Niemoralna opowieść

0
53

Czy Platforma przegra wybory przez “naszą telewizję”

Zacząć trzeba – choć być może nie wypada – od rzeczy tak oczywistej jak potwierdzona w badaniach opinii publicznej ocena Jana Pawła II przez Polaków. Co może zdumiewać, po ataku TVN niemal się nie zmieniła. Dla 73 proc z nas Ojciec Święty pozostaje ważną postacią, jak wynika z przeprowadzonego już po emisji badania Social Changes. A w listopadzie ub. r. podobną odpowiedź podawało 70 proc. 

Jan Paweł II pozostaje autorytetem dla 70 proc rodaków. Nie widzi go w tej roli 21 proc z nas – to z kolei wynik marcowego badania Pollsteru. Sondaże nie kłamią, chciałoby się dodać: w odróżnieniu od stacji telewizyjnych.  Ale to ocena nadmiarowa. Wystarczy to, co już wiemy, żeby się nie niepokoić. O trwałość prawdy o Papieżu, silniejszej od demagogii – bo o Polskę wciąż trzeba. 

Próba zaszkodzenia pamięci o Janie Pawle II oraz wyrugowania go z pozycji społecznego autorytetu nie powiodła się, również za sprawą niedostatku autorytetów żyjących. Atak na Papieża okazuje się niemoralny, bo oparty na materiałach pozostałych po komunistycznej służbie bezpieczeństwa. A przy tym marnie udokumentowany. Wszystko to nie zwalnia nas z odpowiedzi na pytanie, kto zyska a kto straci na emocjach, związanych z napaścią TVN, bo od tego zależy, kto od jesieni rządzić będzie Polską.

Stracą agresorzy, zyskają za to nawet obłudni obrońcy – taki wniosek wydaje się płynąć z sondaży już nam znanych i zaznaczającej się w nich progresji. 

We wszystkich badaniach, przeprowadzonych już po emisji materiału prywatnej stacji TVN, która zarzuciła Karolowi Wojtyle, że tolerował lub nawet maskował pedofilskie czyny podlegających mu księży z archidiecezji krakowskiej – Prawo i Sprawiedliwość zyskuje poparcie, chociaż wcześniej zbliżała się do niego rosnąca w siłę notowań Koalicja Obywatelska. Ta druga, której jedyną realną siłą pozostaje Platforma, ewidentnie nie zarobiła na napaściach na Papieża autorstwa stacji, którą jeszcze wielki reżyser Andrzej Wajda, dziś już niestety nie żyjący, określił jako członek komitetu wyborczego PO mianem “naszej telewizji”. Gdy dziś te słowa powracają, oznaczają dla partii Donalda Tuska fatalną nowinę. A nawet pocałunek śmierci. Zabiegająca przez lata o centrowy wizerunek, sympatię bardziej oświeconych hierarchów oraz starająca się szanować odczucia wyborców zwłaszcza z mniejszych ośrodków głównie w Polsce wschodniej – może zostać uznana za odpowiedzialną za szkalowanie Papieża w materiale, na którego powstanie ani emisję nie miała wpływu, zapewne zresztą podobnie jak bossowie TVN z warszawskiej Augustówki, bo decyzję – jak się wydaje podjął amerykański właściciel stacji. Ale to Koalicja Obywatelska zapłaci za nią jesienią. Jej wina, jej strata.

W badaniu instytutu demoskopijnego Kantar (dawny OBOP) PiS zyskał 3 proc, dokładnie tyle samo straciła KO, a przewaga partii rządzącej wynosi 5 punktów procentowych (sondaż z 14-16 marca br.). Według konkurencyjnego Social Changes wzrosła nawet do 9 pkt. proc w tydzień po emisji materiału TVN. Jeszcze inny ośrodek, Pollster odnotowuje sześciopunktową stratę Koalicji Obywatelskiej do Prawa i Sprawiedliwości. Partia rządząca dystansuje główną siłę opozycji także w notowaniach IBRIS – 34 proc do 27 proc (sondaż z 13-14 marca).      

Przed księdzem nie klękają, zgoda. Gdy mówi Papież, nie wstają – dlaczego?

Donald Tusk namawiał wprawdzie dotychczas, żeby nie klękać przed księdzem – jednak Papieża i jego historycznej roli to nie dotyczyło. Za to fatalne wrażenie sprawiła scena z sejmowej sali obrad, kiedy to posłowie PO nie wstali, gdy na telebimie prezentowano materiał w wizyty Jana Pawła II w tymże Sejmie przed bez mała ćwierćwieczem. Wśród witających go owacyjnie nie zabrakło wtedy obecnych posłów PO.

