Z baneru wyborczego spogląda na mnie uśmiechnięta twarz kandydatki do Sejmu z listy Dobrej Zmiany. Młoda kobieta apelująca o oddanie na nią głosu, weszła do polityki dwie kadencje samorządowe temu. Została radną powiatową i przez kilka lat piastowała tę funkcję. Piastowała bardzo delikatnie, bo na sesjach Rady Powiatu – bodaj nie zabrała ani razu głosu. Nie złożyła też żadnego wniosku – nawet o otwarcie okna bo duszno.
Jednak będzie się ubiegać o odpowiedzialną funkcje reprezentanta Narodu – czyli posła – bo tak zadecydował sam Wódz Jarosław. Widocznie doceniając akurat takie walory kandydatki jak owa wstrzemięźliwość słowna. Takich nam posłów trzeba – milczących i zdyscyplinowanych. Co to nie mają za dużo do powiedzenia i będą się słuchać kierownictwa.
W tym samym czasie kiedy Wódz Jarosław mozolnie decydował kto może ubiegać się o mandat poselski z list PiS, toż samo czynił Wódz Opozycji Totalnej – Grzegorz S. On też decydował kto może kandydować do Sejmu, a kto nie. Nie muszę dodawać, że kilku innych wodzów już to z Lewicy, już z Peezelu podjęło tą samą ciężka pracę i w imieniu społeczeństwa czyli Narodu zadecydowali ci dzielni i pracowici ludzie, kto może znaleźć się w przyszłym Sejmie.
No bo chodziło nie tylko o to, kogo wpisać na listę, ale i na którym miejscu – a to przecież ma ogromne znaczenie i przesądza o szansach kandydata. W partii, która ma powyżej 10% poparcia, „jedynki” są w zasadzie już posłami. Sami zresztą to zobaczycie jak kandydaci z „jedynek” z PiS i Platformy teraz zwanej „Koalicją Obywatelską” wejdą do Sejmu bez żadnych trudności. Z partii niżej notowanych już nie na pewno.
Jest jeszcze grono drobiazgu politycznego różne tam Konfederacje czy inni, którzy zapewne progu wyborczego nie przekroczą, ale u nich ta sama zasada była – że ichniejszy prezes czy grupa okołoprezesowa decydowała kto może kandydować, a kto nie. W istocie zatem o tym, kto będzie mógł ubiegać się o mandat poselski zadecydowało w Polsce góra dziesięciu ludzi. Przy czym o składzie przyszłego sejmu decyzję podjął Prezes Kaczyński, prezes Schetyna i Prezes Kosiniak.
Ci ludzie nie tylko zadecydowali kto może kandydować, ale też podjęli ważniejszą jeszcze decyzję – kto kandydować nie może. Kogo nie wpisać na listy – bo przecież chętnych było znacznie więcej niż miejsc na listach. Kiedy cztery lata temu tworzyliśmy komitet ze słynnym muzykiem – dziś podporą PSL-u, mieliśmy ponad cztery tysiące chętnych na 960 miejsc. I o tym, kto nie będzie kandydować decydowało, całkowicie arbitralnie, grono 5 osób, przy czym ostatni głos miał oczywiście dzisiejszy kandydat PSL.
Ja wiedziałem, że nasze działanie jest – prawdę mówiąc nieetyczne i budzi wątpliwości konstytucyjne – bo niby dlaczego jakiś Kukiz, jakiś Sanocki czy Kolorz dostali nagle prawo do pozbawienia biernego prawa wyborczego ponad trzech tysięcy ludzi? Napisałem wtedy wniosek do Rzecznika Praw Obywatelskich o zbadanie sprzeczności kodeksu wyborczego z Konstytucją, ale Rzecznik Bodnar ten wniosek w istocie – zignorował.
Dopiero Państwowa Komisji Wyborcza w maju tego roku, odpowiadając na moje pismo stwierdziła na piśmie, że polski obywatel nie może indywidualnie kandydować do Sejmu, a więc w istocie, że musi uzyskać wstępną zgodę Jarosława, Grzegorza, albo Władysława.
Co takie wybory mają wspólnego z demokracją? Skoro o skorzystaniu z podstawowego prawa obywatela do kandydowania do Sejmu decyduje jakiś jeden czy drugi partyjny kacyk.
Toć i za nieboszczki komuny taka „demokracja” była. Był Sejm na Wiejskiej, było głosowanie, było wrzucanie do urn kartek i byli nawet kandydaci. Tylko że o tym kto może kandydować decydowała partia. I czym więc różni się dzisiejsza „demokracja” od tamtej „demokracji ludowej”. Tylko tym, że tam była jedna partia i dwie przybudówki, a teraz są trzy partie. Ale zasada pozostaje ta sama – o tym kto może kandydować decyduje pierwszy sekretarz – to jest chciałem powiedzieć oczywiście – Prezes.
Twoim zdaniem:
[democracy id=”83″]
Czytaj Janusza Sanockiego: