Pan Jezus odwiedza Górny Śląsk

0
229

Polska kojarzona jest w świecie z Janem Pawłem II, a po nim dopiero z Lechem Wałęsą, i pomimo postępującej laicyzacji wciąż uchodzi w Europie za kraj katolicki. Tym bardziej zdziwić się można, że na pierwszą sensowną współczesną powieść, której bohaterem jest ksiądz a fabułą religijne przeżycia – przyszło czekać równe 70 lat, bo tyle upłynęło od publikacji “Ładu serca” Jerzego Andrzejewskiego do I wydania “Epifanii wikarego Trzaski” Szczepana Twardocha. 

Tematem osobnym okazują się wznowienia książek w formie “wydania drugiego poprawionego”, wygrywające konkurencję z produkcją całkiem premierową. Tak było z przypomnianą w tym roku i skorygowaną “Katedrą” Jacka Dukaja, co jednak tłumaczy się faktem, że jej premierę dostrzegli głównie – czasem kosztem filozoficznego przesłania amatorzy science fiction, temat zaś ożywiła ekranizacja Tomasza Bagińskiego, która otarła się o Oscara.

U Twardocha również główną postacią jest ksiądz, tyle, że nie mknie on przez galaktyki jak jezuita w futurologicznym świecie Dukaja, lecz w górnośląskiej wsi użera się z własnym proboszczem, gospodynią i parafianami oraz nauczycielkami, bo przecież w Polsce po przełomie ustrojowym duchowny stał się również uczestnikiem życia szkoły a niekiedy także jedynym zatrudnionym w tym zakładzie pracy mężczyzną. 

Bohaterowie od banału dalecy

Seminarium kończył w Warszawie, trafił do skromnej wiejskiej parafii. Dzień zaczyna się dla niego od troski, jak zabezpieczyć sobie kiełbasę na śniadanie: zostały jej w parafialnej lodówce tylko dwa kawałki, stąd obawa wikarego, że gospodyni oba wkroi do jajecznicy smażonej dla proboszcza, o nim samym zapominając. Przezornie zabiera jeden a drugi pozostawia. To jednak z pewnością tylko grzech powszedni.

Ironista Twardoch zaskakuje nas tym, że bohaterowie przy słabościach i śmiesznostkach okazują się nie tylko dobrzy ale i od banału dalecy. Każdy miałby do opowiedzenia historię, która skrywa tajemnicę. Pokrzykująca w śląskim dialekcie na obu księżulków i faktycznie rządząca plebanią gospodyni jako czternastolatka przeżyła wkroczenie żołnierzy radzieckich do rodzinnej wsi, którym naprzeciw wyszła jej matka, po to, żeby ją samą uratować. A potem jako młoda dziewczyna – katastrofę w kopalni, która zabrała jej ojca ale też i chłopaka, co miał się z nią ożenić. Dlatego znalazł się wśród tych, co fedrowali w niedzielę, bo chciał na nowy dom dla niej zarobić. Kara Boska? Wolnego, pojawi się ktoś, kto bardziej kompetentnie będzie mógł się wypowiedzieć na ten temat, i każdy inny co luźno nawet z Panem Bogiem pozostaje związany.

Tytułowa epifania to bowiem objawienie.

Skromność i cierpliwość wikarego, którego listę grzechów wyczerpuje podbieranie proboszczowi kiełbasy i nadmierne – zdaniem tego ostatniego, bo przy tym kosztowne dla parafii – korzystanie z internetu, zostaną pewnej nocy nagrodzone.

Odwiedzą go niezwykli dwaj goście. To Jezus i jego archanioł. Zaś od tego momentu, jak u Alfreda Hitchcocka napięcie stale rośnie.      

Pamiętamy słynny film “Chrystus zatrzymał się w Eboli”. Tym razem Pan Jezus postanawia, samowtór, jak mawiano w czasach, kiedy takie nawiedzenia mniej szokowały, odwiedzić śląską wieś. Skłoni to ludzi szlachetnych do dobrych działań, zaś tych zdemoralizowanych do rozlicznych podłości.

