Jaka  szkoda,  że  bez  tumultu

0
52

Przebieg czwartkowych obrad Sejmu wiele mówi o stanie polskiej demokracji. Właśnie z tego powodu, że przebiegały normalnie i bez ekscesów – rozczarowały przedstawicieli mediów i komentatorów, którzy powinni być tej demokracji strażnikiem.

Zacząć wypada jednak od optymistycznej obserwacji z – jeśli rzec tak można – wigilii tego dnia. W przeddzień rozpoczęcia posiedzenia, na którym wedle zapowiedzi stawić się mieli wypuszczeni na wolność w wyniku ułaskawienia przez prezydenta i pozbawieni mandatów Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik – marszałek Szymon Hołownia wypytywany był przez dziennikarzy o środki zaradcze, jakie zamierza podjąć. Jednak gdy konferencja już się skończyła, drogę na schodach niespodziewanie przecięło mu dwoje młodych ludzi. Z niepokojem indagowali, czy w czwartek 25 stycznia zostaną wpuszczeni do Sejmu na podstawie przepustek jednorazowych. Jak się okazało, to maturzyści, którzy poświęcili ferie i ponieważ zamierzają wkrótce studiować nauki polityczne, przyjechali do Warszawy by w wolnym czasie dowiedzieć się jak najwięcej o pracy parlamentu. Hołownia, który z każdym kontakt błyskawicznie nawiązuje, uspokoił ich, że wejdą tego dnia do Sejmu tak jak zawsze. 

Wieczorem w środę przedstawiciele prezydium Sejmu powiedzieli nam nieoficjalnie, że to gremium nie zamierza zakazywać wydawania podobnych “jednorazówek” Kamińskiemu i Wąsikowi. Logiczne to przecież; jeśli o nie się zwrócą, tym samym uznają, że posłami nie są. Tyle, że na salę obrad nie wejdą.

Pomimo to czwartkowa “Gazeta Wyborcza” ukazała się z czołówką, zawierającą dwie kłamliwe informacje. Po pierwsze – że tego dnia Kamiński z Wąsikiem udadzą się do Sejmu. Po drugie – że Hołownia zdecydował, że im przepustek jednorazowych nie wyda. Tę drugą marszałek zdementował jeszcze wcześnie rano. Zaś Kamińskiego i Wąsika nie doczekali się ci, co na ich obecność i związany z nią tumult liczyli.

Zamiast do parlamentu obaj pojechali do telewizji braci Karnowskich, której dziennikarzom nieobca jest jednak godność zawodowa, bo gdy tego samego dnia Michał Kołodziejczak na pytanie żurnalisty tejże stacji odpowiedział, że jest on… z telewizji braci Karnowskich, ten strasznie się za to obraził na wiceministra rolnictwa i posła.

Trudniej oceniać godność zawodową żurnalistów, od rana w czwartek grupujących się we wszystkich możliwych sejmowych miejscach zapowiedzianej zadymy a potem ostentacyjnie rozczarowanych, że do tumultu nie doszło. Wiadomo, że część z nich postanowiło po prostu być tam, gdzie coś się dzieje. Inni wykonywali polecenia szefów. Ale jest coś niepokojącego w tym żalu, że wszystko odbyło się spokojnie. 

Kiedy przyszedłem do Sejmu w czwartek 25 stycznia na godzinę 9,00, a więc 60 minut przed rozpoczęciem obrad – wszystkie miejsca przy stoliku dziennikarskim były zajęte. Rozejrzałem się i natychmiast oceniłem, że połowę tam zasiadających po raz pierwszy w życiu widzę na oczy. A zawód uprawiam bez przerwy od 1990 roku do czego dodać można wcześniejsze cztery lata w drugim obiegu.

Być może ci koledzy relacjonowali dotychczas walki w kisielu. Albo gale MMA. Sądząc po wieku – bo nie byli to wcale młodzi i rzutcy zmiennicy doświadczonych dziennikarzy politycznych – niejeden z nich sprawozdawać mógł pamiętny zwycięski pojedynek Andrzeja Gołoty z Timem Witherspoonem we Wrocławiu w głębokich latach 90.

Jeden z tych nowych ale nie młodych, z wyglądu pięćdziesięciolatek w garniturze i z wyraźną nadwagą rozsiadł się w miejscu zajmowanym zwykle przez jedną z czołowych dziennikarek politycznych. Na blacie stolika położył laptopa. Ale nie otworzył go nawet. Zamiast tego wydobywał z torby grube kanapki, miał ich chyba ze trzy, rozpakowywał je i kolejno pochłaniał: w dodatku siedząc tyłem do miejsca ewentualnych wydarzeń, czyli głównego sejmowego hallu.

Dla porządku dodać wypada, że Sejm, który ku rozczarowaniu medialnych gości i żądnych świeżej krwi komentatorów, tego dnia obradował całkiem spokojnie – zajmował się akurat sprawami niezmiernie dla Polaków istotnymi. Konkretnie: podwyżkami dla nauczycieli i zmianami zasad wyborów samorządowych.

Być może hierarchia ważności spraw zmieni się dopiero wóœczas, gdy do mediów trafią i pozycję tam sobie wywalczą rozmówcy Szymona Hołowni z sejmowych schodów: skoro poświęcili ferie, by zbadać mechanizmy polityki, to może ją w przyszłości naprawią, gdy tej determinacji nie stracą. Parę kadencji przyjdzie jednak na to poczekać. Do tego czasu zwyczajny obywatel, nie dysponujący przepustką do parlamentu, skazany będzie, jeśli o informacje o pracy Sejmu chodzi, na pośrednictwo wielbicieli walk w kisielu i gali MMA. Ten jeden raz ci ostatni się zawiedli: oczekiwanego tumultu nie było. I cała mobilizacja na nic…

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 9

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here