Lektury nie z makulatury

0
102

Nowy kanon lektur szkolnych aż prosi się o krytykę, bo jego autorzy – w odróżnieniu od twórców książek, które z niego usunęli, nie wierzą w możliwości intelektualne młodych Polaków. Zakładam, że ci ostatni doskonałą “Katedrę” Jacka Dukaja, której ekranizacja Tomasza Bagińskiego otarła się o Oscara, i tak przeczytają – nie z obowiązku lecz dla przyjemności. 

Jeśli jednak zakładamy, że nie każdy pozostaje – jak rzecz ujmują psychologowie – wewnątrzsterowny i sam szuka, lub ma doradców, podpowiadających, co czytać warto – to zestawiający obecną listę urzędnicy zmarnowali szansę stworzenia takiego kanonu lektur pokolenia, który motywowałby do myślenia samodzielnego i w jakimś sensie tych wszystkich czytelników z obowiązku, wyposażał na przyszłość w to, co niezbędne do krytycznego funkcjonowania we współczesnym świecie.  

Października piętnastego pogonili… Polkowskiego 

Za to szum podniesiony przez  środowiska pisowskie, że usuwa się wartości patriotyczne, nie znajduje żadnego uzasadnienia. Młodzi ludzie mogą być tylko wdzięczni autorom zmian, że nie będą już musieli brnąć przez spuściznę grafomanów Jarosława Marka Rymkiewicza i Wojciecha Wencla, ani pochylać się nad wierszami Jana Polkowskiego od którego z pamięci jestem w stanie wymienić paru lepszych poetów z tego samego pokolenia: są nimi choćby Tomasz Jastrun, Antoni Pawlak, Bronisław Maj czy Zbigniew Machej, a żaden z nich na liście lektur się nie znalazł i zapewne z tego powodu nie cierpi. I tak są dobrowolnie czytani przez co bardziej rozpoetyzowaną młodzież. W przygotowanym przez Ministerstwo Edukacji Narodowej zestawieniu trudno dopatrzyć się cenzury politycznej. Polkowskiemu zaś i tak został order Orła Białego, który – to nie żart – z trudnych do zrozumienia względów nadał mu prezydent Andrzej Duda.

Dostrzec za to można pospolity błąd w sztuce. To rekomendowanie fragmentów zamiast całości dzieł. Warto dać młodym Polakom szansę obcowania z integralną wersją dramatów i powieści, odważnie decydując, które na to zasługują – a wyimki dające nikłe pojęcie o całości z listy powyrzucać. Stron do przeczytania i tak wyjdzie tyle samo.

Szkoła nie powinna stawać się udręką, co oczywiste. Taka była w czasach zaborczych, wiemy, że nawet Stefan Żeromski powtarzał klasy. Przy okazji ucieszyć się wypada, że w kanonie  lektur MEN pozostało jego “Przedwiośnie”. 

Nie  z tego powodu, że obchodzimy właśnie stulecie jego napisania. Tylko dlatego, że to wciąż najlepsza polska powieść XX wieku, a zdarzenia 35.  lat transformacji ustrojowej jeszcze ją dodatkowo zaktualizowały. Pozostaje trudna i wieloznaczna a przy tym fascynująca.  I ma sens utrzymywanie jej wśród szkolnych lektur, choćby po to, żeby mądra polonistka podpowiedziała, to czego u “wujka google’a” się nie wyszuka: że pisarz nie traktował zbyt poważnie miłosnych i kryminalnych intryg rozgrywających się w Nawłoci lecz na ich przykładzie pragnął pokazać zacofanie odchodzącego w przeszłość polskiego dworu. I że rosyjski poeta Puszkin naprawdę nie był pornografem, chociaż za takiego uważał go, gdy czytał go w Baku, nastoletni jeszcze Cezary Baryka.

“Przedwiośnie” przez licealistów ma być poznawane w całości podobnie jak “1984” George’a Orwella czy “Dżuma” Alberta Camusa a w podstawówce “Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego czy “Chłopcy z placu broni” Ferenca Molnara, czemu tylko wypada przyklasnąć. Ale też w powszechniaku “Syzyfowe prace” tegoż Żeromskiego będą prezentowane we fragmentach, co już niełatwo zrozumieć.  Ale dużo trudniej przyjdzie dzieciakom skapować cokolwiek z podawanych kroplomierzem zawiłych przecież losów Marcina i Biruty czy po chłopsku upartego Andrzeja Radka. Podobno chodzi o to, by młodzież się nie przemęczyła.     