Charyzma, co złych i dobrych pobudza do działania

Emigrant, co dorobił się “w Reichu”, gdzie teraz prowadzi biuro turystyczne, rychło, żeby wesprzeć ziomali, podstawi za darmo autobus ze swojego parku maszynowego, żeby ksiądz łatwiej mógł wraz z nieodłączną już świtą dojechać do szpitala w oczywistym w tym wypadku celu: uzdrowienia chorych. Chociaż widać dobro w tej śląskiej wsi nie zaczęło się wraz z chwilą, gdy zawitał tam Pan Jezus, skoro beneficjentem świeżych księżowskich zdolności okazuje się bezdomny, przygarnięty uprzednio przez jednego z gospodarzy i zatrudniony przez niego jako parobek. Gdyby chłop intruza wypędził, niczym Ślimak z “Placówki” swojego pracownika, zamarzłby on niechybnie w polu.

Ruszą się zarówno: żurnalistka prasy antyklerykalnej, traktująca wydarzenia w śląskiej parafii jako okazję do krytyki ciemnoty i klerykalizmu, jak rodzony brat księdza, związany z kolei z “łże-prawicą” typu pisowskiego i uciekający się w trakcie wizyty w kurii do szantażu lustracyjnego, byleby swój cel kosztem tegoż brata osiągnąć. Obok Abla musi być przecież i Kain. Nawet jeśli pobiją go przykładnie, gdy tylko nieproszony pojawi się na plebanii, uwielbiający księdza miejscowi nastolatkowie.  Wikary zresztą nie idealizuje ani swoich parafian ani młodzieży, której podaje katechizm: tę drugą dzieli w myślach, też od grzechu nie wolnych, na nastoletnich bandziorków i lolitki. Chociaż do ich serc znajdzie dostęp łatwiejszy niż do internetu, bo surfowanie po sieci – o czym była już mowa – limituje mu pazerność księdza proboszcza.

Dalej jednak –  rzec wypada – niech już opowiada sam Twardoch, a ściślej narrator “Epifanii wikarego Trzaski”. Jak łatwo się domyślić – wszechwiedzący, skoro chodzi o obecność Pana Jezusa w świecie. Trudno zdradzać zakończenie, bo chociaż to nie kryminał, rzecz okazuje się nadzwyczaj ciekawa i trzymająca w napięciu nie tylko studentów filozofii czy teologii a także kleryków z seminarium, których tym razem, inaczej niż “Morfiną” czy “Królem” Szczepan Twardoch szczególnie nie zgorszy. Nie zawiedzie nas ta historia, z pewnością. 

Nic już jednak w tej książce nie okaże się ostatecznie takie, jakim się wydaje na początku. Bo też pisarz Szczepan Twardoch więcej niż przedwojennemu jeszcze “Ładowi serca” Jerzego Andrzejewskiego zawdzięcza Georgesowi Bernanosowi i jego “Pod słońcem Szatana”, którego wizjonerska ekranizacja autorstwa również francuskiego reżysera Maurice’a Pialata otrzymała w późnych latach 80. Złotą Palmę canneńskiego festiwalu, zwykle nie przyznawaną przecież filmom tak trudnym, że dla masowego odbiorcy zapewne niezrozumiałym. Ten jeden jedyny raz jury zrobiło wyjątek. Miałem okazję “Sous le soleil de Satan” oglądać w kinie na paryskich Polach Elizejskich w trakcie studenckiego lata 1987 r, a był to rok zarówno premiery jak nagrody w Cannes. i zapamiętałem, jak nawet po zakończeniu projekcji widzowie nie wstawali jeszcze przez chwilę z foteli, jakby wciąż to, co zobaczyli, rozpamiętywali. Dramat przez Bernanosa opisany a za sprawą Pialata po mistrzowsku zinterpretowany rozgrywa się na francuskiej wsi, sceneria “Epifanii wikarego Trzaski” chociaż na naszym Górnym Śląsku zlokalizowana, bardzo ją przypomina.   

