Impregnacja i świadkowie koronni

0
166

Kolejne ujawniane “taśmy prawdy” wiele mówią o poprzedniej władzy, tej pisowskiej, zarządzającej Polską w latach 2015-23. Szokuje nie tyle sposób w jaki sternicy wypowiadają się o rządzonych, co o sobie nawzajem. To zasadnicza różnica wobec kompromitujących swego czasu Platformę Obywatelską nagrań z lokalu “Sowa i Przyjaciele”, bo podwładni Donalda Tuska nie pluli na siebie nawzajem. Jednak wyborca Prawa i Sprawiedliwości wydaje się zaimpregnowany na podobne bodźce jak najnowsza afera nagraniowa. Tłumaczy je zmową mediów i służb specjalnych, dlatego słupki w sondażach nawet nie drgną.

Niedawny wiceminister sprawiedliwości, zastępca Zbigniewa Ziobry i doktor nauk prawniczych oraz stypendysta renomowanej uczelni z Ratyzbony, Marcin Romanowski, nazywa swojego głównego szefa – nie resortu lecz rządu – Mateusza Morawieckiego agentem niemieckim, zaś autentycznego bohatera opozycji, znanego przy tym z osobistej zacności Kornela Morawieckiego, ojca premiera – też agentem, tyle, że “ruskim”. To już nie walka buldogów pod dywanem.

Raczej miotanie się w amoku bulterierów – taką ksywę sam wybrał dla siebie przed laty Jacek Kurski – zdolnych do kąsania nawet ręki, która ich karmi. Oczywiście dopiero wówczas, gdy posiłek już się zakończy.    

Nagrał to wszystko Tomasz Mraz, insider demaskowanego teraz układu, użyczający obecnie nowej władzy zapisów kilkudziesięciu godzin podobnych wynurzeń.  

Tomasz Mraz jako były dyrektor Funduszu Sprawiedliwości, którego zasoby ochoczo rozdawano swoim, niewiele ma już do stracenia. Wybrał dla siebie co już widać rolę sygnalisty, a aspiruje, żeby stać się świadkiem koronnym. Jego motywacje mają dla opinii publicznej znaczenie drugorzędne. Ważniejsze okazuje się to, co utrwalił na nośnikach swoich tasiemcowych nagrań. Chociaż ich zawartość nie zmieni politycznych preferencji Polaków.

To oni zaczęli, czyli linia obrony ziobrystów

Widać już wyraźnie, jaką strategię odpierania zarzutów przyjęli “ziobryści” jak zwykło się od dawna określać wysokich urzędników z kręgu Ministerstwa Sprawiedliwości, niemal w komplecie mających w kieszeni legitymacje Solidarnej a później Suwerennej (zmieniała nazwę w trakcie poprzedniej kadencji Sejmu) Polski, kanapowej partii, obdarzanej w klubie Prawa i Sprawiedliwości oraz koalicji Zjednoczonej Prawicy dziwacznym mianem “koalicjanta wewnętrznego”. Sama bez urobku w sondażach, formacja Ziobry wprowadzała do kolejnych sejmów prawie dwudziestkę posłów z listy PiS. Dla Jarosława Kaczyńskiego stanowiła rodzaj alibi, że w PiS znajdują się politycy jeszcze bardziej bezwzględni niż jego własny partyjny beton wywodzący się jeszcze z “zakonu” Porozumienia Centrum, poprzedniej, tyle, że nieudanej, partii władzy.

Sebastian Kaleta, Michał Wójcik czy Janusz Kowalski nie tłumaczą się z przelewów z Funduszu Sprawiedliwości na cele od jego założeń odległe za to identyfikowane z przedsięwzięciami bliskich im środowisk. Ani z nagrań Mraza. Jeśli już, to zdawkowo. Skupiają się na przypominaniu rzeczywistych czy domniemanych nieprawości dawnych ministrów z PO Sławomira Nowaka i Stanisława Gawłowskiego czy byłego marszałka Sejmu Tomasza Grodzkiego. A także doktryny Sławomira Neumanna, byłego przewodniczącego klubu PO, zakładającej bezkarność swoich. 

Przekaz ten trafia do zdezorientowanych wyborców PiS, skoro ich szeregi się nie przerzedziły przy okazji wcześniej ujawnionych afer. Nie ma co liczyć, że kolejne “taśmy prawdy” staną się gwoździem do trumny pisowskiego układu. Elektorat PiS z trudem oswoił się z faktem, że po zwycięskich niby wyborach (bo przecież partia Kaczyńskiego po raz trzeci z rzędu odnotowała najlepszy wynik) nie powstał następny rząd Mateusza Morawieckiego, tylko władzę przejęła Koalicja 15 Października. Ale ten wierny wyborca nie ma zamiaru dalej rewidować swoich przekonań.  

Plucie na szefa i na bohatera

Poszkodowanym i to przez swoich okazuje się za to właśnie Mateusz Morawiecki. Jeszcze niedawno piętnowany w szeptanej propagandzie jako bankster i były doradca Tuska, teraz głośno nazwany został, co utrwaliło nagranie, niemieckim agentem przez wiceministra własnego rządu. 

Pamiętamy, jak podniosłym momentem okazało się w 2015 roku otwarcie obrad Sejmu przez marszałka seniora Kornela Morawieckiego, który do tej izby wszedł z listy nie PiS wcale, lecz Kukiz’15. Odebrano to jako odłożony o ćwierć wieku ekwiwalent dla środowisk radykalnych i niepodległościowych, nie godzących się swego czasu na kompromis Okrągłego Stołu, przy którym zasiadali przecież nie tylko Adam Michnik i Tadeusz Mazowiecki, ale również obaj bliźniacy Kaczyńscy a nawet Mariusz Kamiński z Niezależnego Zrzeszenia Studentów czy młody nauczyciel z Wybrzeża Jarosław Sellin.

Teraz Kornela Morawieckiego, co w latach 80. ukrył i uratował przed rozstrzelaniem dezertera z armii radzieckiej, którego potem struktury Solidarności Walczącej przerzuciły z fałszywym transportem na Zachód (pisze o tym zajmująco w biografii jej lidera Bogdan Rymanowski) – ruskim agentem nazywa niedawny wiceminister w rządzie jego syna Mateusza. Oznacza to, że w polskiej polityce powiedzieć można już wszystko. Ale nie przesądza o tym, że musimy się na to godzić.              

Nie nasz wstyd, tylko PiS-u, ktoś może na to powie. Nie całkiem. I nie do końca. Zresztą ci z dawnej partii władzy nawet wstydzić się nie potrafią.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 5

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here