Jedna Polska a nie dwie

0
63

Polacy na trzy sposoby zademonstrowali swoje przywiązanie do demokracji: poprzez masowe uczestnictwo w wyborach oraz niezgodę na dominację jednej opcji politycznej. Ale i sprzeciw wobec dwubiegunowego podziału.

Powszechny udział w wyborach ale też ich wyniki zaprzeczają opiniom o głębokim pęknięciu wśród Polaków a tym bardziej plemiennym rozdarciu. Nie tylko pozostajemy jednym narodem, ale głosujemy masowo i roztropnie.

Idąc tak gromadnie na głosowanie, Polacy zaskoczyli po raz kolejno – znów pozytywnie – społecznych analityków. Wcześniej uznanie tych ostatnich wzbudziła odporność obywateli na ograniczenia związane z pandemią i odradzające się w walce z nią formy wzajemnej pomocy. Następnie zaś – masowe wsparcie dla wojennych uchodźców ukraińskich, którym okazywano serce nie czekając na działania władzy.

Udział ponad 74 proc z nas w głosowaniu z 15 października – dla porównania w historycznych wyborach z 4 czerwca 1989 r. kartkę do urny wrzuciło niespełna 63 proc uprawnionych – dobitnie zaprzecza obiegowym sądom, że polityka Polaków nie interesuje lub przynajmniej nie pasjonuje. Okazało się, że chcemy ocenić władzę i wpłynąć na proces wyłaniania kolejnej. Wystający w kolejkach do urn wyborcy nie czynili przecież tak z braku innych pomysłów na niedzielny wieczór. Lecz z powracającego po latach szczęśliwie przekonania, że ich głos pozostaje ważny.

Wolność kocham i szanuję, ale… zobowiązania respektuję

Pierwsze miejsce dla PiS (poparcie 35 proc), chociaż nie daje tej partii możliwości sformowania rządu, dowodzi, jak ważne dla Polaków okazują się świadczenia społeczne, wprowadzone w ostatnich ośmiu latach. Wielu wyborców zagłosowało na aktualną władzę w obawie, że gdy przyjdą liberalni demokraci – odbiorą pięćset (a od Nowego Roku już osiemset) plus oraz trzynaste i czternaste emerytury. Każdy, kto przystąpi do budowy nowego sojuszu rządowego, musi ten lęk wziąć pod uwagę. Chociaż pamiętamy, że pisowska ekipa środków na realizację swojej rozbudowanej i na rozdawnictwie opartej inżynierii społecznej szukała w kieszeniach zaradniejszych i pracowitszych sąsiadów tych, którzy zostali przez władzę obdarowani. W pierwszym rzędzie u tworzących wzrost gospodarczy i miejsca pracy przedsiębiorców ale też dbającej o wartości wyższego rzędu klasy kreatywnej. Co nie zmienia faktu, że w sprawnej demokracji “pacta sunt servanda”: wyłoniona przez obywateli władza dotrzymuje umów społecznych, również tych, które zawarli poprzednicy.  Rzymianie, którzy wspomnianą zasadę zapisali, nie zawsze byli demokratami ale najczęściej – pragmatykami, znającymi się na tajemnicach skutecznego zarządzania państwem. 

Kolejne miejsca, jakie w wyborach zajęły Koalicja Obywatelska (31 proc głosów), Trzecia Droga (14 proc) oraz Lewica (9 proc) a przede wszystkim fakt, że ugrupowania te, dysponując łącznie 248 mandatami na 460, jeśli się nie pokłócą, będą w stanie sformować rządową nową większość, w czym zapewne nie będzie pomagał wywodzący się z PiS prezydent Andrzej Duda – stanowią argument, jak silnie wśród Polaków pozostaje zakorzenione umiłowanie wolności. Polityka rządzących wobec szkolnictwa, gdzie rządowi kuratorzy narzucają własne rozwiązania nauczycielom, mediów traktowanych znów jako “środki musowego przykazu”, ochrony zdrowia na siłę biurokratyzowanej pomimo zasług jej pracowników w walce z pandemią – napotkały na zdecydowany sprzeciw Polaków, wyrażony w głosowaniu.

Szanujmy jednych i drugich

Obie postawy, jakimi kierowali się wyborcy, zasługują na poszanowanie. Nie są też biegunowo odmienne, jak fałszywie wmawiano nam w podwójnej kampanii z 2005 r, kiedy to marketingowcy PiS obłudnie podzielili Polskę na “solidarną” i “liberalną”. Rozwinięta demokracja, jak francuska czy hiszpańska, zapewnia przecież obywatelom zarówno opiekę w starości czy chorobie oraz bezpieczeństwo osobiste, które można też zdefiniować jako wolność od strachu o siebie i najbliższych – jak gwarantuje korzystanie z wolności i praw, wśród których znajduje się również to do bezstronnego sądu bez ziobrystowskiej opieszałości i tendencyjności (co nie musi prowadzić do niezależności składów orzekających od… zdrowego rozsądku, na którą tak często i słusznie skarżą się obywatele), ale i nie będący luksusem dostęp do codziennej prawdziwej informacji, mającej ogromne znaczenie w zagrożonym znów epidemiami i nadlatującymi zza wrogich granic rakietami świecie.     