Nawet przyjście Pana Jezusa Twardochowi nie wystarczy, nie pisze przecież czupurny autor “Wiecznego Grunwaldu” żadnej opowieści budującej, z nadzieją, że ją PiS po powrocie do władzy decyzją Przemysława Czarnka włączy niby grafomanię jakiegoś Rymkiewicza, Wencla czy Horubały lub Polkowskiego do kanonu lektur obowiązkowych.

Wiemy, że tak się nie stanie. Za to do gry włącza się rzeczywiście… diabeł. I nie będzie to wcale, jak w “Mistrzu i Małgorzacie” maestra Michaiła Bułhakowa czy “10 godzinach” naszej nieodżałowanej Marii Nurowskiej (inspirowanych sprawą skazania bohatera Solidarności Józefa Piniora, tego co uratował dla Związku znane z filmu 80 milionów, za korupcję za rządów PiS, a zaiste diabelska to była intryga), w każdym razie rzeczony książę piekieł nie okaże się wcale w zgodzie z tradycją “Fausta” Johanna Wolfganga Goethego siłą, co zła pragnąc, dobro czyni. Ale diabłem wcielonym, niczym u wielkich moralistów katolickiej literatury francuskiej z przywoływanym tu już Georgesem Bernanosem na czele. 

Skoro zaś rzecz dzieje się na Śląsku, nie zaskoczy nas zapewne, że zasadniczy wpływ na bieg zdarzeń zyskają górnicy za sprawą wyniesionego ukradkiem z kopalni materiału wybuchowego. 

Całą natomiast opowiedzianą nam przez Twardocha historię trafnie podsumuje starszy proboszcz, któremu w pierwszym epizodzie powieści przybyły rok wcześniej z Warszawy młody wikary, intelektualista zaraz po seminarium, dyskretnie podbiera przygotowaną do jajecznicy na śniadanie kiełbasę. Jak to na plebanii w Drobczycach bywa… Tenże pleban w rozmowie nie z wójtem ani panem, lecz reporterką para-urbanowych “Fikcji i Mitów” powie:

“- Kiepski ze mnie ksiądz, bo przestraszyłem się rzeczy, których nie mogłem zrozumieć. A mądry ksiądz przecież wie, że nie wszystko musi zrozumieć” [1].

Postarajmy się więc zrozumieć z tej zawiłej i niepowtarzalnej opowieści jak najwięcej…

Na ile wystarczy nienawiści i innych brzydkich uczuć

Jeśli zaś coś w tej śląskiej historii dobra i zła wydać się nam może fantazją przesadną i typowo Twardochowym udziwnieniem w stylu słynnych już interludiów z wielorybami w toku akcji dziejącego się w przedwojennej i pozbawionej dostępu do morza Warszawie “Króla” – przypomnieć można, jak na niedawną rocznicę masakry oddających życie za Solidarność górników z katowickiej Kopalni Wujek władza, też odwołująca się do solidarnościowej tradycji, nawet z poparciem żałosnej resztówki dumnego niegdyś związku i z premierem – rodzonym synem legendarnego lidera Solidarności Walczącej Kornela, Mateuszem Morawieckim – z zimną krwią zdecydowała o likwidacji w niedługim czasie całego polskiego górnictwa. W chwili, gdy reszta zjednoczonej Europy do węgla powraca, obawiając się kremlowskiego szantażu surowcowego. Ten z życia publicznego wzięty przykład czyni demonologię Twardocha… całkiem łagodną. I potwierdza przy tym jego tezę o roli diabła w historii. Także tej najbardziej współczesnej. Tak jest z “Epifanią…”, że z czasem przestajemy się udziwnieniom fabularnym… dziwić.

Kupujemy reguły, rządzące powieściowym światem. Tak jak “w realu” nie szokują nas już wcale górnicy głosujący masowo, jak w tym roku, na liberałów, o czym zapewne nawet Margaret Thatcher marzyć nie śmiała, ale co okazuje się zrozumiałe, skoro wcześniej zdradzeni zostali przez własnych chociaż sprzedajnych związkowych przywódców. 

