Rocznica wybuchu II wojny światowej zasługuje na poważne a nie obrzędowe potraktowanie, nawet jeśli zachowania rządzących wydają się sugerować coś przeciwnego. Wrzesień 1939 r. pokazuje, że niepodległość i wolność nie są dane raz na zawsze. Dziś powinno się to stać okazją do refleksji, a nie międzypartyjnej połajanki.

Łukasz Perzyna

publicysta pnp24

Wojnę obronną w 1939 r. przegraliśmy, ale też brak przesłanek, żeby się z tego powodu wstydzić: mocarstwowa i zwycięska w pierwszej wojnie światowej Francja broniła się w niespełna rok później przed Niemcami zaledwie dwa tygodnie dłużej, niż relatywnie uboga i scalona z ziem trzech zaborów na dwie krótkie dekady niepodległości Polska. Aż do Stalingradu, gdzie zgrupowanie niemieckie skapitulowało 2 lutego 1943 r. armie Adolfa Hitlera wygrywały na wszystkich frontach, z jednym tylko wyjątkiem Bitwy o Anglię, który przypisać można zresztą również polskim lotnikom.

Siedem dni Westerplatte, obrona Helu, Bitwa nad Bzurą a także opór gdańskich pocztowców, katowickich harcerzy i cywilnej ludności Warszawy przeszły nie tylko do naszej historii, ale stały się symbolem dla świata. Oczywiście Polska nie była pierwszą ofiarą hitlerowskiej ekspansji, ale wcześniejsze niemieckie podboje dokonywane były drogą pokojową, jak anszlus Austrii i stopniowe przejmowanie ziem czeskich po układzie monachijskim. Polska pierwsza stawiła zbrojny opór agresji, dlatego II wojnę światową liczy się do 1 września 1939 r, salw pancernika Schleswig-Holstein i początku bombardowań Warszawy, a nie od chwili wkroczenia nazistów do Wiednia, w Sudety czy do Pragi czeskiej.

We wrześniu 1939 r. w ataku na Polskę Niemcy stracili 17 tys. poległych, po niespełna roku podbój zamożnej Francji, Belgii i Holandii kosztował ich trzy razy więcej zabitych, ale ta pierwsza liczba świadcząca o stanowczości oporu przemówiła również do wyobraźni agresora. To od kampanii polskiej niemieccy demokraci z kręgu Krzyżowej Helmutha Jamesa von Moltkego i konspiracji oficerskiej zaczęli konkretyzować plany obalenia nazistów.

Polska we wrześniu stała się ofiarą podwójnej agresji, czego wcześniej najbardziej obawiał się Józef Piłsudski. Lepiej od historyków i publicystów ujął to noblista Czesław Miłosz w „Traktacie Poetyckim”:

Latami będzie chodzić w Belwederze
Piłsudski nigdy nie uwierzy w trwałość
I będzie mruczeć: „Oni nas napadną”
Kto? I pokaże na zachód, na wschód
Koło historii wstrzymałem na chwilę.

Ale w chwili gdy to koło znów ruszyło, Marszałek nie żył już od ponad czterech lat. Leszek Moczulski w „Wojnie Polskiej” pokazuje, że los międzywojennego państwa przypieczętowany został 17 września 1939 r. Wiadomo, że radziecki „nóż w plecy” zniweczył plany obrony „na przedmościu rumuńskim”, niezależnie od oceny ich realizmu.

Polska też nigdy oporu nie zaprzestała, o czym świadczy nieprzerwana walka oddziału przedwojennego olimpijczyka w jeździectwie mjr Hubala – Henryka Dobrzańskiego oraz niezwłoczne powołanie konspiracji cywilnej (Służba Zwycięstwu Polski) i wojskowej (Związek Walki Zbrojnej, przekształcony później w Armię Krajową). W warunkach ciężkiej jak nigdzie indziej w Europie okupacji polskie Państwo Podziemne stało się fenomenem, do dziś podziwianym przez historyków. Warto powtarzać prawdy oczywiste, gdy wydają się ich nie rozumieć politycy, zajęci zbijaniem punktów w sondażach i gotowi zaprząc do tego celu również historię.

