Mamy serię zagadkowych pożarów w Warszawie. Za to politycy nie palą się do roboty. W kwestii bezpieczeństwa obecnie rządzący zwalają odpowiedzialność na poprzedników i odwrotnie. Wokół zgody na to, że jego stan jest zły, nie da się więc budować. Zaś stan wyspecjalizowanych służb bulwersuje, skoro ci, którzy mają nas obronić, kłamią otwarcie.

Grożący nam pożar przestał być metaforą, nadużywanym środkiem stylistycznym, odkąd w odstępie kilkunastu godzin zapaliła się, w wielu miejscach równocześnie, handlowa hala przy Marywilskiej, a później składowisko odpadów przy Moście Siekierkowskim. W stolicy Polski liczymy dziś nie wydatki na obronność, chociaż rząd, Sejm i prezydent tu mają siedzibę, ale wskazania urządzeń, mierzących toksyczność powietrza, które wdychamy. Wszyscy i tym razem bez różnic: rządzący i rządzeni.

Każdy z nas może na zdjęciach z Marywilskiej, gdzie spłonęła hala z 1400 sklepów, obejrzeć sobie mężczyznę z pistoletem w ręku. Kto w wojsku służył, rozpozna nawet techniczny typ “klamki”, jak to “przedłużenie ręki” zwykli w slangu nazywać fachowcy. Tymczasem z oficjalnych wypowiedzi przedstawicieli policji wynika, że nic z tego, co na fotografii oglądamy, w rzeczywistości nie miało miejsca. Ktoś miał za paskiem broń, ale był w towarzystwie mamy. W dodatku broń okazała się tylko zabawką tego całkiem dużego, bo dobiegającego już trzydziestki chłopca. Wylegitymowano go więc i puszczono. Tak tłumaczy się policja 40-milionowego państwa, mającego ambicję dorównania Hiszpanii w Unii Europejskiej zaś w Sojuszu Atlantyckim odegrania roli lidera strategicznej “wschodniej flanki”. 

Śmieszno i straszno, powiedzieć można w języku tych, co Marywilską kazali podpalić, bo nie da się uwierzyć, że w kilku czy kilkunastu miejscach zapłonęła sama z siebie.  Rewolwerowca z Marywilskiej nie zgarnięto, bo był z matką: tyle, że pełnoletni, skoro liczy sobie 27 wiosen. Przypomina się reklamówka filmu “Bad boy” Patryka Vegi, w której główny bohater odgrywany przez Antoniego Królikowskiego lider handlujących dragami kiboli zapewnia: – Jestem grzecznym chłopcem, mój kurator może zaświadczyć.

Trudno utrzymać powagę, gdy widzi się, że jedna z opiniotwórczych i ogólnopolskich stacji radiowych głównego nurtu, reprodukując w swoim serwisie internetowym wykonane przez fotoreportera PAP zdjęcie rewolwerowca… przesłoniła mu twarz, żeby jak rozumiem nie naruszyć jego prawa do prywatności ani dóbr osobistych. Gdyby w USA cywil wymachujący pistoletem pojawił się niekoniecznie nawet w chwilę po tragediii blisko ruin World Trade Center ale przy gaszeniu zwyczajnego pożaru – zostałby bez ceregieli “zdjęty” przez snajpera, jeśli znów posłużyć się żargonem tych służb, co w Ameryce działają jak należy, za to u nas pozostają niewidoczne. 

Zaraz przychodzą jednak do głowy słowa niedawno zmarłego mistrza pisującego po czesku i francusku, Milana Kundery: Nikt się nie będzie śmiał.  

                                         Jak Francuzi wygrali z wojną hybrydową terrorystów

Pamiętam też z hali targowej, ale w Paryżu, gdzie przebywałem jako student, obławę doborowych oddziałów policji nie na terrorystów bynajmniej, nie na złodziei nawet, lecz na zwyczajnych paserów. Chłopcy z CRS, przy których ich rówieśnicy z ZOMO w naszym rządzonym jeszcze wtedy przez komunistów kraju prezentowaliby się niczym ofermy batalionowe i zgraja kurdupli, okrążyli całe piętro i nie przeszkadzając nikomu w robieniu zakupów otoczyli grupkę śniadych nastolatków sprzedających w przejściu nie swój magnetofon. Po czym zakuli ich w kajdanki, pomimo braku oporu i popychając ich, ale nie bijąc wyprowadzili na zewnątrz, utwierdzając tą akcją przekonanie francuskich podatników, że obywatele nie marnują swoich pieniędzy.

