Odetchnęliśmy, ale rewizja bałaganu potrwa wiele lat

0
144

Z Andrzejem Mierzwą, partnerem zarządzającym funduszu 21 Concordia, inwestorem, wykładowcą Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej

– Przed 15 października posłowie ówczesnej opozycji chociaż nie tylko oni, bo lokal był powszechnie dostępny, chętnie spotykali się w Bistro Wiejska, położonym dokładnie naprzeciwko wejścia do Sejmu. Już po tej dacie tę klimatyczną knajpkę zamknięto. I pomimo, że Wiejska pozostawała elegancka nie tylko przed wojną, ale również w czasach PRL – w miejscu bistro otwarto kolejną żabkę, chociaż przy niedługiej przecież ulicy działa już sklep spożywczy Społem zaś inna żabka tuż za rogiem, naprzeciw Sheratona przy Prusa.  O czym to świadczy?

– Żeby jak najlepiej na to pytanie odpowiedzieć, najpierw warto stwierdzić, kto jest tam właścicielem budynku, ustala czynsz i wybiera najemcę. Zdarzało mi się mieszkać w różnych wielkich miastach świata zachodniego. Władze każdego z nich starają się zachować przyjazne dla mieszkańców centrum. Alternatywą takiej lokalnej polityki okazuje się pustynnienie jak najprościej na polski przełożyć można obce pojęcie dezertyfikacji – w latach 70. dotknęło ono centra miast amerykańskich, w których wtedy do po zmierzchu strach było wyjść na ulicę.

– Jako dziecko mieszkałem wtedy przez rok z rodzicami w uniwersyteckim Lexington w stanie Kentucky i pamiętam, że rzeczywiście po zmroku do śródmieścia się nie jeździło.

– Dlatego kiedy w aglomeracji Paryża budowano dzielnicę La Defense, przyjęto zasadę, że wokół stacji metra powstanie wprawdzie pierścień wysokich biurowców, Francuzi nazywają je po prostu wieżami… Ale zaraz za nim drugi, który tworzą już budynki mieszkalne. Tak jest do dzisiaj. Dzięki takiemu rozplanowaniu nie ma tam podobnego jak w amerykańskich miastach strachu. Restauracje w La Defense w ciągu dnia służą klientom biznesowym a po zapadnięciu zmroku okolicznym mieszkańcom. Na Zachodzie dba się o substancję miejską: małe sklepy i punkty rzemieślnicze. U nas również można władze zachęcać, żeby w lokalach będących własnością Polskiego Holdingu Nieruchomości zapewnić preferencyjny czynsz dla przedsiębiorców wprawdzie drobnych ale mogących wykazać się referencjami z Izby handlu czy rzemiosła albo chociaż rady osiedla. Wtedy rzadziej dochodziłoby do sytuacji, że mająca swój styl restauracja musi się wyprowadzić aby ustąpić miejsca kolejnemu sieciowemu sklepowi, chociaż za rogiem jest inny.

– Dla mnie to przykład, że zmiana na korzyść po 15 października nie nastąpiła na tym poziomie lokalnym, czy dosłownie ulicznym. A jak widzi to praktyk gospodarki? Czy z perspektywy Pana działalności warunki gospodarowania po zmianie władzy się poprawiły? Czy jest jakiś oddech?

–  Zaczyna się. Rozmawiamy w ostatnich dniach kwietnia, od wyborów minęło pół roku, ale od objęcia rządów przez Koalicję 15 Października niecałe pięć miesięcy. To niewiele. Uspokoiła się karuzela zmian. Przede wszystkim prawnych. Przez osiem lat działo się tak, że ustawa pojawiała się w Sejmie w kwietniu, w listopadzie była nowelizowana a od stycznia wchodziła w życie. Dlatego stopa inwestycji alarmująco spadła. 

– Nie przesadza Pan z tym związkiem przyczynowo-skutkowym?