Nie zostanie ukarane przez wyborców podobnie gorszące zachowanie posłanek Prawa i Sprawiedliwości, obłudnie zasłaniających się w sejmowej sali papieskimi portretami, chociaż o kilkadziesiąt metrów dalej w tymże gmachu obozują protestujący niepełnosprawni na wózkach wraz z rodzicami i im wszystkim odrobinę miłosierdzia warto okazać, ale posłanki partii rządzącej tego nie czynią. Do uszczęśliwienia nieszczęśliwych wystarczy niewygórowana kwota, ale władza im jej odmawia. Elektorat wierny PiS jednak tych spraw nie łączy. Dostrzega tyle, że PiS, który nigdy Papieża nie atakował, teraz go broni. Stąd bierze się sondażowa premia. Szczerze czy nie, liderom partii rządzącej opłaca się więc odtwarzać tę samą płytę aż do wyborów na jesieni.

Kolejnym beneficjentem sporu okaże się zapewne Polskie Stronnictwo Ludowe. Całkiem dosłownie może stwierdzić, że ten temat z nieba mu spada. Odwołujące się do konserwatywnej, jak to na polskiej wsi, wrażliwości, zachowało się roztropnie. Odcięło się od kuglowania PO-KO i najpierw zgłosiło własny projekt oddający cześć i chwałę JPII, a później zagłosowało za broniącą pamięci Karola Wojtyły uchwałą. Posłowie PSL okazali się więc jedynymi nie obłudnymi w sali sejmowej, za co wyborca ich zapewne nagrodzi. Tak przynajmniej wskazują najnowsze notowania, w których ludowcy nie mają już kłopotu ze sforsowaniem pięcioprocentowego progu wejścia do przyszłego Sejmu do niedawna wznoszącego się nad ich wskaźnikami popularności niczym gilotyna nad głową. Sondaż IBRIS daje im nawet 7 proc poparcia (badanie z 13-14 marca), zaś marcowe badanie Social Changes 5 proc, też bezpieczne w ich wypadku, bo ludowcy od dawna uchodzą za partię “niedoszacowaną”, której wynik wyborczy zawsze przewyższa sondażowy. Część ich zwolenników nie ufa bowiem ankieterom i nie podaje, na kogo zagłosuje (na polskiej wsi nie zapowiedziany gość w garniaku czy ancugu, jak tam mówią w zależności od regionu, kojarzy się z osoba urzędową, więc lepiej uważać, co się mu mówi). W dodatku instytuty demoskopijne skąpią środków na badania przez co ankieterzy rzadziej indagują na wsi niż w mieście, gdzie PSL ma bez porównania mniej zwolenników.   

Konfederacja zaś – co wiele mówi o jakości i temperaturze sporu wokół zarzutów wobec Karola Wojtyły – walczy wprawdzie z całym światem, ale Papieża konsekwentnie broni. I zyskuje na tym. Świadczą o tym notowania oscylujące wokół niedosiężnych do niedawna 10 proc jak w badaniu Pollsteru.

Co charakterystyczne, nie zyskuje wcale na pandemonium ataków na Jana Pawła II antyklerykalna przecież Lewica, w żadnym z sondaży nie ma tyle, co w wyborach trzy i pół roku temu, co skwitować byłoby można znanym powiedzeniem ludowym “jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie”, chociaż aktualny jej szef ma na imię Włodzimierz. Też odwołując się do anegdoty, ale nieco poważniejszej, przypomnieć można, jak podczas pielgrzymki do Polski, zresztą wtedy, kiedy odwiedził Sejm, Ojciec Święty Jan Paweł II zaprosił do swojego papamobile prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, wywodzącego się z postkomunistycznego Sojuszu Lewicy Demokratycznej, co w korytarzach publicznych gmachów skomentowano pytaniem, dlaczego nie był to Marian Krzaklewski, wtedy przewodniczący rządzącej AWS. I zgrabną odpowiedzią: – Bo Marian by nie chciał wysiąść.   

Notowania Polski 2050 Szymona Hołowni, który pozostaje zarówno szczerze bardzo chrześcijański (nie da się ukryć, że pomimo czterdziestki piątki, nie za pasem, jak Zbigniew Ziobro, lecz na karku, wciąż pozuje na świętego młodzianka) ale zarazem oświecony – po okresie flauty rosną, wracają do dwucyfrowego poziomu, co dowodzi, że lider zachował się roztropnie, odróżniając się od Koalicji Obywatelskiej i nie powtarzając jej błędów. Polska 2050 w sondażu firmy Pollster ma 11 proc poparcia i okazuje się trzecią siłą w polskiej polityce, a więc tym samym w przyszłym Sejmie. 

Jeśli spór będzie się zaostrzać, to Polska 2050 będzie na tym zyskiwać, bo Hołownia jako autor książek o religii, które można lubić lub nie, pozostaje wszak jedynym z liderów, który zna się na meritum sprawy. Podobnie na początku pandemii zyskał jako weteran wielu akcji charytatywnych na całym globie, chociaż nie udało się to lekarzowi z wykształcenia, prezesowi PSL Władysławowi Kosiniak-Kamyszowi.

Snucie spekulacji, kto zyska, a kto straci na atakach na największy polski autorytet wydać się może niemoralne samo w sobie, ale pamiętać trzeba, że nawet oskarżyciele Karola Wojtyły nie wierzą w miotane przeciwko niemu zarzuty. My ich również nie uznajemy. Skoro tak, to potraktowanie gry jako gry a nie walki o prawdę, która od dawna z wzajemnością znajduje się po stronie jedynego w historii papieża z Polski pozostaje roztropnym rozwiązaniem. Alternatywą jest psychoza tylko. Szał cechujący osobistych przeciwników Pana Boga ale także zdumiewająca napastliwość części jego obrońców: obłudnych, bo przecież nie tego nas uczył Jan Paweł II. To za jego pontyfikatu upowszechniły się słowa: zło dobrem zwyciężaj. A córce dyktatora, Monice Jaruzelskiej, wręczył w trakcie spotkania w prezencie różaniec.   

O większości polskich aktorów sporu o pamięć o Janie Pawle II, który – jak dziś wszystko na to wskazuje, okaże się burzą w szklance wody, dotkliwie jednak mącącą i tak ponad miarę zabagnione polskie życie publiczne – da się powiedzieć, że niczym nas nie zaskoczyli. Zachowali się jak zawsze. Platforma – Koalicja Obywatelska zaszkodziła sama sobie, chociaż już witała się z gąską i obsadzała zawczasu stanowiska na grubo ponad pół roku przed wyborami. Rządzący PiS, też jak ma to w zwyczaju, objawił swoją amoralną, ale jednak… skuteczność. Wcześniej, ogłaszając 500plus napędził zyski właścicielom szrotów samochodowych w Niemczech i nie poprawił wciąż alarmujących wskaźników polskiej demografii, za to dowartościował wyborców, co czuli się zapomniani. Teraz, choć w praktyce rządzenia nie kieruje się społeczną nauką papieską (świadczy o tym okrutne podejście do obozujących w Sejmie niepełnosprawnych), wysłał konserwatywnym masom sygnał, że Jana Pawła II broni i zamierza to czynić nadal. Podobnie ludowcy od Kosiniak-Kamysza po raz kolejny wykazali się elementarną wrażliwością na oczekiwania własnego wyborcy, co zdjęło z lidera odium “tęczowego Władka” towarzyszące mu od czasu pamiętnej wspólnej z SLD i PO kampanii połączonej listy Koalicji Europejskiej od wiosennych eurowyborów z 2019 r. 

Cały ten zgiełk

Opinii Polaków o Janie Pawle II cała ta wrzawa zapewne trwale nie zmieni, nie jest to wyłącznie fenomen przytoczonych na wstępie badań. Jeśli bowiem nawet uznać, że jako arcybiskup krakowski Karol Wojtyła okazał się zbyt łagodny wobec krzywdzicieli dzieci, zsyłając ich do odległych parafii, zamiast wydać w ręce sprawiedliwości (dylemat czy miał zadzwonić na milicję już opisywałem, podobne stawianie sprawy dowodzi tylko nieznajomości historii PRL z lat 60. i 70.), chociaż i tego TVN nie tylko nie udowodniła ani nawet nie uprawdopodobniła – to i tak wobec ogromu jego zasług dla zburzenia żelaznej kurtyny, odzyskania niepodległości i wolności oraz odrodzenia moralnego Polaków po dziesięcioleciach generowanych przez dyktaturę podziałów – zostanie to zinterpretowane jako “błąd szeryfa”. A ten, jak wiemy, nie przestaje być pozytywnym bohaterem westernu, nawet jeśli zdarzy mu się go popełnić – wciąż nadchodzi z prawej strony ekranu, zgodnie z regułami klasyki gatunku. A przy tym Wojtyła okazał się szeryfem bez broni, głoszącym walkę bez stosowania przemocy, co wydatnie komplikuje sytuację jego oskarżycieli, podpierających kalumnie kwitami, produkowanymi przez aparat ucisku represyjnego państwa, jakim pozostawała PRL.