Szacunek należy się również młodym w przeważającej mierze wyborcom Konfederacji (7 proc poparcia), którzy we własnym przekonaniu oddawali głos za wolnością, Polską bez podatków, jaką przy piwie obiecywał zwolennikom Sławomir Mentzen, chociaż zapytany przy tej okazji skąd wziąć środki na szpitale, armię i szkoły odpowiadał: “jak to skąd, z pieniędzy”. Głos protestu jest jednak w wyborczych warunkach lepszy niż pozostanie w domu. I pobudza do przyszłej również obywatelskiej aktywności. Respektować też należy motywy elektoratu Bezpartyjnych Samorządowców (niecałe 2 proc głosów), który uznał ich za dobrze rokującą przeciwwagę dla zawodowych polityków z central partyjnych, chociaż akurat w tych wyborach nie udało im się jeszcze zaistnieć, bo sondażownie i media głównego nurtu przeszkadzały im na wszelkie możliwe sposoby. Co nie zmienia faktu, że dobrzy gospodarze doskonale radzą sobie w swoich Małych Ojczyznach ale też licznych sejmikach wojewódzkich (jak Konrad Rytel w mazowieckim) i ich czas zapewne już wkrótce nadejdzie.

Na szacunek zasługują także ci, którzy do tych wyborów nie poszli. To przecież prawo a nie przymus. Znaczące, że tym razem znaleźli się w tak wyraźnej mniejszości (nieco tylko powyżej 25 proc). Nic straconego. Namówimy ich na głosowanie w kolejnych. Przekonując, ale nie stygmatyzując.

Obywatel – to brzmi dumnie

Wyborcy zrobili swoje. Cudem wysokiej frekwencji w tę chłodną już październikową niedzielę, wielogodzinnymi czasem kolejkami do punktów głosowania – Polacy zadziwili świat po raz kolejny. Znów, jak po 4 czerwca 1989 r. słowo “obywatel” brzmi dumnie. Wybraliśmy wielobarwność i pluralizm, a nie żadne dwa bieguny.

Najmocniejsze dwie partie pozyskały w sumie mniej niż dwie trzecie głosów, oddanych w tę październikową niedzielę. Wprawdzie trzy formacje: KO, Trzecia Droga i Lewica deklarują wspólne budowanie rządu, ale nie da się udowodnić, że ich elektoraty niewiele się różnią. Ujawniło się to choćby przy okazji ataku TVN na pamięć Jana Pawła II: Trzecia Droga aktywnie wtedy broniła Papieża, Koalicja Obywatelska wcale się w to nie angażowała a Lewica jeszcze dokładała własne zarzuty. I żadne z nich nie straciło z tego powodu u własnych wyborców. Rzut oka na sposób publicznych prezentacji ale i prowadzenia polityki przez Donalda Tuska i Włodzimierza Czarzastego, ale także posługujących się wspólną marką Szymona Hołowni i Władysława Kosiniak-Kamysza, przekonuje, że różnice między nimi nie są przejawem taktyki przedwyborczej, a po rozstrzygającym głosowaniu zanikną. Zresztą tę wielobarwność docenił polski wyborca, chociaż liczni politologowie wróżyli połknięcie przez partię Tuska elektoratu przyszłych koalicjantów jeszcze przed dniem wyborów. Tymczasem poparcie dla Trzeciej Drogi wzrosło prawie dwa razy w porównaniu z wcześniejszymi sondażami. Obywatele rozstrzygnęli o wyniku tych wyborów, nie ankieterzy.     

                              Koabitacja: nieładne słowo, mądra praktyka

Reszta należy już do polityków. Ze świadomością, że za wszystko co dalej zrobią, będą oceniani przez tak wyraźną większość społeczeństwa. Jeśli nie podziała to na nich motywująco, to trudno znaleźć inny sposób, żeby ich do roboty zagonić. Tym bardziej, że wielkich powodów do świętowania nikt dziś w świecie polityki nie znajduje. Świetnie, że tak się dzieje. Bo po wyborach zadowoleni powinni być obywatele a nie działacze.

Żadne z ugrupowań nie zrealizowało w pełni swoich celów wyborczych. To również dowód mądrości zbiorowej Polaków. Rządy jednej partii przerabialiśmy już przecież przez osiem lat, z fatalnym raczej skutkiem. Teraz minimalna choćby współpraca, przez politologów uczenie zwana z francuska koabitacją, staje się koniecznością. Nieodzowną, w sytuacji, gdy PiS jeszcze przez dwa lata ma własnego prezydenta. Nie od rzeczy przypomnieć, że we wspomnianej już tu jako pozytywny przykład Francji właśnie “cohabitation” – lepsze lub gorsze, ale jednak systemowe współdziałanie głowy państwa i szefa rządu, wywodzących się z odmiennych obozów politycznych, wiele razy okazywało się nie obciążeniem, ale nieocenionym źródłem sukcesu tamtejszej demokracji. 

Gdy upadły kolejne legendy: czy to zawsze zwycięskiej Zjednoczonej Prawicy czy jedynej słusznej wspólnej listy opozycji (dziwoląg ten i relikt dawnych czasów nawet nie powstał, na szczęście, chciałoby się dodać) – warto spojrzeć na rozwiązania, sprawdzone już gdzie indziej. Z satysfakcją, że Polacy sami podjęli najważniejszą decyzję, tę przy urnach. Na tyle roztropną, że nie da się jej przekuć na dominację jednej siły czy grupy społecznej i krzywdę wszystkich pozostałych. Żaden polski Sejm od 1989 r. nie cieszył się równie mocnym społecznym mandatem jak obecny. To również zobowiązuje.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here