Nad czym nie panuje Kaczyński

0
87

Prezes partii rządzącej zamiast sposobu na powstrzymanie pandemii zafundował znękanym rodakom psychodramę, która każe powątpiewać, czy nadaje się jeszcze do rządzenia państwem. Jednak Jarosław Kaczyński na poziomie politycznej techniki radzi sobie zarówno ze swoimi jak z opozycją: dopiero co stłumił wewnętrzny rokosz a na polityce sprzeciwiania się powiązaniu unijnych dotacji z praworządnością zyskuje punkty w badaniach, bo Polacy nie znoszą, gdy zagranica się wtrąca.

Znów z obłędem w oczach wdrapał się na sejmową trybunę, po raz kolejny miało się wrażenie, że nie panuje ani nikt nad nim (Zbigniewa Ziobrę w podobnej sytuacji uspokaja małżonka Patrycja Kotecka) ani on sam nad sobą. Nie wyłuszczał już jak na marnego prawnika przystało, że “bez żadnego trybu” to robi, po prostu nawrzucał opozycji bez ładu i składu. Wymyślał jej liderom, że mają “krew na rękach”, skoro organizują protesty w trakcie których zakazić się można koronawirusem. Jakby przy tym zapomniał o własnej roli przy katastrofie smoleńskiej, w najkorzystniejszej dla Jarosława Kaczyńskiego wersji sprowadzającej się do co najmniej moralnej odpowiedzialności za śmierć brata i 95 towarzyszących mu osób, a jeśli Amerykanie, co po zwycięstwie demokraty Joego Bidena prawdopodobne, ujawnią “taśmy prawdy” z rozmów z 10 kwietnia 2010 r. i znajdzie się na nich to, o czym nieoficjalnie mówi się od dawna – kwestie moralne nietrudno przyjdzie przekuć w karne zarzuty.

Kaczyńskiemu nie przeszkodziło to w zaatakowaniu jeszcze opozycji ulicznej za posługiwanie się symbolami SS, chociaż Polakom strajkowe błyskawice kojarzą się bardziej z oznaczeniem wysokiego napięcia, zaś skojarzenie z gwardią Hitlera nie jest nawet autorskim pomysłem prezesa, lecz koncepcją Ryszarda Terleckiego, któremu jako intelektualiście, historykowi wizjonerowi i byłemu hippiesowi czy wręcz legendzie tego ruchu wybacza się bez porównania więcej niż półinteligentowi Kaczyńskiemu. Nawet jeśli ten ostatni bierze się za nadzorowanie resortów siłowych (pierwotnie miało chodzić tylko o pilnowanie Ziobry, teraz z rekonstrukcji rządu wyłonił się potwór na miarę tych które w japońskich filmach jak Hedora lęgły się na wysypiskach): stąd szarpanie urzędującego wicemarszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego przez policjantów, niby wysłanych po to, żeby parlament chronić. W dodatku jeden z funkcjonariuszy miał interweniować tak ofiarnie przy poskramianiu marszałka po sześćdziesiątce, że pół roku spędzi teraz w gipsie, co przywodzi już na myśl poświęcenia resortowe z czasów nie tyle nawet Wojciecha Jaruzelskiego co jego alter ego gen. Czesława Kiszczaka.

Wtedy jak pamiętano – wedle wersji reżimowej telewizji lekarki z pogotowia biły i okradały pacjentów bo szło o stworzenie wiarygodnej wersji śmierci Grzegorza Przemyka, żeby zamiast zomowców winą obarczyć sanitariuszy z pogotowia, wiadomo też, że doktorek lud wtedy nie lubiał, jeśli posłużyć się językiem autorów owej oficjalnej narracji. Zaś w środę policja, jeśli nie szarpała się z wicemarszałkiem, osłaniała kordonem gmach reżimowej TVP jakby znany z kościelnych rozwodów jej prezes Jacek Kurski za pozyskane prawie dwa miliardy z kieszeni podatników nie był w stanie wynająć profesjonalnej agencji ochrony, skoro nawet przy okolicznościowych koncertach z okazji Święta Niepodległości daje zarobić byłemu mężowi własnej żony… Bo polityka prorodzinna obecnej ekipy to nie tylko 500 plus. 

