Myśliciel i łowcy androidów

0
97

Lecha Jęczmyka fikcja i nauka

Erudyta Lech Jęczmyk porównuje Kurta Vonneguta, znakomitego prozaika amerykańskiego do Petroniusza z Sienkiewiczowskiego “Quo Vadis”, a literaturę science fiction zestawia z przesłaniami mistyków. W dobie pandemii, zagrażającej człowiekowi zredukowaniem jego ról do troski o zdrowie i przetrwanie oraz za rządów współczesnych barbarzyńców, książka “Życie jako okręt oglądany od spodu” oferuje nam bilet do lepszego świata, podróż na planetę wieloznacznych przekazów, głębokich myśli i epokowych idei.

Paradoks polega na tym, że Lech Jęczmyk bierze na warsztat literaturę uchodzącą za popularną. Co więcej, nazwa “literatura głównego nurtu”, jak wyłuszcza autor, powstała w opozycji do science fiction, które “Życie jako okręt…” naświetla w niezwykłych barwach. Wiadomo, że ta bariera nie zawsze istniała, skoro wielki prozaik Iwan Turgieniew sam uważał, że jest pisarzem gorszym od Julesa Verne’a.

Szkic o androidach zaczyna Jęczmyk od osobistego wspomnienia: gdy jako paroletni dzieciak obserwował Niemców, udających się na front wschodni, przypominali roboty, butne maszyny do zabijania. Gdy wracali stamtąd poranieni i psychicznie potrzaskani, by ustąpić miejsca świeżym, zwerbowanym z chłopaków z hitlerjugend dywizjom – mówili już o sobie, że są Alzatczykami lub Austriakami, nawet w rozmowie z dziećmi z podbitego narodu okazywali jak umieli człowieczeństwo. W słynnym filmie “Łowca androidów” według ulubionego przez Jęczmyka Phila Dicka tytułowy bohater, jak wiemy, zabija wyłącznie tych, co okazują się niezdolni do współczucia, bo dla ludzkości okazują się oni bezwartościowi.

Przypomina się trochę, jak analizując na wykładzie dla amerykańskiego uniwersytetu sztukę Williama Szekspira Jan Kott opowiadał studentom, że zawarty tam wątek, iż na skazanym nie wykonuje się wyroku, gdy jest chory, wcale nie stanowi efektu imaginacji wielkiego dramaturga: sam wykładowca bowiem podczas wojny uniknął egzekucji w oddziale partyzanckim, która czekała go za to, że zasnął na warcie, ponieważ stwierdzono, że ma gorączkę, a leśne prawo zabraniało rozstrzelania osoby, trawionej ciężką chorobą. To nieoczekiwane uwspółcześnienie Szekspira sprawiło, że słuchające emigranta z Polski bose hipiski i chłopcy z wisorkami z pacyfą na szyi zaniemówili z wrażenia. Bo wszyscy poczuli się depozytariuszami tajemnicy.     

Lechowi Jęczmykowi polscy czytelnicy zawdzięczają przyswojenie nam twórczości braci Strugackich, autorów radzieckich wedle paszportu, a antykomunistycznych z przesłania, których socjalistyczny cenzor nie rozumiał, a redaktor Jęczmyk z młodzieżowego wydawnictwa Iskry wprowadził na polski rynek, zlecając ich pierwsze przekłady. Wiele lat potem dla kolejnych odcinków braci Strugackich – Arkadija, japonisty ale po wojskowej uczelni i Borysa, astronoma z wykształcenia – moje roczniki poświęcały się, kupując “Świat Młodych”, kolorową “harcerską gazetę nastolatków” przeładowaną politgramotą gierkowską oraz historyjkami obrazkowymi z Tytusem, wtedy błyskawicznie zaprzyjaźniającym się z kapralami Ludowego Wojska Polskiego co jego twórcy “papciowi Chmielowi” nie przeszkadzało po latach nadskakiwać z równą gorliwością PiS, gdy objęło władzę. Podobnie teraz warto przebrnąć przez szkice pisowskich literatów Rafała Ziemkiewicza i Andrzeja Horubały, przez Jęczmyka włączone do książki, bo jego dotyczą – po to, żeby obcować z całością przekazu. Zaś wtedy następnym po Strugackich szczeblem wtajemniczenia stawał się Stanisław Lem. A potem wymieniony już Kurt Vonnegut, również w drugim obiegu, wraz z którym dorastaliśmy. Jęczmyk relacjonuje, jak autora “Śniadania mistrzów” zmogła polska wódka gdy w orwellowskim roku 1984 przyjechał do Warszawy, by jako przedstawiciel amerykańskiego PEN-Clubu ocenić swobody twórcze naszych pisarzy. 