Happy endu nie będzie, jeśli do Twardocha wracamy, ale jakiś jego pozór w finale powieści odnajdujemy:

“Nienawiści Małgosi zostało akurat tyle, żeby ten tekst napisać, ale zabrakło już na to, żeby go wysłać do redakcji” [2]. Żałować tylko wypada, że podobne zachowania nie stają się udziałem działających w realu a nie w świecie fikcji powieściowej głównych hejterek obu zwalczających się obozów: Agnieszki Kublik i Doroty Kani. Ale odłóżmy żarty na bok. To poważna historia przecież, chociaż nie bez humoru nam opowiedziana. Twardoch bowiem, w odróżnieniu od obu wymienionych wystukiwaczek inwektyw na klawiaturze, wydaje się szczerze lubić nie tylko własnych bohaterów ale i czytelników.   

Historia to poważna, chociaż oczywiście nawrócenia nie zwiastuje. Zarzucano czasem Twardochowi efekciarstwo (recenzenci “Dracha” porównywali go nawet z autorem popkulturowych wyciskaczy łez Januszem Wiśniewskim), ale wzruszających happy endów nam oszczędza, o czym świadczy jeden z zamykających książkę dialogów:

“- Może chciałaby się pani wyspowiadać – zaryzykował po chwili proboszcz.

Małgosia obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem.

– Chyba ksiądz zwariował – zaśmiała się” [3].

Nie przypadkiem – bo te akurat Twardochowi się nie zdarzają, podobnie jak wytrawnemu szachiście klasy Magnusa Karlsena czy naszego na w pół rodaka Jana Niepominaszczego – powieściowa żurnalistka nosi imię to samo, co bohaterka słynnego dzieła Michaiła Bułhakowa.

Ta historia nie kończy się zresztą, ona trwa. Pozostaje wrażenie, że sam Twardoch siłuje się z Bogiem niczym jego bohaterowie albo z nim przekomarza. Jak każdy erudyta wie, że na początku było słowo a innego końca świata nie będzie.

Swego czasu, gdy Andrzej Krzepkowski (pod pseudonimem: Aleksy Dalcz) w “Umierających i zmartwychwstałych” zaserwował  czytelnikom pełnokrwisty happy end w postaci nawrócenia wyjątkowo grzesznej baby przez księdza, którego postać wzorował, niezbyt niestety udolnie, na Jerzym Popiełuszce – ówczesny rzecznik rządu Jerzy Urban, zresztą za śmierć męczennika Solidarności pośrednio odpowiedzialny jako autor dziwiących się jego domniemanej bezkarności publikowanych pod pseudonimem felietonów, co miało popchnąć do działania kapitana Grzegorza Piotrowskiego i jego kompanów – wykpił całą tę konstrukcję literacką, sugerując, że podobne śmieci w drugim obiegu przeważają, do czego słabość literacka zamierzenia wydatnie się przyczyniła. Z kolei niedawny atak założonej przez protegowanego tegoż Urbana, Mariusza Waltera – rekomendowanego przez niego w 1983 r. do zespołu propagandowego przy wicepremierze i generale Czesławie Kiszczaku – stacji TVN na dobrą pamięć o Janie Pawle II na podstawie pożółkłych esbeckich kwitów dowodzi tego, jak doskonale Twardoch, jeśli użyć języka młodszych jego czytelników, czai temat…   Karma powraca, a wraz z nią złe emocje.

Prywatna teologia Twardocha wydaje się również przed nimi stanowić skuteczną zaporę.

Nie budzi wątpliwości, po czyjej stronie pisarz staje, gdy zajmuje się aktywnością diabła w historii i współczesności. Nawet jeśli przy okazji popełnia grzech herezji manichejskiej, który zapewne wypomnieliby mu bezduszni biurokraci z kurii, jakich poznajemy w “Epifanii wikarego Trzaski”. Nam pozostanie raczej żal, że piękna historia o odwiedzinach Pana Jezusa nie wytrzyma konfrontacji z rzeczywistością i nikt nie okaże się w niej tym, za kogo się podaje.

[1] Szczepan Twardoch. Epifania wikarego Trzaski. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023. wyd. II zmienione, s. 212
[2] ibidem, s. 217
[3] ibidem, s. 221 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 11

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here