Gdybyśmy byli potęgą nuklearną…

0
178

… czyli polityka zagraniczna według dr. Błasiaka

Tekst dr. Wojciecha Błasiaka, udostępniany i dyskutowany na różnych forach wzbudził liczne kontrowersje. Ze względu na istotność zagadnień, które porusza postanowiłem się odnieść do niego osobiście.

Dla zaznaczenia – jak to się dzisiaj mawia – warunków brzegowych, wspomnę, iż jestem bardzo krytycznie ustosunkowany do amerykańskiej obecności w Polsce i hegemonicznej roli USA we współczesnym świecie. Staram się jednak nie zamykać oczu na rzeczywistość lub odmawiać jej prawa do istnienia.

Amerykańska pułapka polskiej polityki zagranicznej

Wystąpienie Polski jako gospodarza międzynarodowej konferencji bliskowschodniej w Warszawie w lutym tego roku, której faktycznymi autorskimi podmiotami były Stany Zjednoczone i Izrael, a faktycznym przedmiotem Iran, w pełni odsłoniło stan rzeczywistych relacji polsko-amerykańskich w polskiej polityce zagranicznej. Te relacje cechuje istotne podporządkowanie polskiej polityki żądaniom i decyzjom administracji rządowej USA, która traktuje polski rząd skrajnie […]

Read more

I

Zacznijmy od pierwszego akapitu, w którym autor na podstawie organizacji i przebiegu konferencji na temat Bliskiego Wschodu konstatuje, iż zostaliśmy całkowicie zwasalizowani przez Stany Zjednoczone. Oczywiście nie sposób się z tym nie zgodzić, tylko brakuje tutaj jakiejkolwiek refleksji w kwestii przyczyn tego stanu, bo przecież różnica w traktowaniu “naszego ukochanego”, wstającego z kolan rządu PIS w porównaniu do poprzedniego rodem ze skompromitowanego ponoć PO jest tak wyrazista, ze niemal porażająca wzrok. Poziom uległości i podległości wobec wielkiego brata zza wielkiej wody jest porównywalny z tym, czego doświadcza tak lekceważona przez wielu sympatyków prawicy Ukraina (przypomnę tylko listę nietykalnych wręczoną ostatnio przez ambasador USA w Kijowie Prokuratorowi Generalnemu Ukrainy).

A przyczyny są dwie zasadnicze. Pierwsza – rozluźnienie więzi z krajami Unii Europejskiej, skłócenie z najważniejszymi z nich i brak wsparcia w międzynarodowych relacjach, a wręcz – jak to miało miejsce w związku ze wspomnianą konferencją – działanie wbrew ich interesom i interesom UE jako całości. Druga – nieszczęsna ustawa o IPN, która spowodowała tromtadracką awanturę na skalę międzynarodową powodując dramatyczne ochłodzenie relacji ze Stanami Zjednoczonymi i skończyła się (co było wiadomo i wszyscy rozsądni to przepowiadali) kompletną plajtą, blamażem, podniesieniem łapek do góry i odwołaniem wszystkiego z wycofaniem się ze wspomnianej ustawy na czele.

Chcąc jednak wrócić do łask hegemona trzeba było wykonać kilka poleceń bez szemrania i jednym z nich była wspomniana konferencja. Tak się spłaca zobowiązania za nieprzemyślane posunięcia na arenie międzynarodowej. I gdy się robi takie błędy powrót kosztuje drogo. W obliczu braku oparcia w kimkolwiek (no może Rosja wyciągnęłaby pomocną dłoń) płaci się b. słono. Wasalizacja w tej sytuacji to naturalny stan stworzony w dodatku na własne życzenie.

Dlaczego więc autor ma pretensje do USA?

