Mniej od polityka szanujemy tylko influencera 

0
50

Spośród wszystkich wykonywanych u nas zawodów Polacy najmniejszym szacunkiem darzą influencerów (16 proc), po nich zaś działaczy partii politycznych (17 proc), youtuberów (18 proc) oraz posłów (19 proc) – jak zmierzył ośrodek SW Research. Szanujemy za to szczególnie strażaków (81 proc) oraz, co stanowi oczywisty efekt trwającej już trzy lata walki z pandemią: ratowników medycznych (80 proc), lekarzy (72 proc) i pielęgniarki (70 proc), nawet bardziej niż profesorów uniwersytetu (dwie trzecie z nas) i górników (62 proc) [1].        

Czy oznacza to, że polityka jest zajęciem szpetnym i niegodnym? Przecież wielki filozof Arystoteles definiował ją jako działalność dla dobra wspólnego. Raczej w polskim wypadku zdominowali ją niewłaściwi ludzie. Na szczęście jednak, jak dowodzą inne badania ale przede wszystkim praktyka trzech ostatnich trudnych lat, ich deprawacja nie przekłada się na całe społeczeństwo.  

Dokładnie połowa Polaków wyraża chęć obrony kraju w wypadku militarnego zagrożenia, jak wynika z niedawnego sondażu Social Changes [2]. Wbrew pozorom to bardzo dużo, jeśli zważyć dla jak wielu naszych rodaków – wedle znanego określenia prof. Tomasza Nałęcza – w dobie transformacji ustrojowej “Polska była nie matką lecz macochą”.

Co znaczące, gotowość do obrony kraju zdecydowanie przeważa w elektoratach trzech najsilniejszych formacji: Zjednoczonej Prawicy (73 proc), Koalicji Obywatelskiej (54 proc) oraz Polski 2050 Szymona Hołowni (52 proc). Politycy nie mają więc powodu, by troskać się o brak patriotyzmu rządzonych, to raczej obywateli niepokoi indolencja klasy politycznej, ujawniona również w dobie obu największych kryzysów, jakich kraj zaznał od II wojny światowej, a które przypadają fatalnym zbiegiem okoliczności na ostatnie trzy lata, kiedy to do globalnej pandemii doszła tragedia napadniętego sąsiada, niosąca za sobą masowy exodus uchodźców z Ukrainy.

Społeczeństwo mądrzejsze od państwa

W obu wypadkach poradziło sobie samo społeczeństwo, rządzący zaś co najwyżej nie przeszkadzali, opozycja z kolei też nie zgłaszała odkrywczych rozwiązań.

To za sprawą powszechnej dojrzałości obywatelskiej nie ulegliśmy panice, gdy trwał złowrogi pochód wirusa COVID-19 ani nawet kiedy na Polskę po raz pierwszy od 1945 r. spadła obca rakieta (w listopadzie ub.r.) zabijając dwóch jej mieszkańców. Zawiedli politycy, media (wiadomość o wspomnianej tragedii w Przewodowie podano z czterogodzinnym opóźnieniem) oraz zawodowe organizacje pomocowe (z jednym tylko wyjątkiem Caritasu), sprawdzili się za to w momencie próby zwyczajni Polacy, odbudowując wspólnoty sąsiedzkie, rodzinne i rówieśnicze i skrzykując się po to, żeby nieść pomoc ofiarom pandemii (od wymiany informacji, gdzie można kupić maski, gdy jeszcze był z tym kłopot po robienie zakupów osobom nieznajomym, a objętym kwarantanną), a z czasem również otworzyć serca i portfele przed ukraińskimi uchodźcami wojennymi. Polską granicę wschodnią przekroczyło ich ponad 10 milionów, wielu u nas pozostało. To więcej niż liczba mieszkańców średniego państwa europejskiego jak Austria, niewielu mniej, niż ich liczy Belgia. Bez przesady da się powiedzieć, że ani jeden nie pozostał bez pomocy. Wszyscy, którzy nie zamierzali pojechać dalej, znaleźli u nas więcej niż tylko tymczasowe domy.

