Pożegnanie dr Wandy Łukaszewicz

Egzamin u niej z ekonomii uchodził za najtrudniejszy w całym toku studiów na… polonistyce. Ale też w jego trakcie dr Wanda Łukaszewicz jako jedyna z wykładowców spytała mnie, co zamierzam w przyszłości w życiu robić. Zwykle przyszłe losy studentów nie interesowały egzaminatorów z pozornie bardziej humanistycznych dziedzin wiedzy. W trudnych czasach zajęcia z nią miały prestiż: kojarzyły się z dobrym studiowaniem, z akademicką wspólnotą.

Dr Wanda Łukaszewicz z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego zmarła w wieku 92 lat. Naukowo zajmowała się głównie historią gospodarczą ale studentom dała się zapamiętać jako dydaktyk: egzaminatorką pozostawała wymagającą i sprawiedliwą. Wykładała nam ekonomię a nie marksizm.

Nie był to najłatwiejszy kawałek chleba, bo studenci pierwszego roku polonistyki, zwłaszcza zamiejscowi, mieli jeszcze wiele nawyków rodem ze szkoły średniej. Z wagarami włącznie. Zaś tygodniowy plan zajęć ułożono tak niefortunnie, że w środę po wychowaniu fizycznym o 8 rano – przypadało potem wielogodzinne “okienko”, wreszcie wykład z ekonomii politycznej w jednej z sal Auditorium Maximum o 13,15 i dopiero późnym popołudniem jakieś językoznawcze zajęcia bardziej z profilem studiów związane. Jak nietrudno więc odgadnąć, wielka sala “Audi-Maksu” świeciła zwykle pustkami, ale dr Wanda Łukaszewicz zapewne trafnie oceniając, że wypełnić się jej i tak nie da, nikogo do udziału nie zmuszała, chociaż wedle planu studiów wykład był obowiązkowy. Puszczała więc tylko w obieg jakąś listę obecności, której później nie weryfikowała. Słuchać jednak było warto.

Spółka dla Celów, które Zostaną Ujawnione Później

Do dziś pamiętam wiele barwnych przykładów, jakie miały ekonomię przybliżyć studentom humanistycznego kierunku. Niektóre z nich po latach przychodziły mi do głowy w trakcie rozmów z politykami w kolejnych kampaniach wyborczych. Kiedy opowiadała nam o Kampanii Wschodnio-Indyjskiej i wpływie kolonializmu na rozwój gospodarczy metropolii, wskazywała, że w londyńskim sądzie zarejestrowano wtedy firmę o nazwie: Spółka dla Celów, które Zostaną Ujawnione Później. Nie indoktrynowała nas w ogóle, a o fakcie, że nasza wykładowczyni należy do komitetu uczelnianego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej dowiedziałem się nie z zajęć, lecz z przeszklonej gabloty “przewodniej siły narodu” na uniwersyteckim dziedzińcu, gdzie umieszczono pełny skład tego gremium. Nie ukrywała wprawdzie sympatii dla strajkujących przeciw rządowi Margaret Thatcher brytyjskich górników – trwał rok akademicki 1984/85 – ale nie omijała też tematów tak kontrowersyjnych, jak realizacja pierwszej pięciolatki w stalinowskim ZSRR, okupiona licznymi ofiarami.

Zaś wśród pytań egzaminacyjnych – o czym będzie jeszcze mowa – znajdowały się tak aktualne jak o założenia ówczesnej reformy gospodarczej, tyleż anemicznie co daremnie wprowadzanej przez ekipę gen. Wojciecha Jaruzelskiego. I w tym wypadku ważne były kierunki i liczby, a nie bieżące sympatie.

Ponieważ jednak wiedza z tych wykładów wystarczała do zdania egzaminu, których uchodził za trudny, a o frekwencji w “Audi-Maksie” była już mowa – notatki z nich były w cenie. Sporządzone przeze mnie obsługiwały całą grupę dziekańską. Chociaż dostęp do kserografu w Orwellowskim 1984 roku pozostawał kwestią strategiczną, bo w dobie rozwijającego się drugiego obiegu w zakładach pracy zawiadywali tym funkcjonariusze służby bezpieczeństwa – ktoś znalazł jednak własne dojście i odbił całość moich zapisków.