Idźmy dalej. Jakkolwiek chętnie zgodziłbym się z autorem, co do szkodliwości koncepcji „Fort Trump” i generalnie stałej obecności amerykańskiej na terenie Polski, to snucie teorii o tym, iż jesteśmy w stanie sami zapewnić sobie bezpieczeństwo na wypadek agresji Rosji, dysponującej nieporównanie większymi i znakomicie wyposażonymi siłami zbrojnymi nie wytrzymuje żadnej krytyki. Kto w Polsce jest w stanie zaakceptować przeznaczenie 30% naszych dochodów na zbrojenia? Jakie płacilibyśmy wówczas podatki? Co stałoby się z 500+, wczesnymi emeryturami, bezpłatnym szkolnictwem i służbą zdrowia? Z czego budowalibyśmy drogi? Który kandydat na premiera miałby odwagę wprowadzić takie propozycje do swojego programu i jak by przekonał do tego wyborców?

A wreszcie, po co nam to, jeśli i tak nie jesteśmy w stanie sami zrównoważyć potencjału Rosji? Gdy dr Błasiak jeszcze do tego dokłada rzekomą rozbudowę armii przez ministra Macierewicza, który zmarnował wielomiliardowe środki na zakupy sprzętu rujnując kilka wynegocjowanych już w tym celu kontraktów i rozpuszczając pieniądze nie wiadomo na co, poważny czytelnik powinien lekturę artykułu zakończyć. Tu jednak zaczyna się najciekawsze.

II

Remedium na zagrożenie związane z możliwością konfliktu zbrojnego z Rosją i szantażu atomowego nasz znakomity analityk widzi w … zdobyciu dowolnym sposobem dostępu do broni jądrowej. Teza zaskakująca, ale przecież sprawa jest poważna. Spróbujmy ją przeanalizować.

Zacznijmy od możliwości jej pozyskania. Autor przekonuje, że po pierwsze powinniśmy wystąpić o użyczenie nam tej broni w sytuacji konfliktu zbrojnego z Rosją. Można by tutaj zapytać na podstawie, czego i na jakich zasadach miałoby się to odbyć? Oraz który kraj miałby to zrobić? NATO jak wiadomo nie ma swoich wydzielonych sił nuklearnych. Wszystkie ładunki należą do określonych państw i przydzielone do określonych, będących własnością tych państw środków przenoszenia. Wszystkie te państwa obowiązuje układ o nierozprzestrzenianiu broni nuklearnej (nawet Izrael jej oficjalnie nie ma, a o tym, co faktycznie ma spekuluje się raczej, jako o ich własnej produkcji). Wszyscy sojusznicy w NATO mają określone wzajemne zobowiązania. Z zasady jest to więc po prostu niemożliwe.

Załóżmy jednak, że pojawiłaby się teoretycznie możliwość, by od tych zasad odstąpić. Musiałoby więc nastąpić jej użyczenie przez któregoś z dysponentów spośród trzech najważniejszych krajów NATO. Który z nich chciałby zaryzykować wywołanie konfliktu nuklearnego przez Polskę przy pomocy wypożyczonych przez siebie bomb, czy rakiet? Francja, która nawet lokalne skutki mogłaby odczuć na swoim terytorium nie mając żadnego wpływu? Podobnie Wielka Brytania? A może Stany Zjednoczone, których stacjonujące w Europie wojska musiałyby odebrać również skutki uderzeń, czy kontruderzeń Rosji?

Który poważny polityk amerykański odważyłby się na takie posunięcie mając w perspektywie tłumaczenie się przed narodem ze śmierci setek, a może tysięcy swoich żołnierzy za sprawą wypożyczonych przez niego Polakom rakiet z ładunkami atomowymi, na które Rosjanie odpowiedzieli mocnym kontruderzeniem aż pod niemiecką granicę? A przede wszystkim, co ze światową pozycją USA (ale także UK i Francji), jeśli skompromitowałyby się one jakimiś machinacjami jądrowymi z Polską? Kto by im zaufał w tysiącu globalnych rozstrzygnięć, jeśli tutaj porzuciliby zobowiązania sojusznicze i dwustronne oraz wielostronne gwarancje? Jak układaliby sobie relacje z Rosją, jeśli ta dostałaby sygnał o dozbrajaniu przez Stany w atom graniczących z nią państw? Czym skończyłaby się taka gra dla dwóch największych mocarstw atomowych? I wreszcie co ze zobowiązaniami sojuszniczymi z pozostałymi członkami NATO, którzy nie uczestniczyliby w takim procesie decyzyjnym, nie mają i nie mieliby dostępu do broni atomowej, a w dodatku niektórzy graniczą z Polską i każdy taki konflikt odbiłby się bezpośrednio na Litwie, Łotwie, Słowacji, Czechach, czy przede wszystkim Niemcach? Czy można sądzić, że Stany, W. Brytania, czy Francja uległyby takiej samobójczej paranoi?

