Kiedy publiczna znaczyło lepsza

0
1930

Operator Jerzy Ernst miał niedawno 50-lecie pracy zawodowej. Piszę  miał, a nie  świętował,  bo pracował tego dnia. Jak od pół wieku dla tej samej firmy: Telewizji Polskiej. Również syn i wnuk Jurka robią zdjęcia, zresztą dla różnych stacji. Opinia publiczna zapamiętała Ernsta, gdy przed dwudziestu laty został raniony przez terrorystów w Iraku, w tym samym zamachu, w którym zginęli Waldemar Milewicz i Mounir Bouamrane. Gdy podaje rękę, trochę jeszcze widać ślad urazu od bandyckiej kuli. Jest jedynym osobiście znanym mi człowiekiem, który przelał krew za prawo do informacji dla nas wszystkich. 

Od czasów, kiedy trzysta trzynaście lat temu w Londynie dwóch facetów: Richard Steele i Joseph Addison  zaczęło wydawać “Spectatora”, pierwsze pismo opinii, a nie jednodniówkę agitacyjną – to prawo rosło w cenie i uznane zostało przez wolny świat za fundament. Bohater tego wstępu nie jest jednak chodzącym pomnikiem, na co dzień oglądamy go, jak w Sejmie troszcząc się o nienaganny kadr zawstydza czasem w ostrych słowach kolegów ze stacji prywatnych – nierzadko przed laty mniej zdolnych współpracowników z wydziału zdjęciowego TVP – blokujących bez potrzeby dostęp do nagrywanego polityka, przeszkadzających sobie nawzajem (zawsze odnoszę wrażenie, że ekipy TVN ze szczególną lubością tratują te z TVN24 i odwrotnie, chociaż niby koncern to jeden i wspólny) i innym. Z dawnych czasów zapamiętałem jednak tego twardego faceta Jurka Ernsta jak w trakcie przerwy w zdjęciach na Starówce na użytek Wiadomości pochylił się nad zabiedzonym rumuńskim – jak wtedy poprawnie politycznie się mówiło – żebrzącym dzieciakiem i długo go o coś wypytywał, żeby w końcu wskazać miejsce, gdzie może znajdzie pomoc. Chociaż temat był gorący, to czas na to znalazł.

Jak Kurski brzydko oceniał telewizję, aż gdy zaczął nią rządzić, stało się to prawdą 

Z tego czasu pamiętam też Jacka Kurskiego, wtedy plączącego się przy Ruchu Odbudowy Polski, który zresztą wespół z Antonim Macierewiczem mecenasowi Janowi Olszewskiemu z czasem rozbił – jak zabawiał towarzystwo gadaniem, że z telewizją publiczną jest tak jak z domem o tej samej nazwie, że to ten przymiotnik decyduje…

Kiedy w kilkanaście lat później dziennikarski nieudacznik Kurski (jego “Lewy czerwcowy” napisany wraz z Piotrem Semką wciąż zalega w księgarnianych przecenach)  objął z ramienia PiS prezesurę TVP ten ponury żart zaczął trafnie opisywać rzeczywistość. 

Co nie znaczy oczywiście, że “publiczna” wcześniej jeszcze nie stała się przedmiotem zakusów agitatorów. Ale przez ćwierć wieku się im opierała.

Warto to przypomnieć – likwidatorowi pod rozwagę, w sensie tak przenośnym jak dosłownym.

Nie bał się, tylko żartował

Rozpolitykowanych szefów ani ich partyjnych mocodawców nie bał się Grzegorz Miecugow, filozof z wykształcenia, który zawodowo spełnił się jako redaktor wydania Wiadomości i autor relacji sejmowych: później z równą sprawnością i bezstronnością przygotowywały je jeszcze Danuta Ryszkowska i Iwona Sulik. Teraz przed kamerą TVP Info staje były radiowiec z RMF. Nazywa się – to nie żart – Roch Kowalski, widać promotor przejęcia TVP i rodzony prawnuk autora “Potopu” i noblisty Henryka minister kultury Bartłomiej Sienkiewicz nie jest pozbawiony poczucia humoru. Rzeczony Kowalski, ubrany jak na pogrzeb i ze stosowną przy takich żałobnych okazjach miną próbuje opowiadać, co się w Sejmie zdarzyło. Nic strasznego, wbrew pozorom nikt nie umarł. Ale tego się nie dowiemy, bo przecież po to mamy pilota w ręku, żeby uczynić z niego użytek. A Kowalskiego po prostu oglądać się nie da. Wróćmy więc do filozofa od polityki Miecugowa i czasów, kiedy wbrew plugawym żartom Kurskiego słowo “publiczna” brzmiało dumnie. 