Westerny jednak – jak pamiętamy – kręcą przede wszystkim Amerykanie. Nieliczne naśladownictwa typu włoskich “spaghetti-westernów”, kinomani pamiętają być może produkcje typu “Jeśli żyjesz strzelaj” wzbudzające raczej śmiech, nie stworzyły im konkurencji. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Zasadniczą niewiadomą i główną przesłanką obecnego konfliktu, jaki rozgorzał w Polsce po emisji antypapieskiego materiału TVN, pozostaje pytanie, czym kierował się amerykański właściciel tejże stacji Warner Bros. Discovery, decydując się na wypuszczenie tak słabo udokumentowanego i nie spełniającego standardów dziennikarstwa tematu. Dedukować tylko możemy, dlaczego tak się stało. Ale faktów nie brakuje.

Kolejny męczennik w sprawie Romero?

Potępiając już jako Jan Paweł II (rzecz działa się w pamiętnym i dla Polski roku 1980 r.) zabójstwo arcybiskupa z Salwadoru Oskara Romero, zamordowanego przez przeszkolonych przez Amerykanów killerów ze skrajnie prawicowych szwadronów śmierci, nasz wielki rodak naraził się z pewnością nie tylko koordynującej współpracę z nimi CIA ale wielu innym grupom nacisku za Oceanem. Papież z Polski otworzył męczennikowi i obrońcy biednych z archidiecezji San Salvador ścieżkę do kanonizacji, przeprowadzonej już za pontyfikatów jego następców. Z pewnością zapamiętali mu to nie tylko ci, co go podziwiają. Zniweczył operację specjalną. Wśród uczestników prowadzonego przez instruktorów z USA szkolenia dla latynoamerykańskich ekstremistów oprócz zabójców Romero znalazł się również Manuel Noriega, późniejszy dyktator sojuszniczej Panamy, znany z handlu narkotykami, potępiony potem za to przez cały świat i obalony drogą interwencji zbrojnej, amerykańskiej zresztą, zbiegiem okoliczności – a raczej zgodnie z zasadą globalnej symetrii supermocarstw – w tym samym czasie, gdy władzę w Rumunii stracił wraz z życiem zlikwidowany przez własnych generałów i kolegów z biura politycznego “rzeźnik Karpat” i lokalny socjalistyczny satrapa Nicolae Ceausescu.

Ujawnienie tych smutnych powiązań z pewnością przysporzyło Wojtyle nie tylko admiratorów za Oceanem. Pozostaje on jedynym – poza oczywiście poległym w trakcie odprawiania mszy arcybiskupem – pozytywnym bohaterem tej złowrogiej historii. O tym, że zachował się wówczas zgodnie z głębokim poczuciem moralnym, świadczy symetryczna, jeśli tak rzec można, reakcja na podobnie okrutne zabójstwo w jego Ojczyźnie, dokonane w cztery lata później przez komunistycznych z kolei fanatyków na osobie ks. Jerzego Popiełuszki, kapelana podziemnej Solidarności.

Nie tylko pokojową walkę tej ostatniej wspierał duchowo Jan Paweł II. Przyczynił się do obalenia skorumpowanego ultraprawicowego dyktatora Filipin, ulubieńca Amerykanów Ferdinanda Marcosa, którego żona Imelda zasłynęła wcale nie z akcji charytatywnych na rzecz ubogich, choć za mężowskich rządów biednych nie brakowało, lecz z posiadania liczby par butów większej niż dzisiaj może się nią poszczycić gwiazda TVN Monika Olejnik.

Kiedy przeciwko satrapie zbuntowali się demokratycznie nastawieni wojskowi, a siły wspierające Marcosa zbierały się, żeby pucz krwawo stłumić, na apel manilskiego kardynała Sina – którego śmiało da się porównać do Wojtyły z jego krakowskiego okresu – miliony mieszkańców stolicy wyległy na ulice, żywą zaporą oddzielając oddziały demokratów od sił wiernych reżimowi i udaremniając plany masakry zapewne na miarę późniejszej pekińskiej na placu Tienanmen. Marcos został obalony. To może być kolejny powód do zemsty Langley, gdzie siedzibę ma Centralna Agencja Wywiadowcza Stanów Zjednoczonych na Janie Pawle nawet po śmierci. Podobnie zresztą Kościół chilijski wiele lat i z ostatecznym sukcesem pracował na odejście gen. Augusta Pinocheta, faworyta amerykańskiego sekretarza stanu Henry’ego Kissingera, teraz w roli emerytowanego choć nie darmowego przecież komentatora wspierającego faktycznie Władimira Putina, o czym świadczy zgłaszanie przez tego pokojowego noblistę pomysłu, żeby Ukraina oddała Rosji część zaatakowanego terytorium, uzyskując w zamian zatrzymanie kremlowskiej inwazji.