Pan Błasiak zdaje się dostrzegać nieprzyjemne ograniczenia i kłopoty ze zdobyciem tą drogą upragnionego oręża, więc rzuca drugi pomysł. Kieruje nas w stronę: „bezpośredniego jej pozyskania na wszelki możliwy sposób.” Tu mamy do czynienia z tajemniczą miną wspartą równie tajemniczą sugestią, że może to być np. droga Izraela, który bez prób jądrowych ma podobno ok. 100 głowic małej mocy. Trudno mi uwierzyć, że kiedykolwiek będziemy mieli w Stanach Zjednoczonych taką siłę wpływu (również finansowego) i przekonywania administracji prezydenckiej i Kongresu jak Żydzi, by otrzymać wsparcie technologiczne i finansowe jak Izrael, by móc marzyć o podobnym transferze do Polski. Jeszcze mniej realną wydaje się perspektywa, że będziemy bogatsi od Arabii Saudyjskiej, czy Australii na tyle, by po prostu kupić tę broń. Najważniejsze jednak, dlaczego Amerykanie (albo europejscy jej dysponenci w NATO) mieliby zaopatrywać w najstraszniejszy oręż kraj, który bez niej wywołuje wielkie międzynarodowe konflikty i to o słowa, co gorsza po chwili prosząc o przebaczenie i robiąc, co się od niego zażąda?

Jest oczywiście jeszcze jedno wytłumaczenie pomysłu zdobycia broni jądrowej „na wszelki możliwy sposób” – wykradając ją. Na pytanie, komu, nie mogę znaleźć dobrej odpowiedzi. Może „najsłabszym”, czyli na przykład tym, którzy – jak to trzy już chyba lata temu słusznie przypomniał wielki minister Macierewicz – uczyli się od nas jeść nożem i widelcem?

Odłóżmy jednak żarty i defetyzm na bok. Załóżmy, że dowolnym sposobem zdobyliśmy właśnie upragnione bomby i ładunki atomowe. Jesteśmy przy tym tak skuteczni jak Izrael i mamy ich też tyle ile – przypuszczalnie – oni, czyli powiedzmy 100. Stajemy do konfrontacji z atakującą nas Rosją.

Ona ma ich ponad 7,5 tysiąca. O setkach i tysiącach samolotów, rakiet w systemach obrony przeciwlotniczej i antyrakietowej nie warto się rozpisywać. To po prostu wiadomo. O najnowszych wynalazkach w postaci nieuchwytnej broni hipersoniczej (Rosjanie pewnie chętnie zrobiliby dla niej w Polsce wojenny poligon) szerzej nie wspominając. My mamy ponad 40 F-16, ostatnie latające migi i może w przyszłości kilkadziesiąt rakiet zaawansowanej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Jakie mamy realne szanse by powstrzymać rosyjskie rakiety lub samoloty z bombami jądrowymi? Jakie mamy szanse by dotrzeć chociaż z kilkoma głowicami na ich terytorium? Co nam da ich posiadanie i co powstrzyma Rosjan przed użyciem swojej broni jądrowej, jeśli my będziemy dysponowali nią również? Co z nas zostanie po takiej konfrontacji? I jakie mogłyby być następstwa „lokalnej” wojny jądrowej dla całej Europy i całego świata? Na te pytania odpowiedzi w tekście dr. Błasiaka nie znajdujemy.

III

Rozpatrując najistotniejsze dla autora relacje międzynarodowe naszego kraju pominę w tym miejscu wspominany przez niego bliski mi Iran, odległą Wenezuelę, a nawet Chiny. Zatrzymam się na uwagach dr. Błasiaka dotyczących naszego położenia między Niemcami i Rosją oraz realnych i rzekomych zagrożeń z tego wynikających.