Trwało właśnie poranne kolegium, szefem Wiadomości był wtedy Adam Pieczyński, uchodzący za prawą rękę prezesa Wiesława Walendziaka, związanego z radykalną prawicą. Szef był nieobecny, a Grzegorz Miecugow jako redaktor głównego wydania o 19,30 planowanie prowadził. Aż do newsroomu wpadła zaaferowana sekretarka.

– Dzwoni Adam Pieczyński – rzuciła z przejęciem.

Wydawca Miecugow odegrał przed nami całą pantomimę zdziwienia.

– Pieczyński… Nie znam… – odpowiedział jakby po głębokim namyśle. 

Po podobnej demonstracji niezależności autorzy materiałów nie mieli kłopotu ze swobodą działania, bo wiedzieli, że w razie czego… sami nie będą.

Kiedy indziej zamiar kandydowania na prezydenta zapowiedział prof. Adam Strzembosz, pierwszy prezes Sądu Najwyższego, z którym wtedy wiązała duże oczekiwania rządząca TVP prawica. Pojechałem na konferencję, w trakcie której ogłosił decyzję. Od jakiegoś czasu było wiadomo, że wystartuje, więc przygotowałem również archiwalne zdjęcia jego siostry Teresy, której proces beatyfikacyjny miał się wkrótce zacząć. Uznałem bowiem, że to dla widza ciekawe. Jednak Grzegorz Miecugow, który tego dnia był redaktorem wydania, podał w wątpliwość związek między domniemaną świątobliwością siostry kandydata a wyborami prezydenckimi. Siedzący obok zastępca Pieczyńskiego i halabardnik prezesa Walendziaka, Piotr Skwieciński, zareagował w sposób najgłupszy z możliwych: – Ma tak iść i już.

Zaczęła się długotrwała scysja. Obaj rozindyczeni panowie poszli do gabinetu Pieczyńskiego, skąd dobiegały krzyki. Zbliżał się czas montażu materiału. Wszedłem więc bez pukania do kanciapy kierowników.

– Panowie, czas na decyzje. 19,30 się zbliża – uniosłem przegub ręki, wtedy telefony komórkowe już były ale nosiło się też jeszcze zegarki.

Zaproponowałem, żeby – skoro wątek siostry Strzembosza wzbudza aż takie kontrowersje – w ogóle z niego zrezygnować i ograniczyć się do obszernej relacji z konferencji prezentującej kandydata, Zaoponował – o dziwo – Miecugow, nie Skwieciński.

– No nie, nie o to chodzi, ja myślałem głośno, ta siostra to jednak też wątek ciekawy, niech będzie.

Narzuciwszy kompromis swarliwym szefom, poszedłem więc i zmontowałem, jak należy. W materiale znalazła się zarówno siostra jak relacja z prezentacji kandydata.

Zaś następnego dnia Agnieszka Kublik i tak napisała w “Gazecie Wyborczej” tyleż łzawą co załganą opowieść o tym, jak niedobry Skwieciński zmusił swojego podwładnego Miecugowa do zamieszczenia w Wiadomościach wzmianki o planowanej beatyfikacji siostry kandydata na prezydenta.

Kto starał się w wśród rozbudzonych przez frakcje polityczne medialne i demony odnaleźć, nie miał lekko i z drugą stroną.