Niech nikogo nie zmyli data urodzenia autora, nie mamy wcale do czynienia z nostalgicznymi wspomnieniami. Zresztą w roku, gdy prezydentem najpotężniejszego mocarstwa świata został 78-latek Joe Biden nie wypada kwestionować rangi doświadczenia życiowego: w tym wypadku w branży kojarzącej się z nowoczesnością, bo tak zapewne postrzegamy wciąż science fiction. Podziw dla Jęczmyka każe przywołać postaci wielkich beletrystów: Igora Newerly’ego który najlepsze swoje powieści napisał po osiemdziesiątce (“Zostało z uczty bogów” i “Wzgórze Błękitnego Snu”) czy Janusza Głowackiego, co najcenniejsze teksty stworzył po 70. roku życia (“Good night, Dżerzi” oraz “Przyszłem czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”).

Lech Jęczmyk (rocznik 1936), jeden z założycieli podziemnych inicjatyw niepodległościowych w latach PRL, tłumacz i eseista, nie ukrywa, że – jak to dowcipnie ujmuje – ceni sobie bardziej nauczanie papieża niż profesor Szyszkowskiej. Przy tym na jednej i tej samej stronie potrafi przywoływać Cypriana Kamila Norwida i Feliksa Konecznego. Science fiction nazywa zamaskowaną poezją. Wcale nie jest najważniejsze, że Jęczmyk wszystko wie i przeczytał, ale że my też coś z tego mamy. Po latach dominacji języka iblowskiego (nazwanego tak od Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk), hermetycznego z dwóch względów: najpierw, żeby obejść komunistyczną cenzurę (żeby puściła to, co wydaje się niezrozumiałe), potem żeby spełnić standardy naukowości (co z kolei pozwala pozyskiwać atrakcyjne granty) – podziwiamy narrację przystępną, która z grona czytelników nie eliminuje nawet adepta, który nie znałby żadnego z omawianych czy przywoływanych przez Jęczmyka autorów i dzieł. Podobnie hrabia Stanisław Tarnowski, pisząc w stańczykowskim i młodopolskim Krakowie swoje pięć tomów o literaturze polskiej nie mógł zakładać, że odbiorcy przeczytali książki i wiersze przez niego uwiecznione. Złośliwi mawiali nawet, że w poczuciu arystokratycznego obowiązku poświęcił się i zrobił to za nich.

Tom Jęczmyka nie jest jednak książką o literaturze, tylko o tajemnicach świata. 
Sam autor nazywa siebie człowiekiem Nowego Średniowiecza, a nawet Ciemnogrodzianinem, chociaż w tej ostatniej autoidentyfikacji sporo już kokieterii, bo autora mam zaszczyt znać osobiście i wiem, że urodzony zaledwie trzy lata przed Wrześniem maniery ma znakomite przedwojenne i w niczym nie przypomina Wojciecha Cejrowskiego z jego kowbojską kulturową abnegacją. W dobie pandemii, pokazującej ograniczenia oświeceniowego rozumu, gdy powraca strach przed nieznanym, wzrasta świadomość oczywistych ograniczeń i chociaż zdecydowana większość tekstów powstała przed nadejściem do Polski wirusa z Wuhan, świeże doświadczenie potwierdza tylko poglądy dotyczące granic ludzkiej percepcji.