To nie jest data jak każda inna

Tymczasem 80 rocznica pozostaje ważna również z jak najbardziej humanistycznego powodu: tyle mniej więcej lat sięga pamięć ludzka. Wciąż mamy możliwość obchodzenia daty 1 września wraz z tymi, którzy ówczesne zdarzenia zachowali w dziecięcych jeszcze wspomnieniach. Nawet tak oczywiste okoliczności rocznicy nie skłaniają decydentów do bardziej umiarkowanych zachowań, niż te, które objawili w ostatnich dniach.

Poza oczywistymi emocjami – rocznica przegranej jednak kampanii obliguje nas do refleksji nad przyczyną tych zdarzeń i nikt nas z tego nie zwolni. Nieobecność prezydenta Stanów Zjednoczonych – pierwszy dziś przedmiot zainteresowania komentatorów – może odświeżyć prawdę o zachowaniach sojuszników sprzed lat. Dawni twórcy ładu wersalskiego: Wielka Brytania i Francja – Polsce wtedy nie pomogli. 3 września 1939 wypowiedzieli wprawdzie wojnę hitlerowskim Niemcom, ale na froncie zachodnim przybrała ona postać drole de guerre – dziwnej wojny, w trakcie której dbano o to, żeby rozwiązywać zrzucane na terytorium przeciwnika paczki z ulotkami, po to, by przez przypadek nie zabić jakiegoś Niemca. USA, które w trakcie I wojny światowej za sprawą odważnej i wizjonerskiej deklaracji prezydenta Woodrowa Wilsona, do której później odwoływał się Ignacy Paderewski, przyczyniły się do odrodzenia państwa polskiego, w 1939 r. tkwiły znów w gorsecie doktryny izolacjonizmu.

Fałszywi sojusznicy zapłacili za wrześniową bierność i obłudę własnymi porażkami: Francuzi utratą suwerenności po przegranej wojnie w 1940 r, Brytyjczycy Dunkierką i bombardowaniami Londynu, zaś Amerykanie zaskakującym dla nich japońskim atakiem na Pearl Harbour. Warto o tym wszystkim pamiętać, gdy czołowy ideolog rządzących w USA republikanów Newt Gingrich sugeruje, że jego kraj nie zamierza ryzykować wojny dla obrony Estonii, którą nazywa przedmieściem Petersburga, co oznacza faktyczne kwestionowanie artykułu piątego traktatu waszyngtońskiego, leżącego u podstaw NATO. I w sytuacji, gdy sam Donald Trump woli grać w golfa niż obchodzić rocznicę wybuchu wojny światowej.

Umiesz liczyć, licz na siebie – mówi znane polskie przysłowie.

Dla Amerykanów II wojna światowa zaczęła się w grudniu 1941 zatopieniem ich floty przez Japończyków w Pearl Harbour. Dla Rosjan – 22 czerwca 1941 r. w momencie przystąpienia przez Niemcy do realizacji planu Barbarossa. Dla Polaków rozpoczęła się jednak 1 września 1939 r. i data ta pozostaje jedną z kilku najważniejszych dla polskiej tożsamości, obok 11 listopada 1918 r, 15 sierpnia 1920, 1 sierpnia 1944 i wreszcie 31 sierpnia 1980 r.

Jak Semka z Sellinem komunizm obalili

Nawet ta ostatnia data, zamiast wymaganej chyba i oczywistej wobec stoczniowców Wybrzeża i tradycji całej dziesięciomilionowej Solidarności pokory stała się dla rządzących okazją nie do refleksji lub hołdu, lecz powołania instytucji, która otwarcie lansować ma pisowską wizję historii.

Inspiratorem Instytutu Dziedzictwa Solidarności stał się dawny uczestnik Okrągłego Stołu, później szef informacji u Zygmunta Solorza a obecnie wiceminister kultury Jarosław Sellin. Zaś w skład rady tego gremium weszli tacy kombatanci jak prorządowy żurnalista Piotr Semka, który w momencie strajków sierpniowych miał… 15 lat. Promotorem całego przedsięwzięcia został Piotr Duda, obecny szef NSZZ”S”, a raczej tego, co ze Związku zostało. W stanie wojennym jako żołnierz sił powietrzno-desantowych LWP bronić miał gmachu reżimowej telewizji przed ekstremą Solidarności. Tyle, że ta ostatnia wcale nie zamierzała fabryki kłamstwa atakować, więc pozostał tylko Szwejkiem. Teraz zapowiada, że „instytut będzie pokazywał historię, nie gumkując z tej historii nikogo” co rodzi podejrzenie, że zamiary przewodniczącego są równie paskudne jak jego polszczyzna [1].