Gdy Walendziak ustąpił z prezesury a wraz z nim wicedyrektor Skwieciński, ten drugi zamieścił w nienawistnej “Gazecie Polskiej” wywiad, w którym wykazywał, że Wiadomości TVP starają się zaszkodzić prawicy… obszernie relacjonując jej działania. Tak powstała doktryna Skwiecińskiego, istne podzwonne dla “pampersów” jak nazywano młodych publicystów zapatrzonych w Walendziaka. Skwieciński całkiem poważnie argumentował, że pokazujemy – autorem większości tych materiałów pozostawałem – konferencje marginalnych ugrupowań takich jak Koalicja Ludowo-Niepodległościowa po to, żeby ośmieszyć Akcję Wyborczą Solidarność. A realia były takie, że o każdy z tych materiałów na antenie trzeba było walczyć, zaś AWS, której jednym z podmiotów pozostawała KL-N, organizowała stosunkowo niewiele wspólnych wystąpień, jej przedstawiciele przemawiali chętniej pod szyldami własnych firm jak Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, oba KPN-y czy Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe.

Nieważne, co o nas pisali hejterzy obu stron i “Gazet…” – “..Polskiej” i “..Wyborczej”, dalece bardziej istotne, że w Wiadomościach utrzymała się polityka stu kwiatów w wyniku której widz zyskiwał pełny obraz życia publicznego a prestiż i wysoka oglądalność programu zostały utrzymane. 

Redaktorzy z pieluchą czyli chłopcy z desantu

Telewizja publiczna znaczyło wówczas bez przesady: lepsza od prywatnych. Działającego już Polsatu i startującego wkrótce TVN. 

Teraz z rozbawieniem śledzę w propisowskiej sieci łzawe narzekania nad zdjęciem i zablokowaniem “tygodnika telewizyjnego” redagowanego w necie przez TVP za czasów Jacka Kurskiego i Mateusza Matyszkowicza. Jakby telewizja miała za dużo pieniędzy, żeby je tracić na podobnie zbędne przedsięwzięcia. Zwyczajny widz zapewne uważa, że TVP zajmować się powinna nadawaniem programu a nie sporządzaniem sieciowego tygodnika dla nie wiadomo jakiego odbiorcy. Wiadomo, za to, kto na tym zarabiał a teraz skarży się i łka. Naczelny wspomnianego medium Marcin Dominik Zdort pojawił się na Woronicza przed trzydziestu laty i to za jego sprawą ukuto określenie “pampersy” opisujące żołnierzy prezesa Wiesława Walendziaka. O telewizji pojęcie mieli niewielkie, za to o sobie wysokie mniemanie.

Zostali “pampersami” dzięki Zdortowi a ściślej jego wyglądowi zewnętrznemu i sposobowi zachowania: niewysoki grubas w okularach, wiecznie z czegoś niezadowolony, sprawiał wrażenie dużego dziecka. Niedobitki “pampersów” wspierały jeszcze Kurskiego, jak Jacek Łęski, w międzyczasie pracujący jako rzecznik rosyjskojęzycznego konsorcjum biznesowego z Donbasu, wykupującego polskie fabryki i zwalniającego robotników. Teraz ich czas minął. 

Kamaryle i frakcje przychodzą i odchodzą, za to telewizja publiczna pozostaje. Pozostaje mieć nadzieję, że jej dysponenci będą o tym pamiętać. Zanim okaże się, że na ratowanie TVP jest już za późno…    

Nie widać sprzeczności pomiędzy polską racją stanu, nakazującą utrzymanie TVP podobnie jak giełdy papierów wartościowych, Ekstraklasy piłkarskiej, Muzeum Narodowego i Filharmonii jednym słowem instytucji niezbędnych dla czterdziestomilionowego społeczeństwa obywatelskiego w środku Europy – a potrzebami wyborców “koalicji z 15 października”. Jak wiadomo z badań opinii, na trzy formacje ją tworzące zagłosowali Polacy lepiej wykształceni: im z pewnością nie wystarczy pauperyzująca intelektualnie widzów oferta stacji prywatnych. Jeśli więc nie chodzi o spłacenie przedwyborczych długów wdzięczności Donalda Tuska wobec konkurencyjnej TVN, podjęcie kolejnej próby odrodzenia telewizji publicznej wydaje się koniecznością. Chyba, że obowiązywać ma zasada: grab zagrabione. Jeśli jednak zwycięży, trudno przyjdzie koalicjantom 15 października wytłumaczyć własnym wyborcom, że naprawdę czymś się różnią na korzyść od PiS…               

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 4.9 / 5. ilość głosów 17

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here