Przedtem Kaczyński, od niedawna formalnie jako wicepremier odpowiadający po rekonstrukcji rządu za bezpieczeństwo kraju, wezwał do tworzenia bojówek w obronie kościołów, ponieważ zdarzało się, że stawały się celem ataków zwłaszcza sprayujących po murach młodzieżowych ekip opozycyjnych. Nowy wicepremier nie sprecyzował wówczas, dlaczego kościołów nie może chronić policja w ramach opłacanych przez podatnika obowiązków służbowych. Na ochotnika do obrony zgłosił się Bąkiewicz, znany ze zorganizowania 11 listopada nowej formuły Marszu Niepodległości, która zamiast pogodnego przejazdu kawalkady samochodów przez miasto sprowadziła się do wielogodzinnych starć kiboli z policją, w trakcie których to utarczek ze szczególną zajadłością atakowano dobra kultury, w tym Muzeum Narodowe i pracownię znawcy twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza, który zresztą w “Nienasyceniu” przewidział obecny pochód barbarzyńców, których ofiarą padły 11 listopada dotyczące go pamiątki i zbiory. Powieść Witkacego była też jedną z inspiracji dla piszącego “Zniewolony Umysł’ Czesława Miłosza.

Teraz stan umysłów sterników polskiej polityki wydaje się gorszy niż kiedykolwiek. Ten sam Kaczyński, z którego histerycznych reakcji nabijają się właśni podwładni dzierży w rękach władzę potężniejszą niż którykolwiek polski polityk od czasów generała Wojciecha Jaruzelskiego. Nie wolno więc go lekceważyć, nawet jeśli spowolnieniem reakcji i przedwczesną starością samotnego biurokraty w willi na Żoliborzu przypomina Leonida Breżniewa z ostatniego okresu sprawowania przywództwa partii i państwa w ZSRR albo bohatera “Jesieni patriarchy” Gabriela Garcii Marqueza.

Numer 2 w PiS i państwie – a taką kolejność, podobnie jak wymieniony ostatni komunistyczny dyktator, zwykł stosować w swoim rozumowaniu Jarosław Kaczyński – to wspomniany już Ryszard Terlecki. Rówieśnik Kaczyńskiego, profesor do następstwa po nim nadałby się co najwyżej na okres przejściowy. Potem wątpliwe, żeby go słuchano.
Premier Mateusz Morawiecki trzyma się wyłącznie na poparciu prezesa. Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin nie liczą się, bo następca musi być z PiS a nie kanapowego koalicjanta wewnętrznego.

Względnie prawdopodobne wydaje się raczej przejęcie władzy tymczasowej przez roboczy triumwirat złożony z ministra spraw wewnętrznych Mariusza Kamińskiego, koordynatora partyjnych struktur Marka Suskiego oraz szefa resortu obrony Mariusza Błaszczaka. Żaden z nich nie nadaje się do rządzenia indywidualnie, wszyscy razem mogą władzę sprawować. W imieniu słabnącego Kaczyńskiego lub już po nim. Podobnie jak Władimir Putin poprzednikowi Borysowi Jelcynowi – zagwarantują też nie wyróżniającemu się nadmiarem osobistej odwagi (słynne “13 grudnia spałeś do południa”) nie immunitet nawet ani abolicję tylko wieczną bezkarność po zdaniu przywództwa.   

Ale dopiero wówczas, gdy Kaczyński zdecyduje się je oddać. Przedtem ma jeszcze parę rzeczy do zrobienia i nie są to wcale, jak mogłoby wynikać z jego paranoicznych słowotoków zemsta za Smoleńsk ani nawet rozliczenie Donalda Tuska.

Kaczyński chce mieć zdyscyplinowany klub i ten cel zrealizuje wyłącznie drogą wyborów przed terminem. Właśnie poskromił wewnętrzną opozycję za cenę zamrożenia piątki dla zwierząt oraz równie źle przyjmowanej ustawy o bezkarności urzędników. Rokosz Jana Krzysztofa Ardanowskiego w obronie polskiej wsi został spacyfikowany, ale dysydenci pozostali. Piętnastu z nich przywrócono prawa w klubie. Wcześniej trzeba było darować przewiny koalicjantom wewnętrznym, bo choć prezes nimi gardzi, bez nich nie byłoby arytmetycznej większości. Kaczyński pozbędzie się ich trwale tylko prowadząc partię na wybory przed terminem. Wymienia się już odpowiednią porę, w kwietniu przyszłego roku i możliwość przetestowania struktur w dodatkowym glosowaniu do dwóch sejmików po podziale dotychczasowego Mazowsza na dwa województwa. Po co Kaczyński ma się układać z podwładnymi albo co gorsza im ustępować, skoro we własnym przekonaniu wciąż jest w stanie wymienić ich na takich, którzy wątpliwości nie będą mieli albo przynajmniej powstrzymają się od ich ujawniania…             

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 7

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here