Szkoła nie powinna jednak również być wyłącznie lekka, łatwa i przyjemna, skoro przygotować ma młodzież do przyszłej rywalizacji na rynku pracy. Kto młodych nie docenia, ten skazuje ich na gorszy los. W walce o zyski w globalnej gospodarce z coraz lepiej wykształconą młodzieżą Trzeciego Świata, kolejnymi pokoleniami z azjatyckich tygrysów, które zapracowały na to miano, bo ceni się tam przedsiębiorczość i pracę, wreszcie z wychowanymi w powracającej mentalności konfucjańskiej młodymi rocznikami z Chin. Już teraz przecież dają do myślenia opinie nauczycielek podstawówek, za każdym razem zastrzegających, że mówią to prywatnie, broń Boże do publikacji: iż dzieci ukraińskie są bez porównania lepiej wychowane od polskich. A najlepiej uczą się dzieci wietnamskie.  Prymusami zostają również z polskiego.

Na studiach miałem koleżankę bez matury. Jak to możliwe? Po prostu wcześniej była z rodzicami na placówce w Szwecji, gdzie jej ojczym 13 grudnia 1981 roku zza firanki fotografował miniaturowym aparatem emigrantów demonstrujących przeciw “juncie” gen. Wojciecha Jaruzelskiego. A pasierbica tegoż resortowego dyplomaty uczęszczała do szwedzkiego liceum. Na jej – jak się potem okazało – nieszczęście, Szwedzi znieśli wtedy matury, żeby młodzieży oszczędzić stresu, I zastąpili egzamin dojrzałości świadectwem ukończenia ostatniej klasy licealnej. Efekt? Nasza globtroterka na niezbyt wymagającej polonistyce warszawskiej oblewała każdy egzamin. Po prostu nikt ją nie nauczył, jak je zdawać. Zaś sami Szwedzi, gdy w testach sprawności intelektualnej nastolatków wyszło, że absolwenci ich szkół wiedzą o świecie i sposobem pokonywania trudności ustępują na przykład wychowanej w bez porównania skromniejszych warunkach młodzieży tureckiej – postanowili tradycyjne matury przywrócić. Dla dobra młodzieży, czyli z tego samego powodu, dla którego wcześniej je znieśli.

Tym razem w Polsce egzaminu dojrzałości nie zdali całkiem dorośli decydenci. Świadczy o tym jałowa kłótnia między MEN-owskim establishmentem obecnej i poprzedniej ekipy. Wyłącznie o ideologię i pryncypia. Brakuje w niej najprostszych i rzeczowych argumentów: choćby takich, która książka z naszej klasyki jest ciekawsza. Na przykład “Ogniem i mieczem” ze względu na dramatyczne doświadczenie ostatnich lat,  które również najmłodsi poznali za sprawą nowych kolegów szkolnych z Ukrainy – wydawałoby się sensowniejsze na liście lektur od “Potopu”, chociaż w odróżnieniu od niego w wykazie pozycji do obowiązkowego przeczytania się nie znalazło.  

A Czesław Miłosz pozostaje lepszym poetą od JM Rymkiewicza, więc z tego względu na miejsce wśród autorów lektur zasługuje, jak słusznie w tym wypadku rozstrzygnął MEN, szkoda, że jego szefowa Barbara Nowacka uzasadnia to przypominaniem rymkiewiczowej posmoleńskiej frazy o białych rękawiczkach Donalda Tuska z wiersza “Krew”. Jaka poezja taka argumentacja, chciałoby się podsumować. Nie wystarczy, że Rymkiewicz to pomimo Nagrody Nike wierszokleta odtwórczy i marny? Jednak dużo gorszy okazuje się fakt, że nawet “Potop” młodzież poznawać ma we fragmentach. Co prawda znawcy wiedzą, że całą “Trylogię” najpierw drukowano w prasie w odcinkach, czytelnicy czekali jednak na następny i rzecz im się układała się w całość. Żeby jednak i tym razem zdarzyło się podobnie, młodzi, żeby coś z tego zrozumieć, zmuszeni będą dodatkowo obejrzeć film Jerzego Hoffmana. Też długi i dwuczęściowy, przypomnę zwolennikom poglądu, by nie męczyć nastolatków ponad miarę. I podobnie przedstawiony do Oscara jak ekranizacja usuniętej z kanonu lektur “Katedry” Jacka Dukaja, a ściślej jej fragmentu, w reżyserii Tomasza Bagińskiego. Wracamy więc do punktu wyjścia zamiast posuwać się naprzód jak wypada w niemal rok po historycznej dacie 15 października 2023 r. kiedy to masowy udział obywateli w wyborach po raz kolejny w naszej historii po 4 czerwca 1989 r. zmienił na korzyść oblicze Polski.        