– Stopa inwestycji okazuje się drastycznie niska. Bo nie da się inwestować, gdy następują skokowe zmiany kosztów pracy, nie dające się wcześniej oszacować. Podobnie za rządów PiS miała się rzecz z systemem podatkowym. Polski Ład okazał się tego przykładem. Do historii przeszło powiedzenie premiera Mateusza Morawieckiego, że przedsiębiorca może wybrać, wedle jakiego systemu płaci podatki. Rewizja bałaganu, z jakim poprzednia władza nas, praktyków gospodarki, zostawiła zajmie wiele czasu. 

– Zaczął Pan jednak ocenę od nuty optymizmu, na czym Pan go opiera?

– Głębszy oddech, o którym mówiłem, zapewnią nam również pieniądze z Unii Europejskiej, objęte Krajowym Planem Odbudowy. Odpowiednio wykorzystane dadzą efekt mnożnika, jeden do pięciu, . Każda złotówka zostanie pomnożona, niezależnie od aktualnego kursu euro. Jednak żeby tak się stało, nie można zapomnieć, ile w prostych sprawach jest do zrobienia. 

– Zwycięzcy wyborów złożyli wcześniej wiele obietnic?

– Część z nich ma populistyczny charakter. Niewiele da przyjęcie zasady, że od niezapłaconej przez kontrahenta faktury nie ma obowiązku uiszczenia VAT-u. Ludzie gospodarki woleliby raczej usłyszeć, że w czternaście dni szybko da się uzyskać skuteczny sądowy nakaz zapłaty, jak dzieje się w wielu państwach Unii Europejskiej. Tak tam to działa. U nas słyszy się, że podatki powinny być niskie. W porównaniu z większością krajów “starej Unii” one już są niewysokie. Rozporządzenie francuskiego ministra gospodarki już charakteryzuje Polskę jako raj podatkowy. Trudno się tym szczycić. Z podatków utrzymuje się państwo. I jego inżynierię socjalną. Przy świadczeniu “800 plus” brakuje kryterium dochodowego. Rosną nam stopy kredytowe stopy procentowe i dług państwa okazuje się coraz droższy. Koszt obsługi długu – jak we Francji – może stać równy budżetowi edukacji. Nietrudno zdać sobie sprawę z faktu, jakie następstwa to rodzi. 

– Czy pojawienie się własnej reprezentacji przedsiębiorców, w tym wypadku myślę o Powszechnym Samorządzie Gospodarczym, wokół odrodzenia którego – bo istniał w Polsce przed wojną – formuje się ruch społeczny, umożliwi obronę interesów tych, którzy wytwarzają wzrost produktu krajowego brutto i tworzą miejsca pracy?

– Obserwuję, kolejno z radością, zdziwieniem i smutkiem, jak od początku lat 90. pojawiały się kolejne organizacje przedsiębiorców. Ilekroć zbliżały się wybory, każda z nich formułowała wobec polityków własną listę oczekiwań. Nie uzgadniały ich ze sobą nawzajem. Na każdej znalazły się inne postulaty. Na początek warto stworzyć konfederację istniejących już stowarzyszeń przedsiębiorców jak we Francji, gdzie działa i poważną rolę odgrywa MEDEF. Kolejnym krokiem okazać się może odrodzenie Powszechnego Samorządu Gospodarczego, który stałaby się partnerem władzy.

– Na razie jednak z partnerami społecznymi w Polsce dzieje się tak, że kiedy zniknęła Komisja Trójstronna nikt poza uczestnikami jej wielogodzinnych posiedzeń nie odczuł jej braku?

– Rzeczywiście zastąpiła ją Rada Dialogu Społecznego a państwo ani gospodarka bez niej się nie zawaliły. Żeby się zrozumieć i porozumieć, trzeba wiedzieć, o czym się mówi. W niedawnej kampanii rozmawiałem z politykiem. Mówi mi, że przedsiębiorcy chcą by podatki powinny być niskie. A ja na to: – Nie. One powinny być stabilne.

– Pewnie był zaskoczony?