 In God we trust     

Amerykanie wciąż piszą nawet na swoich banknotach “In God we trust”. Z rocznego pobytu w Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszkałem jako dziecko, zapamiętałem doskonale szacunek miejscowych dla religii – a był to amerykański interior, dziś głosujący na republikanów stan Kentucky znany z doskonałej drużyny koszykówki w uniwersyteckim Lexington, w którym wykładał wtedy mój ojciec oraz z hodowli koni, jak w westernie, stąd przydomek “blue grass state”, stan niebieskiej trawy, bo nią wyjątkowo chętnie żywią się te przepiękne zwierzęta. W Lexington, stan Ky, ani kolegów z uczelni mojego ojca ani ich rodziców farmerów nie interesowało, do jakiego kościoła się uczęszcza. Co najwyżej pewne zaciekawienie wzbudzał fakt, że nie chodzi się do żadnego. Ale również bez cienia dezaprobaty czy nawet agresji, chociaż były to czasy nie sprzyjającej pokojowi społecznemu końcówki wojny w Wietnamie, w trakcie której wielu Amerykanom, za sprawą prawdy o masakrze cywilów w My Lai (to był odpowiednik obecnej Buczy na Ukrainie w tamtej brudnej wojnie), przyszło się pożegnać z idealistycznymi wyobrażeniami o ich własnym państwie. Doskonale pamiętam, jak w dniu zamieszek na uczelni, mój ojciec w odróżnieniu od pozostających wtedy z rozmysłem w domach naszych amerykańskich sąsiadów-wykładowców wsiadł do wysłużonego ramblera, pamiętającego zapewne jeszcze wcześniejszą wojnę interwencyjną w Korei i pojechał na uniwersytet, żeby być ze swoimi studentami w czasie, kiedy budynki ich campusu szturmowała uzbrojona po zęby Gwardia Narodowa.

Demokratyczny prezydent Joe Biden w trakcie niedawnej wizyty w Polsce odwołał się do wspomnianej już idealistycznej tradycji Stanów Zjednoczonych sprzed brudnych wojen w Indochinach i tajnych operacji CIA w krajach latynoamerykańskich, których efektem okazał się fakt społeczny, że Amerykanie stali się w tamtych państwach podobnie oceniani i lubiani, jak u nas agenci KGB i twardzi sekretarze z Moskwy, czego dobroczynne dla siebie efekty zbiera dziś Ukraina. Ze studenckiego pobytu na stypendium w Paryżu, a był to akurat orwellowski rok 1984, zapamiętałem własną długą dyskusję z urugwajskimi marksistowskimi emigrantami, prezentującymi przy niedawno otwartym Centrum im. Georgesa Pompidou czarno-białe zdjęcia ciał więźniów po torturach, bo na na kolorowe nie było ich stać. Nie do końca się wtedy z tymi Tupamaros na wygnaniu zgadzałem, ale udało nam się nie pokłócić. Bo w kwestii ofiar i cierpień to oni mieli rację a nie poplecznicy sprawców tych męczarni. Obciążyły one hipotekę Ameryki.

Do Ameryki lepszej, znanej od czasów deklaracji prezydenta Woodrowa Wilsona z prób ustanowienia uczciwego i sprawiedliwego ładu międzynarodowego (jednym z jego paragrafów była odzyskana niepodległość Polski), potem nie szczędzącej własnej krwi i posyłającej swoich chłopaków, by ginęli na plażach odległej Normandii w imię powstrzymania ludobójstwa w Europie – odwołuje się dziś Joe Biden.

W trakcie wizyty w Polsce przywoływał charyzmę Papieża, wspominał, jak podczas spotkania w watykańskiej bibliotece ujął go i oczarował Jan Paweł II. Zapewne to, co wówczas nam powiedział – wymaga dziś istotnej aktualizacji. Media w Ameryce są wolne, ale nie zwalnia to prezydenta USA z obowiązku odniesienia się do próby pozbawienia przez nie sojuszniczego narodu najwyższego społecznego autorytetu, nawet jeśli – jak wszystko na to wskazuje -okaże się ona nieudolna i nieudana. Wiele pięknych słów podczas warszawskiej wizyty usłyszeliśmy, ale teraz w momencie tak wyraźnego kryzysu wypada je w rzeczowym kontekście powtórzyć. Jeśli naprawdę pozostajemy sojusznikami, nie tylko na Ukrainie.                                   

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 5

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here