Sam tego chciałeś… zaraz, jak mu tam? I kto to napisał?           

Nic nie poradzę na to,  że “ministra” edukacji Barbara Nowacka zachowuje się często niczym blondynka z najpaskudniejszych, bo wstecznych, zacofanych i niepoprawnych towarzysko dowcipów. Co gorsza, nasuwa mi się kolejny; że “Katedrę” Dukaja wyrzuciła z listy lektur bez jej uprzedniego przeczytania, po prostu ze względu na sam tytuł. A powieść ta naprawdę nie traktuje o arcybiskupie Jędraszewskim, lecz o sensie życia, obowiązku i poświęceniu. W dodatku rozgrywa się w przyszłości, w przestrzeni kosmicznej, a nie na posiedzeniu Episkopatu. I dla młodych ludzi jej lektura stanowić może fascynującą przygodę. Znawcy historii przypomną zapewne, że na Indeksie ksiąg zakazanych znalazła się niedługo po Soborze Trydenckim “Pochwała Lutra”. Autorzy wykazu nie zadali sobie trudu przeczytania dziełka, którego tytuł pozostawał podobnie ironiczny jak w wypadku słynnej “Pochwały głupoty” Erazma z Rotterdamu, a twórca drwił z przywódcy reformacji zamiast go zachwalać. Aż dziw, że ten sam mechanizm po czterystu latach wciąż działa. Ale to również dowód, że mamy się o co spierać. Oby mądrzej niż dotychczas.

Na szczęście i tak rekomendowanie młodym Polakom “Dziadów” Adama Mickiewicza wyłącznie w postnie obsmyczonych fragmentach nie oznacza zakazywania im poznania ich w całości. Zwłaszcza, gdy w teatrze modne staje się wystawianie dramatu narodowego bez skrótów. Co oznacza oczywiście dla widzów, że muszą swoje na twardych krzesłach odsiedzieć. Robią to jednak i nie utyskują, że przecież  miało być lekko. łatwo i przyjemnie.  Niekoniecznie na to głosowaliśmy 15 października ub. r. Czyż nie tak?                           

– Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało – odpowie ktoś na to.

– Zaraz, skąd to jest? – zechce się dowiedzieć inny.

– Molier to napisał – dowie się od kogoś wnikliwego.

To jednak wariant optymistyczny tego nieplatońskiego dialogu. Ale z czasem, gdy zaprocentuje obecna polityka, wedle której głównym atutem nowej listy lektur ma być odchudzenie jej w porównaniu ze starą o jedną piątą, może usłyszeć w odpowiedzi desperackie pytanie: – Molier? A kto to taki?

I wtedy najlepsze okaże się zapewne objaśnienie: ten, który pierwszy opisał Świętoszka i Skąpca. Postaci, których spór – mowa o kolejnych ich wcieleniach – zdecydował również o układaniu poprzedniej i obecnej listy lektur szkolnych.  Najpierw miało być pobożnie i patriotycznie.  Potem łatwo i przyjemnie. A wyszło jak zawsze…   

Kpię ile wlezie, ale zarazem zdaję sobie sprawę, że humor tego tekstu nie rozśmieszy moich przyjaciół z Łomży, którzy uczą tam polskiego w liceum. I będą musieli z tym – czyli nową listą lektur – coś zrobić. Im więc ten skromny szkic dedykuję.

Tym chętniej, że nie mam jednak wątpliwości, iż znajdą dobre rozwiązanie. Tak jak wpadali na nie bezbłędnie – lub metodą prób i błędów właśnie – nasi poloniści, w dużo gorszych przecież czasach.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 8

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here