– Mamy wzrost gospodarczy. Jeśli pominąć czas pandemii, kiedy wyhamowały wszystkie gospodarki świata – nieprzerwanie od ponad trzydziestu lat. Dogonimy niedługo Hiszpanię. Za tym rozwojem musi jednak nadążyć nasze wspólne myślenie. Nie wszystkie statystyki okazują się równie optymistyczne. Inwestujemy sześć razy mniej niż Niemcy w jedno miejsce pracy. W 2022 roku zainstalowano u nas 2,5 tys robotów przemysłowych. A w Niemczech w tym samym czasie aż 26 tys. Wiek XXI stanie się wiekiem technologii, tak jak wiek XX pozostał wiekiem handlu. 

– Co to oznacza dla praktyków gospodarki?

– W imieniu inwestorów mogę powiedzieć politykom: nie przeszkadzajcie nam. Wzrostu gospodarczego, którym się chwalimy, nie stworzyli politycy, tylko przedsiębiorcy i wszyscy pracujący Polacy. Zamiast marzyć o e-polonezie w Jaworznie, jak czyniła to poprzednia władza warto sobie uświadomić, ile niemiecki przemysł samochodowy inwestuje w wodór i “elektryki” i jaką to stanowi okazję dla polskich podwykonawców. Intel negocjuje z Niemcami budowę fabryki pod Magdeburgiem i prosi o dotację na nią w wysokości 10 miliardów euro rząd niemiecki, a my takie same pieniądze chcieliśmy wydać na kolejne lotnisko? Unia Europejska ma budżet w wysokości 15 miliardów euro na przyciąganie fabryk wysokich technologii, prezydent Joe Biden zapewnia na ten sam cel w USA cztery razy więcej, bo 52 mld dolarów. To przyciąga przemysłowców, którzy chcą być bliżej rynków zbytu, niż mają z Tajwanu czy Korei Pd. Minęły czasy, kiedy słowo przemysł mogło się wydać staroświeckie, wychodzące z mody. 

– Jak nadążyć za procesami, o których Pan mówi?

– Rozmawiam z inwestorami, coraz więcej z nich chce swoje środki przeznaczać na edukację. W Szwecji dla młodzieży w wieku 16-18 lat organizuje się w liceach szkolenia jak inwestować, co to jest ryzyko, na czym zarabiać. Między innymi dzięki temu Szwedzi mają najwyższy współczynnik inwestycji w rynek kapitałowy w Europie. Doskonale prosperują ich fundusze emerytalne. W Polsce dzieje się inaczej. U nas mówi się, że szkoła powinna uczyć jak zostać przedsiębiorcą.  Tylko… przedsiębiorcy nie kształcą się w szkole. Oni się rodzą z takimi zdolnościami, potem wzmocnionymi przez praktykę. Steve Jobs, jeśli o szkołę chodzi, był wyrzutkiem. Szkolić ze zrozumienia pieniądza i ryzyka trzeba przyszłych urzędników i pracowników wymiaru sprawiedliwości, żeby nabrali elementarnego szacunku dla przedsiębiorców, z których podatków przecież żyją, nie rzucali im kłód pod nogi, nie szukali niekorzystnych wykładni.

– To trochę tak, jakby piłkarz nie miał szacunku dla właściciela klubu, który mu pensję i premie wypłaca? Ale nałożyły się na taką postawę lata zacierania granicy między prywatnym a państwowym. Jak po latach pisowskiego etatyzmu i – nazwijmy to eufemistycznie “dosiębierności” partii rządzącej rozwiązać problem sreber rodowych, spółek Skarbu Państwa?

– Pierwszy mój projekt we Francji lata temu dotyczył restrukturyzacji stoczni. Chodziło o dwie z nich: jedna nie miała już zamówień na duże jednostki morskie a druga wciąż je znajdowała na jednostki rzeczne.

