Porażka na Wembley 1:2 to więcej niż przegrany mecz, to obraz sytuacji, w jakiej znalazła się polska piłka nożna. Prawie pół wieku temu od zwycięstwa nad Anglikami w Chorzowie a potem zwycięskiego remisu na Wembley właśnie, który dał nam pierwszy po wojnie awans do finałów Mistrzostw Świata zaczęła się triumfalna droga naszego futbolu przez stadiony globu, z czterema z rzędu udziałami w tym największym turnieju i dwoma trzecimi miejscami w świecie.

Pierwszy mecz eliminacji wiosną 1973 r. z Walią w Cardiff przegraliśmy 0:2, więc start okazał się słabszy niż w br. kiedy to zremisowaliśmy z Węgrami 3:3 w Budapeszcie. Drugie spotkanie graliśmy w Chorzowie z Anglią, która siedem lat wcześniej wywalczyła mistrzostwo świata. 

“Dwie minuty po przerwie wysunięty do przodu zawodnik z numerem 10 atakuje niespodziewanie kapitana angielskiej armady, Bobby’ego Moore’a” – opisuje biograf Włodzimierza Lubańskiego [1]. “Pojedynek o piłkę trwa ułamki sekund. Przez chwilę wydaje się, że Polak wywróci się na ziemię, ale utrzymuje się na nogach. Potem przed Lubańskim jest już tylko Shilton. Błyskawiczny sprint, rozpaczliwa pogoń McFarlanda i precyzyjna bomba tuż przy słupku, obok wyciągniętych do granic możliwości rąk bramkarza. 2:0!” [2]. Takim też wynikiem mecz się zakończył, chociaż zwycięstwo okupiono kontuzją bohatera tej gry Lubańskiego, który na 26 minut przed końcem został sfaulowany przez McFarlanda.

“Lubański zostaje przeniesiony poza linię boczną. Po kilku minutach podjeżdża karetka pogotowia. Sanitariusze wnoszą bohatera dzisiejszego meczu do środka. Pojazd sunie powoli po bieżni w kierunku wyjazdu ze stadionu. Sto tysięcy ludzi wstaje z miejsc i bije brawo” [3]. 

Potem na tym samym stadionie wygraliśmy jeszcze z Walią 3:0, z czego ucieszyli się bardzo Anglicy, bo gdyby zwyciężyli goście, oni sami musieliby nas wysoko pokonać w ostatnim meczu eliminacji, ponieważ decydowałyby bramki. A tak do awansu wystarczało zwykłe zwycięstwo. Ale jego właśnie zabrakło faworytom. 

Na Wembley zaś w drugim meczu z Anglią jak opisuje biograf Grzegorza Laty Marek Bobakowski: “w 57 minucie spotkania Lato stracił piłkę, ale dosłownie chwilę później odebrał ją Normanowi Hunterowi. Mistrz świata z 1966 roku (..) nie był w stanie powstrzymać piłkarza z Mielca pędzącego w stronę bramki Petera Shiltona. W tym czasie Gadocha doskonale ściągnął za sobą angielskich obrońców. Dzięki temu Domarski pozostał zupełnie niepilnowany. Lato dostrzegł swojego kolegę klubowego, podał mu piłkę, a ten strzałem po ziemi wpisał się na listę strzelców” [4]. Żartowano później z Jana Domarskiego, że piłka zeszła mu z nogi, czym zmylił renomowanego bramkarza angielskiego, ale jego złota bramka utorowała Polsce drogę do pierwszych finałów Mistrzostw Świata od 1938 r. W Niemczech  w 1974 r. ekipa Kazimierza Górskiego wygrała sześć z siedmiu spotkań, w tym z Brazylią o trzecie miejsce.

A Anglicy nabrali prawdziwej traumy związanej z polskim zespołem, zwłaszcza, że na kolejny Mundial do Argentyny (1978 r.) też nie pojechali, bo wyeliminowali ich Włosi. Remis przez nas na Wembley wywalczony uznawali więc za koniec swojej prosperity. W kolejnych meczach walczyli już z nami zażarcie dalecy od lekceważenia rywali znad Wisły: w 1986 r. w meksykańskich finałach pokonali zespół Antoniego Piechniczka wcześniej ponownie trzeci w świecie na Mundialu w Hiszpanii, po trzech golach Gary’ego Linekera 3:0.