Okazało się to skuteczne, skoro ekonomii nikt z mojej grupy nie oblał. Notatki dosłownie wyrywano sobie z ręki, czasem prosząc mnie nawet o interwencję, że jedna czy druga koleżanka za długo je przetrzymuje: mówiłem wtedy korzystającym z nich, że muszą się dogadać między sobą. Zapiski z tych wykładów przydały się po kilkunastu latach raz jeszcze – mojemu koledze do zdania egzaminu na studiach doktoranckich, chociaż nie tylko szczebel nauki był już inny, ale i ustrój też… Ucieszyłem się wtedy, że puszczając w obieg kopie, oryginały zachowałem dla siebie. 

Oskar Lange zdaje piątego dnia

Szacunek dla dr Wandy Łukaszewicz musiał być ogromny, skoro nawet psikusy studenteria płatała jej… z klasą. Kiedy wywieszono listy na egzamin u niej, na ostatnim miejscu piątego dnia wśród przyszłych zdających pojawiło się wpisane wersalikami nazwisko: OSKAR LANGE. To z podręcznika tego nieżyjącego już wówczas nestora socjalistycznej ekonomii zgłębiało się tajniki tej królowej nauk. Poznawały je tą drogą kolejne nie tyle nawet roczniki, co pokolenia studentów. Nie wiedzieliśmy z góry, że okażemy się ostatnim z nich. Zresztą Oskara Langego ceniono nie tylko w KC PZPR, którego kiedyś był członkiem, ale również na uniwersytetach amerykańskich (z renomowanym Stanfordem w kalifornijskiej Dolinie Krzemowej na czele), w Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz w Trzecim Świecie, gdzie doradzał rządom Indii i Cejlonu (dziś Sri Lanki) po odzyskaniu niepodległości przez te kraje. 

Poczucie humoru pomagało na uczelni znosić liczne codzienne niedogodności. Przaśna rzeczywistość późnego socjalizmu i stan budżetu nadwątlonego przez spłaty gierkowskiego zadłużenia dotykały również Uniwersytet Warszawski, co niejednego z prowadzących zajęcia też skłaniało do byle-jakiego do nich podejścia. Trochę na zasadzie: jaka płaca, taka praca. Pamiętam, jak mocno leciwa już pani, prowadząca ćwiczenia ze starocerkiewno-słowiańskiego zwykle zostawiała w spokoju teksty sprzed ponad tysiąca lat i skupiała na opowiadaniu anegdot o tym, jak jej mąż poszedł do fryzjera i kazał się ostrzyc krótko, a w drodze powrotnej wszyscy dziwnie na niego spoglądali w autobusie, bo akurat parę dni wcześniej było święto 22 lipca i z okazji rocznicy manifestu PKWN komuniści ogłosili amnestię, więc z więzień wyszło mnóstwo recydywistów. Zyskiwało jej to wprawdzie sympatię żaków, ale nie zwiększało wiedzy przez nich z zajęć wynoszonej.  

Nie wiem, kto układał plan studiów na polonistyce, ale karkołomna z pozoru decyzja, że dla przyszłych krytyków literackich, redaktorów wydawnictw i nauczycieli polskiego pierwszym egzaminem będzie akurat ekonomia polityczna – poskutkowała wzmocnieniem a nie osłabieniem prestiżu zajęć. Wanda Łukaszewicz dbała bowiem o podtrzymanie tradycji akademickiej w jej najlepszym kształcie w tym sensie, że każdy jej wykład mógł posłużyć za retoryczny wzorzec, zaś egzamin wręcz celebrowała: stąd rytuał losowania pytań. Zresztą macierzysta dla naszej wykładowczyni ekonomia uniwersytecka przy Długiej pozostawała wtedy miejscem poszukiwań naukowych i cieszyła się opinią bez porównania lepszą niż Szkoła Główna Planowania i Statystyki uchodząca za “czerwony klasztor” oraz kuźnię kadr biurokracji socjalistycznej czy przedsionek dla karierowiczów z niezliczonych central handlu zagranicznego, które w tym czasie nie za bardzo miały już czym handlować.  