W tym samym roku 1987 podziwiałem spokój z jakim przywiązani do swobód demokratycznych Francuzi poddawali się cierpliwie kontrolom pirotechnicznym przy każdym wejściu do metra (a jest ich tam dziesięć razy więcej niż teraz w Warszawie) i supermarketu. Nie tylko do gmachów rządowych i muzeów. Działo się to po wzmożonej fali zamachów terrorystycznych, Francuzi – wie o tym każdy, kto się z nimi zetknął – zawsze się dokądś spieszą. Ale na przechodzenie przez bramkę i prześwietlenie niemal przykładanym do ciała detektorem przystawali bez sarkania w imię bezpieczeństwa własnego i ogółu. 

Francja swoją wojnę z terroryzmem międzynarodowym wygrała. Tamtejszy wróg publiczny, sprawca zamachów na dworcach kolejowych oraz w bistro na Polach Elizejskich, Ilich Ramirez Sanchez (imię postępowi wenezuelscy rodzice z klasy średniej nadali mu takie, by nawiązywało do “otczestwa” Włodzimierza Lenina) zwykle zwany w skrócie  Carlosem a czasem Szakalem przez analogię do bohatera Fredericka Forsytha – po kilkudziesięciu latach powrócił z Afryki do kraju, w którym dokonywał swoich zbrodni: rejsem specjalnym z Chartumu, w kajdankach i z workiem na głowie. Wspólna akcja najsprawniejszych w świecie francuskich służb specjalnych DST i elizejskiej dyplomacji doprowadziła bowiem do momentu, w którym rządząca Sudanem islamska junta zdecydowała się na gambit. Poświęciła nadużywającego jej gościny Ramireza Sancheza, bo okazał się rezydentem pasożytniczym, wyłącznie upijającym się w nielicznych dostępnych w państwie szariatu barach (ze skłonności do alkoholu zasłynął nawet w trakcie studiów na moskiewskim Uniwersytecie im. Patrice’a Lumumby, skąd zresztą go wyrzucono)  – i wyekspediowała go pospiesznie do Paryża w stanie już opisanym, w zamian za nie objęte embargiem dostawy broni na wojnę z chrześcijańskim południem kraju oraz pomoc oficjalnie humanitarną, ale w praktyce dającą się rozkraść tak, by zadowolić miejscową oligarchię i służby. Zaś Carlos dokonuje swego występnego żywota we francuskim więzieniu, nie uzyskując zwolnienia warunkowego nawet po zawarciu małżeństwa z tamtejszą adwokatką, mecenaską równie postępową jak niegdyś jego rodzice, co mu imię na cześć Lenina nadali. Niedawno zasądzono mu trzeci kolejny wyrok dożywocia, bo na jaw wyszło jego sprawstwo w kolejnym zamachu.      

                                                       Żeby nocny stróż się nie wyłgiwał

Do przetrwania wojny hybrydowej, jaką toczą nie tylko z nami, ale z całym wolnym światem dyktatury kremlowska i mińska niezbędne są nie gromkie hasła, których słyszymy wciąż nadmiar, na pewno też nie ustępowanie we wszystkim sojusznikom ukraińskim – od tranzytu zboża po ściganie na naszym terenie uchylających się od służby wojskowej współbraci. Nie ma co liczyć, że z dnia na dzień, tylekroć rujnowane przez polityków polskie służby specjalne czy dyplomacja osiągną poziom francuskich. Lepiej wyznaczyć sensowny plan minimum. Jeśli państwo ma skutecznie chronić obywateli, musi zachować elementarną powagę wobec zagrożeń. Łgarstwa i operetkowe wypowiedzi naszych rodzimych służb podobnie jak ich nieudolność (wypuszczenie Tomasza Szmydta na Białoruś i to najprostszą drogą przez przejście Terespol/ Brześć) oszczędzają bowiem z kolei podwładnym Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenki połowy roboty w toczącej się wojnie hybrydowej. 

Polacy przyczynili się w oczywisty sposób do zwycięstwa wolnego świata w zimnej wojnie – poprzez fenomen dziesięciomilionowego ruchu społecznego Solidarności i aktywność Jana Pawła II a wreszcie kolejny pokojowy zryw społeczeństwa przy urnach wyborczych 4 czerwca 1989 r, czego 35. rocznicę niebawem przyjdzie nam obchodzić. Oczywiście mamy prawo liczyć na pomoc innych, ale też musimy pamiętać, jak często się na nich zawiedliśmy: nie trzeba sięgać aż do Jałty, wystarczy przypomnienie, jak prezydent Stanów Zjednoczonych Ronald Reagan w 1981 roku nie przestrzegł swoich przyjaciół z Solidarności przed planami wprowadzenia przez komunistów stanu wojennego, chociaż za sprawą wysiłku płk. Ryszarda Kuklińskiego znał datę, kiedy to nastąpi.