Przyznam, że trudno mi zrozumieć jakże często – szczególnie w ostatnich latach – pojawiające się porównywanie zagrożeń dla nas ze strony Rosji i Niemiec. Uzbrojonej po zęby Rosji, potrzebującej ekonomicznego wsparcia, a najlepiej zdobyczy, bo sankcje bardzo ograniczają i rozbrojonych praktycznie Niemiec, które nie potrzebują nikogo i niczego zajmować, stanowią jedną z największych potęg ekonomicznych i gotowe są oddać swoją obronę w ręce kogokolwiek – Francji, USA, a może nawet Polski właśnie. Niemiec, które – owszem robiąc dobre interesy – budują, kształcą i rozwijają najbardziej zapuszczone wschodnie i południowe regiony Europy. Robiąc to nie tylko inwestują, ale nieodwracalnie wiążą również siebie z losem Polski, Węgier, Słowacji, czy Czech i każda zmiana w tym związku, to konkretne nieodwracalne straty takie same (albo i większe) dla nich, jak dla nas. Niemiec bez współpracy, z którymi bylibyśmy skazani na współpracę z Rosją. Niemiec, dzięki inwestycjom, których buńczuczny Orban może utrzymać swój mały kraj na jakiej takiej ścieżce rozwoju.

Zdaję sobie sprawę, że ich potęga ekonomiczna może niepokoić, że powinniśmy bardziej stanowczo i zdecydowanie walczyć z nimi o równowagę relacji gospodarczych (byle nie tak, jak ostatnio ze Stanami i Izraelem), bo same unijne dotacje już nie wystarczą, ale straszenie nas po stu z górą latach wciąż tą samą (gdy zmienił się cały świat z Niemcami na czele) wizją budowy Mitteleuropy, zaczyna być powoli żałosne. Oparcia w faktach brak, efekty rozwoju zaprzeczające takim wnioskom liczne (choćby te, że nie jest to drenaż surowców, a również transfer technologii i organizacji produkcji i pracy), a główny propagator tego nierealnego koszmaru p. Michalkiewicz sam chyba w to już nie wierzy.

IV

To wszystko, co do tej pory zaproponował nam dr Błasiak, jako wizję strategii (?) międzynarodowej Polski trzeba zobaczyć w realiach obecnych. Tylko, w jakich, bowiem nasz mentor w ogóle nie zauważa reszty Europy poza nami, Niemcami i Rosją. Napomyka gdzieś na początku o możliwych skutkach światowego kryzysu dla gospodarek Unii i tyle. Oparcie w NATO i USA jest potrzebne tylko do uzyskania broni jądrowej. Unia, choć tkwimy ekonomicznie – a w nie mniejszym stopniu również społecznie i mentalnie – w niej wszystkimi kończynami (bardziej niż wielokrotnie od nas potężniejsza Wielka Brytania przerażona przecież możliwymi skutkami twardego Brexitu) dla Polski p. Błasiaka nie istnieje. Wisimy bowiem w jego wizji w przestworzach między Miedzymorzem, którego nie ma, a Ameryką, która jest jeszcze dalej. I której w dodatku on nie chce i nie ufa.

Mamy więc wizję niezależności od:

  • Rosji, która przygniata nas swoją militarną potęgą,
  • USA, które jedynie mogą dzisiaj dawać atomowy parasol ochronny,
  • Niemiec, których gospodarka napędza i trzyma gospodarki nie tylko Międzymorza, stanowiące łącznie z naszym krajem mniejszy niż 10 % niemieckiego potencjał,
  • Unii, która jako się rzekło nie jest w ogóle podmiotem, ani przedmiotem naszej polityki międzynarodowej i chyba właściwie dla autora nie istnieje,
  • Izraela, z którym – jak sugeruje autor – w istocie nic nas nie łączy (bo czymże są składające się w prawie tysiąclecie stulecia wspólnoty z przodkami, bodaj większości mieszkańców tego kraju, konsekwencje wspólnie tragiczne dla jego i naszego narodu, głośne spory, tradycje i związki kulturowe, a przede wszystkim wpływy tego kraju i tej nacji na najbardziej niezbędne dla nas relacje z USA, czego doświadczamy na każdym kroku), nie mamy bowiem „żadnych strategicznych interesów wspólnych z Izraelem”,
  • oraz naszych sąsiadów, których z gruntu skreślamy, bowiem w przymiarkach do ostatecznego, nuklearnego rozstrzygnięcia kwestii rosyjskiej pomimo możliwych dla nich ogromnych konsekwencji nie bierzemy ich pod uwagę.