Polacy samorzutnie, ze wsparciem tylko wspólnot samorządowych i parafialnych, głównie siłami nie angażujących się przedtem w działania publiczne ludzi dobrej woli, zorganizowali największą w Europie po zakończeniu II wojny światowej i związanych z nią przesiedleń ludności akcję humanitarną. Docenia nas za to cały wolny świat, z wyjątkiem może tych, co mają pretensje, że nie wpuszczaliśmy fałszywych imigrantów nasyłanych przez KGB Aleksandra Łukaszenki, ale promotorami podobnych zarzutów zająć się powinni psychiatrzy bądź kontrwywiad, nawet jeśli zaliczają się do ich grona pojedynczy na szczęście eurodeputowani czasem zresztą gardłujący także w imieniu organizacji pomocowych… niewidocznych całkiem akurat w miesiącach, kiedy wobec masowego exodusu z Ukrainy mogły się okazać potrzebne.

Ruletka i prawdziwy wybór

Dowartościowani również przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Joe’go Bidena w trakcie obu jego wizyt w Polsce (w marcu ub.r i lutym br.) poczuliśmy się dumni. Nie przekłada się to jednak w żaden sposób na poprawę relacji między rządzącymi a rządzonymi. I zapewne tylko wybory to zmienią, jeśli ich wyniki różnić się będą od obecnych sondaży, zakładających prostą reelekcję obecnego parlamentu z drobną tylko na korzyść partii Szymona Hołowni korektą.

Polacy nie są jednak w stanie – co oczywiste – wskazać ankieterom formacji, które jeszcze nie powstały. To, czy oferta wobec wyborców zostanie wzbogacona, zależy od możliwości integracji środowiska przedsiębiorców, skrzykujących klasę średnią i w praktyce utrzymujących nie tylko miejsca pracy ale i biurokrację państwa wraz z jej marnotrawną rozrzutnością wynikającą z kosztownej inżynierii społecznej PiS – a także zdolności kręgów samorządowych do zdobycia samodzielnej pozycji również w ogólnopolskiej polityce. Jeśli jedni i drudzy siły połączą, zbliżymy się do sytuacji, w której głosujący jesienią Polacy będą mieli przed sobą rzeczywisty wybór a nie tylko ruletkę, w której zamiast czarnego i czerwonego obstawia się znane już do obrzydzenia od lat te same skrótowce partyjne. 

Dobra nowina i zapomniane pojęcie racji stanu

Kluczowe pozostaje pojęcie racji stanu, egzotyczne dla obecnej klasy politycznej, ale na szczęście nieobce środowiskom, które coś dobrego budują na razie poza parlamentem. Próbował mu przed laty przywrócić aktualny sens mecenas Jan Olszewski, za sprawą którego dokonał się pierwszy po zmianie ustrojowej wzrost gospodarczy, zbudowany przez fachowców o różnych rodowodach politycznych, kiedy to ministrem finansów był Andrzej Olechowski, pracy Jerzy Kropiwnicki a głównym doradcą ekonomicznym Dariusz Grabowski.

Dobra nowina z kwietnia 1992 r, kiedy Polacy dowiedzieli się, że z pozoru bezduszny wskaźnik wzrostu produktu krajowego brutto odzyskał dodatnią wartość, stanowiła dla nich namacalny dowód, że warto było likwidować biurokratyczny socjalizm realny a autokratyczną dyktaturę zastąpić demokracją. Jeśli dzisiaj rodaków wyrażających gotowość do zbrojnej obrony Ojczyzny naliczamy dwa razy więcej niż tych, którzy podobnej potrzeby nie dostrzegają – stanowi to zasługę tamtego przełomu.

Patriotyzm, bezskutecznie ośmieszany celebrowanymi przez rządzących jasełkami smoleńskimi i słomianym zapałem “szwejków” z obrony terytorialnej – pozostaje dla Polaków częścią ich osobowości podstawowej w wymiarze racjonalnym i umiarkowanym, czego niezbicie dowodzi odporność na wojenną narrację Kremla. O potrzebie pomocy Ukraińcom przekonanych jest cztery piąte z nas, podczas gdy w Niemczech, które z pozoru dawno rozliczyły się z dawnymi demonami, skłania się do tego poglądu nieznaczna większość, zaś w landach byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej – nawet mniejszość. 