Tytułowa metafora okrętu oglądanego od spodu trafnie przybliża, jak punkt widzenia określa poznawanie świata.   
Porusza się też Lech Jęczmyk swobodnie i jak na latający spodek zabiera czytelnika w swoją podróż po świecie literatury i technologii, uczuć i empatii a nie zastanych ideologii.
Nawet jeśli z science fiction ktoś zna tylko Stanisława Lema oraz braci Strugackich, reprezentujących – jeśli rzec tak można – arystokratyczną odmianę gatunku, lektura “Życia…” może się dla niego okazać pasjonująca. Nie zdajemy bowiem u Jęczmyka egzaminu, zaprasza nas do dialogu. Dostarcza niezwykłej, niemal staropolskiej gawędy o działach, w których przeplatają się nowoczesne technologie i alternatywne stany istnienia świata.          Jeśli miarą jakości i ważności literatury pozostaje również powodzenie wśród czytelników, to trzeba pamiętać, że science fiction ma swoich wyznawców, fan cluby i domeny, także zloty swoich zwolenników. Nie ma dowodów, że ceniona przez Jęczmyka Ursula Le Guin – estyma dla niej łączy go z byłym wiceministrem kultury, zmarłym w katastrofie smoleńskiej Tomaszem Mertą, który twórczość pisarki analizował na łamach KPN-owskiej “Opinii” – to postać ze świata gorszego niż Julio Cortazar albo John Updike.

Obecny fenomen fantasy, zarówno biznesowy jak multimedialny z sukcesem “Wiedźmina” Andrzeja Sapkowskiego we wszystkich jego postaciach, gdzie w grę (i na salę sądową) wchodzą pieniądze tak wielkie, że w głównym nurcie nieosiągalne nawet dla noblistki Olgi Tokarczuk – pokazuje, że Jęczmyk po pioniersku wpuszczając przed laty Strugackich do Polski przetarł szlak literaturze wyobraźni, która o nurty nie pyta. Tym bardziej warto więc poczytać, co dziś ma do powiedzenia ten pozujący na staroświeckiego trendmaker, tak dobrze wyczuwający  puls kolejnych epok.

Do bohaterów swoich szkiców podejście ma dobrotliwe, bo jak inaczej potraktować Phila Dicka, święcie przekonanego, że imperium rzymskie wciąż istnieje, tyle, że dla niepoznaki podzieliło się na Stany Zjednoczone i Związek Radziecki. Stanisław Lem namówił tego amerykańskiego autora, by wyraził zgodę na wydanie swojej książki w Polsce. Gdy Dick dowiedział się, jaki będzie nakład – cieszył się, że się mocno wzbogaci. Ale kiedy poznał, ile warte są złotówkowe honoraria, uznał całość propozycji za intrygę KGB. Ale pisał świetnie, choć narkotyki, o które w jego rodzinnej Kalifornii nietrudno, sprawiły, że odszedł na zawsze w 54 roku życia.  

Zresztą analizujący z filozoficzną powagą popularne nawet przekazy Jęczmyk wydaje się udowadniać, że nie ma głupich autorów ani książek, co najwyżej leniwi czytelnicy, którzy nie zadają sobie trudu, by je zrozumieć. I zamiast poczucia wyższości propaguje ciekawość. To podobno pierwszy stopień do piekła. Ale pamiętajmy też, że piekło opisywane przez wylansowanych przez Jęczmyka braci Strugackich, które jako dwunastolatkowie poznawaliśmy za pośrednictwem “Świata Młodych” okazywało się od socjalistycznego raju bez porównania ciekawsze i bardziej warte uwagi. 

Lech Jęczmyk. Życie jako okręt oglądany od spodu. Stalker, Olsztyn 2020    

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 9

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here