Zagrożenie nie jest iluzoryczne, zamawianie go w znachorskim stylu sytuacji nie poprawi. Wcześniej czy później przyjdzie się z nim realnie zmierzyć. Od kilku lat społeczeństwo polskie, o czym świadczy brak paniki i skuteczna pomoc wzajemna podczas pandemii a następnie ofiarne wspieranie uchodźców ukraińskich w największej od zakończenia II wojny światowej akcji humanitarnej – okazuje się mądrzejsze i sprawniejsze od rządzących. Jednak Polacy nie obronią się sami, to stwierdzenie trywialne. Nie mieści się to w zasięgu możliwości nawet najlepiej zorganizowanego społeczeństwa obywatelskiego i nawet duma z 15 października ub. r. tej prawidłowości nie zmieni. Nawet zwolennicy drastycznego ograniczenia funkcji państwa – wypełnianie roli nocnego stróża jednak mu pozostawiają. 

Bagatelizowanie kolejnych pożarów, wybuchających dzień po dniu, a ściślej w południe po nocy (Hala Marywilska i składowisko odpadów przy Moście Siekierkowskim) czy zaprzeczanie dostrzegalnym nawet na fotografiach zdarzeniom, wreszcie ośmieszające działania – jak wylegitymowanie osobnika, co pistoletem wymachiwał, zamiast natychmiastowego obezwładnienia go, skucia i zatrzymania – nie zbuduje poczucia bezpieczeństwa nawet u samych decydentów. Podobnie jak przerzucanie odpowiedzialności na poprzedników, chociaż nie ulega wątpliwości, że za rządów PiS dokonała się bezprzykładna destrukcja służb specjalnych a sporo środków, które posłużyć mogły bezpieczeństwu państwa, zmarnowano i roztrwoniono na szwejków z obrony cywilnej Antoniego Macierewicza.  Nie chodzi jednak o inwentaryzację gruzów lecz jak najszybszą odbudowę gmachu. Alternatywą pozostają zgliszcza, jak na Marywilskiej.     

Minister spraw wewnętrznych, który miał zająć się przywróceniem prawnych podstaw działania obrony cywilnej, bo pisowska ekipa nawet w tym zakresie nas bezbronnymi uczyniła, że je zlikwidowała – otóż wspomniany szef resortu Marcin Kierwiński dopiero co ustąpił ze stanowiska, wybierając się po pół roku jego sprawowania do Parlamentu Europejskiego: tak można rzecz określić, skoro sekretarz generalny PO przyznał sobie jedynkę na warszawskiej liście Koalicji Obywatelskiej, z miejsce z pewnością “biorące” jak w swoim brzydkim żargonie nazywają to politycy. Pozostaje wierzyć, że nowy szef MSW, Tomasz Siemoniak, o obietnicach poprzednika nie zapomni.

Po co zaś nam obrona cywilna, mieliśmy okazję się sami przekonać w ostatni weekend w Warszawie. Każdy, kto nie ma akurat kataru, sam mógł poczuć. Zwłaszcza w północnych rejonach Warszawy, ale też okolicach Siekierek, a w obu tych okolicach skupia się nowe budownictwo mieszkaniowe. W porównaniu z telewizyjnym przekazem pokazującym zniszczenia osiedli na Ukrainie, to wciąż jeszcze niebezpieczeństwo niewielkie. Jednak wojna hybrydowa polega również na testowaniu, jak daleko w walce z demokratycznym i wolnym światem posunąć się mogą wschodnioeuropejskie dyktatury. Eksperci od dawna sygnalizowali, że podobne ich akcje nastąpią. Nie ma więc po co czekać, aż sprawców złapie się za rękę. Dalece ważniejsze wydaje się przekonanie ich zleceniodawców, że żadnego celu w ten sposób nie osiągną. Fakt, że Polacy nie wpadają w panikę, zdecydowanie potwierdza taką możliwość. Znów więc pozostaje rządzącym dostosować się do dojrzałości społeczeństwa. Podobnie jak tyle razy wcześniej: przy pandemii koronawirusa, w trakcie pierwszej fali napływu wojennych uchodźców z Ukrainy, wreszcie w czasie, gdy na Polskę spadały rakiety wystrzelone ze Wschodu. Wystarczająco wiele okazji, by władza nauczyła się jak należy reagować. Zwłaszcza, że w międzyczasie zmienili się sternicy państwa, do czego bezradność ich poprzedników wobec zagrożeń wydatnie się przyczyniła.    

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 9

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here