Żeglarze bez steru a okręt płynie sam

Politycy jednak, zamiast na tej wspólnocie przekonań budować, zajmują się wymyślaniem sobie nawzajem od sojuszników, jeśli nie wprost agentów, Władimira Putina. Zapewne od dawna oficjalne życie publiczne nie miało oblicza równie szpetnego, jak w czasie skumulowania się wyzwań tak poważnych i powszechnych jak napływ uchodźców z Ukrainy i wciąż trwająca pandemia koronawirusa. Łączy się to z bezprzykładną degrengoladą mediów głównego nurtu.

Najsmutniejszy przykład stanowi śmierć Mikołaja Filiksa, syna opozycyjnej posłanki Magdaleny, piętnastolatka który własnym życiem zapłacił za nieprawości dorosłych. Ujawnienie jego tożsamości jako ofiary pedofila, z akcentowaniem politycznego kontekstu sprawy, bo ze świata polityki wywodził się krzywdziciel, stanowi przejaw użycia odrażających środków w walce o władzę. Jednak również w wielu reakcjach pozornie solidarnych z pokrzywdzoną tak bardzo rodziną wyczuć można odwetowe tendencje jeśli nie wręcz poczucie złowrogiej satysfakcji, że wreszcie trafia się argument, którego nawet propagandyści obozu rządzącego nie będą w stanie zagłuszyć. Zresztą to nieprawda, poradzą sobie ze wszystkim, skoro skompromitowana własnym ordynarnym gestem wystawienia palca w Sejmie po głosowaniu, co widziała cała Polska, posłanka PiS Joanna Lichocka potrafi podawać do sądu tych, co jej wybryk nagłaśniają – pokazuje to niezbicie, że właśnie rządzący “wstydu nie mają”, jeśli posłużyć się zresztą jej własnymi słowami z sali obrad.

Ale też opozycja traktuje arogancję rządzących jako wyśmienity pretekst do zaostrzania narracji do poziomu wytrzymałości przeciętnego Polaka. Zraża to do polityki osoby o stonowanych przekonaniach, których głosy niechybnie – pod warunkiem oczywistym, że na wybory pójdą – mogłyby zdecydować o odsunięciu PiS do władzy ze względu na uzurpatorskie zachowania rządzących. To paradoks. Ale za jego sprawą Jarosław Kaczyński może nawet władzę zachować, zbliżając się do rekordu kadencji uwielbianego przez siebie Viktora Orbana, skądinąd najlepszego rzecznika Putina w naszej geopolitycznej części Europy.

Wyklinanie przez środowiska “Gazety Wyborczej” zwolenników Stanisława Tymińskiego przed pierwszymi powszechnymi wyborami prezydenckimi w 1990 r. sprawiało tylko, że ich szeregi rosły – bo czuli się wykluczeni podwójnie: najpierw z grona beneficjentów transformacji ustrojowej, potem zaś pozbawieni tego co im po utracie pracy lub oszczędności a czasem jednego i drugiego pozostało, czyli dobrego imienia. W efekcie kapłanom z kręgu spółki Agora, pretendującej do zawiadywania umysłami Polaków niczym własnymi aktywami, przyszło ogłosić, że społeczeństwo nie dorosło do demokracji, z chwilą gdy okazało się, że rzutki biznesmen z Kanady zręcznie odwołujący się zarówno do mitu wujka z Ameryki jak resentymentów za poprzednim ustrojem (zapytany o 13 grudnia 1981 r, potępił przed kamerami… stan wojenny w Boliwii) zgromadził elektorat liczniejszy niż nieudolny premier Tadeusz Mazowiecki, zaś potem w decydującej rozgrywce z Lechem Wałęsą zyskał głosy co czwartego Polaka. Jeśli Tymiński zyskał wtedy zwolenników między pierwszą a drugą turą, to dlatego, że nagle wsparł Wałęsę Adam Michnik i liczne środowiska jeszcze dwa tygodnie wcześniej widzące w pokojowym nobliście autokratę i antysemitę jeśli nie wręcz faszystę. Obłuda ta nie tylko Wałęsie nie pomogła, ale podbiła popularność Tymińskiego jako ofiary sprzysiężenia elit. Wtedy po raz pierwszy, na samym początku polskiej demokracji, klasa polityczna przedłożyła wspólny interes kastowy nad zasady i przekonania. Bo przecież Lech Wałęsa zostałby wtedy prezydentem również bez poparcia Bronisława Geremka i szamanów z Agory. Z lepszym bez porównania wynikiem. Przy okazji za to dowiedzieliśmy się, że z wielkiej Solidarności, tej pierwszej dziesięciomilionowej z lat 1980-81 została zawodowa solidarność polityków, przypominająca tę, jaką wcześniej przejawiali wobec siebie nawzajem twardogłowi i reformatorzy z PZPR, kiedy tylko poczuli wspólne dla siebie zagrożenie: skoro była już mowa o stanie wojennym, nie da się pominąć, że wprowadzili go partyjni liberałowie. To oni, a nie partyjny beton, obronili interesy aparatu. 