A gdzie przyzwoitość? Zapomniani bohaterowie

Wzbudzałoby to wyłącznie śmieszność, gdyby nie fakt, że autentyczni twórcy podziwianego przez cały świat ruchu społecznego dziesięciomilionowej Solidarności żyją często w skromnych warunkach, a władza się nimi nie interesuje ani do żadnych rad, nawet tak fasadowych, nie zaprasza. Z tych samych dokładnie powodów, dla których nie czyniła tego władza ludowa, przeciw której 39 lat temu się zbuntowali. Teraz mają własne zdanie, tak jak kiedyś je mieli. Za każdym razem warto przypomnieć choćby jednego z nich, na przykład Ryszarda Matusiaka, dawnego lidera jeleniogórskiej Solidarności, którego komunistyczne represje pozbawiły części zdrowia ale nie swobody przekonań i woli działania na rzecz innych i dla ich dobra.

Jednak rozbudowany już humor, słynne nabijanie się z Jarosława Kaczyńskiego, któremu demonstranci przed jego willą przypominają, co robił w 1981 r: „13 grudnia spałeś do południa” a także pojawiające się dowcipy o IPN przypominające te z dawnych lat o Zjednoczeniu Patriotycznym „Grunwald” – wszystko to pokazuje, że opinia publiczna zachowuje krytycyzm wobec prób zaprzęgnięcia historii do furmanki kolejnej kampanii wyborczej.

Podobnie gdańscy stoczniowcy, gdy publicysta z PZPR Ryszard Wojna w odpowiedzi na ich protest straszył ich w wystąpieniu telewizyjnym powtórką z 1939 roku, zareagowali w sierpniu 1980 r. wywieszeniem na murze, tym samym, który wcześniej przeskoczył Lech Wałęsa, dowcipnego transparentu: „Nigdy więcej Wojny”. Zaś świat podziwiał wtedy rozwagę i odwagę polskich robotników, a nie propagandystów rządu.

Patriotyzmu uczyć się od władzy, czy lepiej od Papieża…

Związek między dwiema rocznicami – września 1939 jako datą utraty niepodległości pomimo stoczonej walki, a sierpniem 1980 r, jako rozpoczęciem jej przywracania przynajmniej w sferze świadomości Polaków, spostrzegł w genialny sposób Jan Paweł II. W trudnym jeszcze 1987 r. wybrał Westerplatte jako miejsce sformułowania przesłania dla polskiej młodzieży:

Demaskator afery Watergate Carl Bernstein i watykanista Marco Politi w biografii Papieża z Polski tak postrzegali jego rolę: „Mistyk i samotnik, czerpie energię z tłumów, zapewne najliczniejszych, jakie przyciągał jakikolwiek przywódca w historii. Jego przesłanie moralne i doktrynalne jest niezwykle wymagające (..). Nie mają na niego wpływu ani wyniki badań opinii społecznej, ani to, co popularne, ani koncepcje krytyków” [2].

Lepiej brać przykład z Jana Pawła II, niż ze współczesnych polityków skłonnych do odhaczania obu rocznic w kapowniku z terminarzem kampanii wyborczej i odbębniania ich kreowaniem fasadowych instytucji, obnażających tylko marność obecnej aparatczykowskiej i zwasalizowanej Solidarności na tle tej historycznej i podziwianej, co dla dobra wspólnego skupiła 10 milionów Polaków.

Dwa lata po wypowiedzeniu przez Jana Pawła II pamiętnych słów, że każdy powinien mieć swoje Westerplatte – Polska stała się ponownie po pięciu dekadach państwem niepodległym, za sprawą adresatów papieskich słów – młodych robotników i studentów, których protesty z 1988 r. skłoniły władzę do ustępstw, pertraktacji i wreszcie rozpisania częściowo demokratycznych wyborów. O tym zwycięstwie ducha nad przemocą i wolności nad biurokracją warto również przy okazji wrześniowej rocznicy pamiętać.

[1] cyt. wg Piotr Olejarczyk. Powołano Instytut Dziedzictwa Solidarności. Onet.pl z 31 sierpnia 2019
[2] Carl Bernstein, Marco Politi. Jego Świątobliwość Jan Paweł II… Amber Warszawa 1997, tłum. Stanisław Głąbiński, s. 20

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 7

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here