W tej wizji niezależności w polityce międzynarodowej dr Błasiak wspomina, jako godne uwagi tylko trzy wymienione już wcześniej państwa – Iran (tu osobiście jestem za, bo uwielbiam Iran i jego kulturę oraz bardzo szanuję ten kraj, choć nie sądzę, że to najważniejszy nasz partner), Wenezuelę i Chiny.

No cóż, przypomina mi się taki stary dowcip, który kończył się frazą: „polsko-chińska granica na Uralu granicą pokoju”. Wtedy, za komuny, był bardzo modny, bardzo i mnie bawiła taka wizja, a nawet pociągała. Czas chyba jednak dorosnąć.

V

I na koniec dwa słowa o JOW, projekcie, któremu poświeciłem wiele czasu w ciągu minionych 20 lat. Również organizacyjnie. Któremu czas poświęcał również dr Błasiak. Tyle, że wygląda na to, iż obaj wynieśliśmy z tego kompletnie inne wizje zmiany, którą mógłby on dla naszego kraju przynieść. Dla mnie JOW-y to wybór najlepszych, najmądrzejszych i najrozsądniejszych przedstawicieli społeczeństwa, podejmujących działanie w społecznym interesie i odpowiedzialnych za swoje słowa i czyny bezpośrednio przed swymi wyborcami. Dla dr. Błasiaka miałby to być wybór myślących tak jak on. Jeśli efektem wyborów JOW mogłoby być 460 (a niechby nawet 300) panów Wojciechów B., to chyba byłbym zmuszony porzucić moje marzenie. I nie tylko dlatego, że ewentualna wywołana przez nich wojna mogła by już nie dać szansy na weryfikację błędnego werdyktu wyborczego.

Daruję sobie i czytelnikom szerszy opis konsekwencji każdej wojny, a wojny nuklearnej w szczególności. Jej konsekwencji materialnych i osobistych, z których społeczeństwa leczą się nie latami, a pokoleniami. W gruncie rzeczy możemy jeszcze usiąść z naszymi rodzicami, czy dziadkami, by sobie to dobrze, plastycznie uzmysłowić.

Dobrobyt rozleniwia, to prawda. Czasami również myślenie i wyobraźnię. Wojna zaczyna się wydawać nawet dorosłym, a szczególnie mężczyznom taką trochę bardziej skomplikowaną grą komputerową, gdzie się ma po kilka żyć, zranienia naprawia naciśnięciem jednego klawisza, a dobra materialne kreuje z menu. Może więc należałoby w imię zdrowia psychicznego społeczeństwa organizować autorom takich esejów i felietonów, jak p. Błasiak, kilkutygodniowe przymusowe pobyty w sferze działań wojennych np. w Syrii, czy Jemenie. Bez ubezpieczenia na życie.

Na koniec kilka spostrzeżeń.

Zaprezentowany tekst nie jest po prostu osobistą refleksją autora. To efekt i odzwierciedlenie licznych politycznych mitów, oderwanych od realiów i faktów wyobrażeń naszych rodaków głównie z prawej strony na temat miejsca Polski w świecie i jej rzekomych możliwości. Niesie w dodatku nasze liczne frustracje i kompleksy biorące się po części z historycznych losów, po części z ukształtowanego przez te losy stanu, który można by ostrożnie (!) nazwać charakterem narodowym. Stanu, pełnego chłopskiej filozofii, szlacheckich tęsknot i tromtadracji oraz braku wyobraźni i wiedzy, który należałoby wreszcie zacząć zmieniać.

Remigiusz Zarzycki

Były wieloletni działacz Ruchu JOW i Stowarzyszenia JOW, kandydat na posła w wyborach w 2015 roku.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here