Liczne przywary okazują się dziś wspólne dla przedstawicieli władzy i opozycji a stwierdzenie tego ewidentnego faktu nie stanowi przejawu tak obsesyjnie piętnowanego przez “Gazetę Wyborczą” “symetryzmu” (czyli przekonania streszczającego się w znanej rymowance: “PiS, PO, jedno zło”). 

Polskich polityków, niezależnie od partyjnych barw, cechuje dziś rażący brak bezinteresowności. Załatwiają sprawy swoje i kolegów (przykładem niedawny gorszący sojusz ponad podziałami naprędce określony jako “koryto plus” na rzecz podniesienia i tak nadmiernie wybujałych uposażeń parlamentarzystów), czasem grup nacisku, które im pomogły zostać posłami lub senatorami. W sprawach wspólnych zaś robią tyle, ile muszą… albo nawet nie. Egoizm dominuje. A o racji stanu mówi się głównie przy okazji spotkań wspomnieniowych poświęconych mec. Olszewskiemu.

“W czasie spotkań przedwyborczych nigdy nie mówiłem o sobie…”

Nie zawsze tak było, co oczywiste. Tadeusz Żenczykowski, w wieku 31 lat wybrany jako najmłodszy poseł do ostatniego Sejmu Polski międzywojennej, tak wspominał zwycięską dla siebie kampanię z 1938 roku: “Miałem wówczas masę roboty z ogólną propagandą i dlatego mogłem wyjeżdżać tylko wieczorami na spotkania w terenie. Udało mi się być we wszystkich ważniejszych punktach wyborczych. W czasie swoich spotkań przedwyborczych nigdy nie mówiłem o sobie. Mówiłem o konieczności głosowania, dlaczego powinniśmy to robić. Tłumaczyłem, że nie muszą głosować na mnie, ale wysoka frekwencja jest potrzebna by wykazać siłę Polski” [3].             

Zapał jakim Polacy spontanicznie wykazali się w dziele wzajemnej pomocy podczas pandemii oraz w humanitarnym wspieraniu uchodźców ukraińskich stanowi przesłankę, że nie zabrakłoby im też determinacji na rzecz odnowienia rodzimej polityki. Najpierw jednak muszą dostać taką szansę i ofertę.        

Kiedyś to wyborców trzeba było przekonywać – żeby poszli do urn. Teraz raczej naciskać wypada aktywnych publicznie zwolenników zmiany – do tego, żeby za ich sprawą ci pierwsi mieli poczucie, że mają po co iść na głosowanie. Inaczej znów wyjdzie z tego tylko gra w numerki. A w rozrywkach hazardowych, jak wiadomo, zwycięzcy są nieliczni i chociaż sporo na tym zarabiają, zwykle nie cieszą się dobrą reputacją.  

[1] sondaż SW Research z 2022 r.

[2] badanie Social Changes z 24-27 lutego 2023 

[3] Krzysztof Turkowski rozmawia z Tadeuszem Żenczykowskim. “Opinia” nr XXXVII (135), wyd. specjalne 2022 “W polskim Londynie”, s. 189

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here