Zasugerowaliśmy wtedy, jedną z nich zamknąć  i poprowadzić linię autobusową dowożącą stamtąd ludzi do pracy do drugiej stoczni. Wtedy podszedł do mnie starszy pan. Pokazał: widzi pan ten dom. Od czterdziestu lat, jak w zakładzie wyje syrena, żona wie, że ma dziesięć minut na przygotowanie obiadu. A pan mi teraz chce to wszystko zabrać. Wtedy zrozumiałem, że każda reforma ma swoje koszty społeczne. Pyta Pan o srebra rodowe. Skarb Państwa może być dobrym właścicielem w branżach dających się wyliczyć na palcach jednej ręki. To kolej, energetyka w tym elektrownie i linie przesyłowe, lotniska. Spółki strategiczne nie dlatego, że ktoś je może zbombardować, tylko z tego powodu, że nie są zawsze dochodowe, ale są niezbędne. Słynne jest powiedzenie amerykańskiego sędziego, że ludzie płacą podatki, bo kupują za to cywilizację. Jeśli chodzi o resztę spółek Skarbu Państwa osiągających zyski w sektorach, gdzie działa konkurencja najlepsze byłoby  wprowadzenie ich na giełdę, tak aby ich zyski zainwestowane zostały w fundusze emerytalne. W ten sposób powstanie akcjonariat obywatelski. Niezbędny jest też zakaz koncentracji. W wypadku kto go przekroczy ten straci dywidendę i  prawo głosu na walnym zgromadzeniu. W USA w wybranych sektorach inwestor zagraniczny lub duży krajowy musi mieć zgodę Kongresu. Pomijam fakt, że wiele trzeba po prostu sprzedać. Bo są za małe

– Po praktykach ostatnich kilku lat zawsze warto zadać pytanie nie o to, czego szuka w spółkach Skarb Państwa, tylko czego tam robić nie powinien?

– Wielkie spółki Skarbu Państwa nie powinny tracić pieniędzy, naszych, podatnika. Chodzi zarówno o zasilanie instytucji bliskich partii rządzącej, jak chybione inwestycje Orlenu. TVP za poprzednich rządów organizowała najbardziej komercyjną imprezę, jaką tylko można sobie wyobrazić: Sylwestra w Zakopanem. Stacje prywatne jak TVN czy Polsat działają na podstawie koncesji – , która nakłada na nie obowiązek nadawania informacji a także wymóg, żeby pozostawała rzetelna i obiektywna. Wiemy, jak to wyglądało w TVP w poprzednich latach.

W warunkach koncesji każdej stacji zapisane jest, co powinno się znaleźć w programie: edukacja, informacja, rozrywka. Tymczasem stacja nominalnie publiczna porywa się na największe komercyjne widowisko niskiej w dodatku jakości. Pokazało to, jak traktuje swoją misję. Z kolei PKP obniża ceny biletów na krótkich dystansach, przez co robi się tłok w pociągach dalekobieżnych, kosztem komfortu tych, co zapłacili za przewóz normalną stawkę. Podobnie w wypadku LOT powraca pytanie, czy państwo musi mieć swoje udziały w liniach lotniczych, czy wystarczy, że w jego gestii są lotniska i zasady bezpieczeństwa w powietrzu, których powinno strzec. Zawsze ładnie jest powiedzieć lub usłyszeć: nasz narodowy przewoźnik. Ale nie tylko na pakiecie właścicielskim odpowiedzialność państwa polega. 

– Ale w sytuacjach kryzysowych nikt państwa nie zastąpi?

– Air France czy Lufthansa, kiedy zaczęła się w pandemia, która przy zachowaniu rachunku czysto rynkowego zrujnowałaby linie lotnicze ze względu na niezbędne ograniczenia możliwości podróżowania – dostały pomoc od państwa francuskiego i niemieckiego. Niemcy kupiły nawet akcje Lufthansy, ale gdy zagrożenie minęło – po prostu je sprzedały. Tak to działa w najzamożniejszych państwach świata. Podobnie było z bankami w Wielkiej Brytanii, Szwecji, USA w czasach kryzysu. Dostały państwową kroplówkę na czas kryzysu w latach 2007-08, ale potem zostały z powrotem skomercjalizowane. Państwo może wspierać rynek, ale nie może go zastępować..

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 20

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here