Los stykał nas często w eliminacjach, w 1997 r. na Wembley zespół Piechniczka prowadził niespodziewanie po bramce Marka Citki ale jednak przegraliśmy 1:2. Teraz to Polacy nabrali kompleksu na tle angielskich rywali bo kolejne konfrontacje kończyły się porażkami. Podobnie jak najnowsza, kiedy to na Wembley aż do 85 min. utrzymywaliśmy korzystny wynik remisowy.

Ludzie piłki są przesądni, ale nie chodzi o żadne fatum. Brak Roberta Lewandowskiego w drużynie też o niczym nie rozstrzyga skoro w Niemczech wywalczyliśmy trzecie miejsce pomimo braku uznawanego wtedy za najlepszego polskiego piłkarza Włodzimierza Lubańskiego, który nie wyleczył kontuzji z Chorzowa, podobnie zresztą w Argentynie (1978 r.) zajęliśmy miejsce piąte, chociaż Lubański był już zdrów ale dla odmiany rzadko na boisku, bo z ówczesnym wybitnym zresztą selekcjonerem Jackiem Gmochem nadawali na innych częstotliwościach.

Gołym okiem widać dziś, czym obecna drużyna różni się do tamtych: Górskiego, Gmocha czy Piechniczka czy nawet ekipy Adama Nawałki, która pięć lat temu na Euro znalazła się w najlepszej ósemce, eliminując po drodze Ukrainę i Szwajcarię a odpadając dopiero po karnych z późniejszym mistrzem z Portugalii. 

Sukces okazuje się tym, co cementuje zespół. Dla Górskiego stały się nim oba mecze z Anglią. Dla Piechniczka pokonanie na hiszpańskim turnieju Belgii 3:0 gdy wszystkie gole strzelił Zbigniew Boniek oraz późniejszy zwycięski remis z ZSRR, torujący drogę do najlepszej czwórki i wtedy w stanie wojennym mający wymiar symbolu. Dla Nawałki – pierwsze w historii zwycięstwo nad Niemcami w meczu eliminacyjnym.

Paulo Sousa dopiero co objął zespół i po stronie aktywów ma wyłącznie wcale nie zwycięski wyjazdowy remis z Węgrami. 

Okazją do przełamania będzie albo finałowy turniej Euro, gdzie za rywali mamy Hiszpanię, Szwecję i Słowację albo rewanżowy mecz z Anglią we wrześniu.

Robert Lewandowski piastuje tytuł najlepszego piłkarza świata, w dobie sukcesów niedostępny nawet dla Kazimierza Deyny i Zbigniewa Bońka w plebiscycie “France Football” zajmujących wtedy trzecie miejsce (odpowiednio w 1974 i 1982 r.).

Kilku innych polskich graczy radzi sobie za granicą w renomowanych ligach i zespołach.

Problemem, utrudniających selekcję najlepszych pozostaje za to poziom krajowych drużyn. Zanim sukcesy zaczęła odnosić reprezentacja, kluby potrafiły awansować do finału europejskich pucharów (Górnik Zabrze w 1970 r) lub ich najlepszej czwórki (Legia Warszawa w tym samym roku w najbardziej prestiżowym Pucharze Europy). W okresie, gdy kadra Górskiego wygrywała w Niemczech z Argentyną, Włochami i Brazylią a potem w eliminacjach mistrzostw kontynentu z Holandią w Chorzowie 4:1 – do pucharowych ćwierćfinałów awansowały też rok po roku Ruch Chorzów, Stal Mielec, potem Śląsk Wrocław. Po raz ostatni w najlepszej ósemce wystąpiła jednak Legia Warszawa… prawie ćwierć wieku temu, odpadając tam zresztą ze słabym greckim Panathinaikosem. Awans do grona najlepszych 32 drużyn ta sama Legia uzyskała sześć lat temu po czym w grupie przegrywała wysoko a później z pucharów wyrzucały nas nawet kluby z Kazachstanu i Luksemburga. 

Nie chodzi o to, że w reprezentacji nie powinni grać zawodnicy z klubów zagranicznych – nie inaczej jest przecież u potentatów – ale że talenty ich następców nie mają się gdzie wykuwać. Młody piłkarz marzy o wyjeździe. Czasem do mniej prestiżowej ligi, do Turcji czy Bułgarii. Zmiejsza to w oczywisty sposób jego szanse na zostanie kolejnym Lewandowskim.

Warto też przypomnieć, że wielkiego dziś Roberta nie chciano w Legii, szansę dał mu dopiero Lech Poznań. Na Łazienkowskiej wybrzydzano, że ma sylwetkę bardzej lekkoatlety niż piłkarza i trapią go kontuzje. 

Nie brak w kolejnym piłkarskim pokoleniu wyrazistych talentów. Jakub Moder, który na Wembley strzelił dla nas jedynego gola ma 21 lat. Podobnie jak kiedyś w Lewandowskiego zainwestował w niego zawczasu poznański “Kolejorz”. 

Nie przypadkiem chłopaki z cudownych drużyn Górskiego, Gmocha i Piechniczka nie byli synami profesorów jak pierwszy po wojnie wielki polski tenisista Wojciech Fibak. Pochodzili z małych miasteczek, ze skromnych zwykle środowisk. Futbol dawał im niepowarzalną szansę wyrwania się z cienia PRL-owskiej szarzyzny. Stąd ich determinacja. Lubański wychodząc w Chorzowie przeciw Anglikom wiedział, że gra z kontuzją, której nie zaleczył. W meczu o trzecie miejsce z Francją w potwornym hiszpańskim upale 21-latek Waldemar Matysik dał z siebie tyle, że wycieńczony nie mógł wyjść na drugą połowę a potem przez rok leczył się neurologicznie.

W Niemczech w 1974 r. wszyscy gracze wiedzieli, jak wielkie nadzieje wiąże z nimi cały kraj. Mecze powtarzano w telewizji, żeby zobaczyć je mógł każdy, niezależnie od tego, na której zmianie pracuje.

Piłkarze z przyfabrycznych klubów wykorzystali szansę. Henryk Kasperczak za sprawą piłki nożnej wyruszył w świat z mieleckiej Stali, grał potem i robił interesy we Francji. Dawny chłopak z 40-tysięcznego miasta na Rzeszowszczyźnie dzisiaj ma pałacyk w Owernii a czwórka jego dzieci – wyższe wykształcenie. 

Komercyjna reklama i medialna propaganda wcale tej pozytywnej presji nie zastąpi. Przed Mundialem przed trzema laty w Rosji rozwinięto bezprecedensową akcję promocyjną na rzecz kadry Adama Nawałki, a w finałach piłkarze zagrali zaskakująco mało ambitnie, przegrywając ze słabym Senegalem (1:2) i wysoko z niewiele silniejszą Kolumbią (0:3) przy czym media też się nie popisały, utyskując na niedawnych własnych bohaterów nawet wtedy, gdy wygrali oni w trzecim meczu z Japonią (1:0) chociaż rywale wyszli z grupy, a powiedzenie, że zwycięzców się nie sądzi, ma nieodpartą logikę.  

Teraz główny problem tkwi w głowach zawodników. Nie odniosą sukcesu, póki nie uwierzą, że to naprawdę możliwe. Zaś odpowiedź na zawarte w tytule pytanie może brzmieć: z Anglią zwyciężymy w rewanżu już we wrześniu, jeśli grać będzie drużyna… a nie tylko jedenastu piłkarzy.         

[1] Włodzimierz Lubański, Przemysław Słowiński. Włodek Lubański. Legenda polskiego futbolu. Videograf, Chorzów 2008, s. 11
[2] ibidem; poprawiam błąd oryginału w nazwisku angielskiego bramkarza
[3] Lubański, Słowiński… op. cit, s. 232
[4] Marek Bobakowski. Grzegorz Lato. Aha! Łódź 2015, s. 57

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here