie mistrzów”). Ważną postacią stał się w antykomunistycznej opozycji, związany m.in. z pismem Vacat, działał też w Duszpasterstwie Środowisk Twórczych oraz Polskiej Partii Niepodległościowej, pod koniec poprzedniego ustroju jeszcze bardziej radykalnej od KPN. Zdolny dżudoka, przez jakiś czas pełnił przy ks. Jerzym Popiełuszce rolę ochroniarza. Aktywny publicznie również w nowej Polsce, nigdy nie został posłem, chociaż każda komisja parlamentarna zyskałaby na jego wiedzy i systematyczności. Zawsze o wyrazistych przekonaniach, zaliczał się do tych, co stawiali raczej na mec. Jana Olszewskiego niż Tadeusza Mazowieckiego, chociaż pod koniec życia zapewne miał świadomość, że przegrali tak jedni, jak drudzy. Tyle, że pod niedawno odsłoniętym popiersiem pierwszego niekomunistycznego premiera, przed gmachem mieszczącym kiedyś Klub Inteligencji Katolickiej ostatniego 4 czerwca nikt nawet nie złożył kwiatów. Za to w rozlicznych upamiętnieniach Olszewskiego namolnie uczestniczą: Antoni Macierewicz, chociaż rozbijał jego partię oraz Jarosław Kaczyński, który pochłonięty marzeniami o nowej oświeconej koalicji z Unią Demokratyczną nie kwapił się ratować rządu Mecenasa, pomimo że możliwość rozszerzenia jego bazy o Polskie Stronnictwo Ludowe, Kongres Liberalno-Demokratyczny i Konfederację Polski Niepodległej istniała niemal do końca.      

Życie publiczne Lech Jęczmyk nad wyraz krytycznie oceniał również po 1989 roku. “Polska zafundowała sobie kłębowisko agentur, które współistnieją, raczej konkurując niż walcząc ze sobą. Własny wywiad i kontrwywiad rozwalono, a spuszczeni ze smyczy specjaliści wylądowali na międzynarodowym rynku pracy, gdzie chętnie korzystały z nich wielkie koncerny oraz inne wywiady” – oceniał w książce “Życie jako okręt oglądany od spodu” [1]. Sekundował zarazem wszelkim debatom i inicjatywom, w których dostrzegał szansę na naprawę istniejącej sytuacji: pamiętam jego udział w spotkaniu u Dariusza Grabowskiego przy okazji startu PNP 24.PL, gdzie w dyskusji skupiał zainteresowanie swoimi poglądami i zawsze rzeczową argumentacją.   

Radzieccy niepokorni w futurologicznym kostiumie 

Literatura science-fiction, którą tłumaczył i promował nie stała się – w czym cząstka również jego zasługi – niszą odległą od realnego życia. W trudnych czasach cenzura pozwalała tam na więcej, zwiedziona technologicznymi fajerwerkami oraz pozycją braci Strugackich: Arkadija (absolwenta japonistyki ale na uczelni wojskowej) i Borysa (astronoma z wykształcenia), wydawanych w masowych nakładach również w ZSRR, ale przestrzegających przed rozlicznymi zagrożeniami przyszłości. Lech Jęczmyk przyswajał polszczyźnie i rodzimemu rynkowi wydawniczemu zachodnich autorów z tej branży: Philipa K. Dicka i Ursulę Le Guin. Opowieści o Kosmosie okazywały się nader aktualne i współczesne. Zaś niejeden kosmonauta oznajmiał, że zajęcie to wybrał pod wpływem lektury futurologicznych książek Stanisława Lema. Zasługą Jęczmyka stał się także rozkwit promowanego przez niego nurtu rodzimej “fantastyki socjologicznej”, który uosabiali Edmund Wnuk-Lipiński, Marek Oramus i Janusz Zajdel.      

Zanim przetłumaczył, rozgrywał partie szachów i bitwy

Niesamowita erudycja Lecha Jęczmyka brała się z jego oczytania, swobodnego posługiwania się językiem kultury, rozległych kontaktów o które nikt tego Sarmaty z wyglądu by nie podejrzewał, w tym z amerykańskim uniwersytetem w Iowa City położonym na wielkich równinach. Ale też z perfekcjonizmu, przydatnego, gdy brał się za tłumaczenia rozmaitych książek. Jak opowiadał w wywiadzie Krzysztofa Głucha: “Jedna z nich “Siódma zasłona” Wasiliewa – szkice o wybitnych szachistach. Nie gram w szachy, więc musiałem tę książkę czytać z podręcznikiem szachowym i szachownicą pod ręką i za każdym razem rozstawiałem figury. Potem jeden z recenzentów tej książki napisał, że “przekazuje mi tajemny znak szachowego porozumienia”. Czyli chyba nie zorientował się, że tłumaczył amator. Zresztą każda książka, którą się tłumaczy, wymaga od tłumacza dość mocnego zapoznania się z nowym tematem. Kiedy robiłem przekład “Małego wielkiego człowieka” Bergera, to musiałem rozegrać bitwę pod Little Big Horn. Wykonałem mapę tej bitwy wyłącznie na podstawie powieści. W kilka miesięcy później National Geografic zamieścił również plan tej bitwy i z zadowoleniem stwierdziłem, że pokrywa się on z moją mapą” [2]. 

Tłumaczył jednak najlepiej chyba rzeczywistość wokół. Pozostawał znakomitym rozmówcą. Z nim nie było banalnych tematów. Będzie nam brakować jego myśli, erudycji i kultury. 

[1] Lech Jęczmyk. Życie jako okręt oglądany od spodu. Stalker Books, Olsztyn 2000, s. 136

[2] Lech Jęczmyk – Polski głos Vonneguta i innych. Z Lechem Jęczmykiem o tłumaczeniu fantastyki rozmawia Krzysztof Głuch. Inneplanety.pl z 17 marca 2023

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 6

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here