Egzamin bez czerwonego i garniaka

Na Długiej, gdy pojechałem na egzamin, przywitało mnie przenikliwe zimno. Niedogrzanie świątyni teoretyków ekonomii świadczyło dobitnie o nieporadności jej ówczesnych praktyków. Zignorowałem studenckie przesądy i gusła i na tę okazję ubrałem się w dżinsy oraz jakąś podobnie wranglerowską bluzę. Legendy, dotyczące egzaminu u doktor Wandy Łukaszewicz – a nie o każdym wykładowcy je opowiadano – niosły za sobą przesłanie, że aby zdać, dziewczyna powinna mieć na sobie jakikolwiek element stroju barwy czerwonej, choćby apaszkę, zaś chłopak – nienaganny garnitur. Przebieg mojego egzaminu dobitnie drugiemu z tych mitów zaprzeczył. Zresztą w trakcie losowania, niezmiernie przez wykładowczynię celebrowanego, trafiłem w pytania idealnie. Dotyczyły reformy gospodarczej, tej współczesnej z lat 80 oraz nacjonalizacji w Europie po II wojnie światowej. Założenia reformy znałem doskonale jako stały czytelnik wykpiwającego jej nikłe efekty drugiego obiegu (w tym “Krytyki” i ukazującego się od niedawna “Przeglądu Wiadomości Agencyjnych”) ale też ukazującej się oficjalnie i z hasłem “Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się” pod winietą aczkolwiek rzeczowo redagowanej “Polityki”. Nie miałem więc z tym kłopotu. Zaś z perspektywy lat wiemy, że o ile zawiodły próby wprowadzenia elementów mechanizmu rynkowego do oficjalnej gospodarki, to już ta część reformy wdrożonej przez generalską ekipę, która dała zielone światło powstającym firmom polonijnym przyczyniła się do zniwelowania choć części niedoborów. Z pytaniem o nacjonalizacje również problemu nie było: przypomniałem historię przejęcia najbardziej znanego francuskiego koncernu motoryzacyjnego za to, że podczas okupacji Louis Renault produkował sprzęt dla Niemców – jak każdy normalny dwudziestolatek interesowałem się przecież samochodami. I przytoczyłem znany z wykładu przykład, że kiedy Rosjanie wycofali się ze swojej strefy okupacyjnej w Austrii, jej władze nie cofnęły nacjonalizacji przez nich tam przeprowadzonej.     

Nie chodzi jednak o to, żeby się chwalić, zaś dla tematu tego szkicu istotna pozostaje dalsza część mojej rozmowy z egzaminatorką.

– Co miał pan z ćwiczeń?

– Tróję.

– Jezus Maria! – wykrzyknęła, co mogło zaszokować tego, co znał jej przynależność do marksistowsko-leninowskiej partii. Ćwiczenia mieliśmy z Leszkiem Juchniewiczem, później już w wolnej Polsce jednym z głównych prywatyzatorów rodzimej gospodarki. Wtedy nic nie zapowiadało jego kariery: dla nas był jednym z licznych wtedy na uniwerku wiecznie niezadowolonych i przynudzających brodaczy. A dr Wanda Łukaszewicz nie zamierzała udawać, że jest zachwycona jego sposobem oceniania. Zresztą przez te pół roku, kiedy zdążyliśmy ją poznać, nigdy fałszywa nie była: i nie zamierzała się taką stać nawet w imię korporacyjnej solidarności pracowników nauki.  

Spytała mnie, czy mam w rodzinie jakieś ekonomiczne tradycje. Kiedy zaprzeczyłem, postanowiła się dowiedzieć, czym zamierzam się w życiu zająć. Wspomniałem wtedy o krytyce literackiej. Nie dało się z góry przewidzieć, że za pięć lat od tego styczniowego egzaminu z 1985 roku w wyziębionym gmachu Wydziału Nauk Ekonomicznych UW przy warszawskiej Długiej – w Polsce zmieni się niemal wszystko, włącznie z nazwą i godłem państwa, ustrojem i gospodarką.  Ani to, że do wypełniania mojej życiowej roli dziennikarza politycznego wiele razy przydadzą mi się zapamiętane exempla z jej wykładów.  

Nie zmienił się za to przez te wszystkie lata mój – i wielu koleżanek i kolegów z polonistyki – szacunek dla naszej wykładowczyni i egzaminatorki dr Wandy Łukaszewicz. W ciężkich czasach nie skrzywdziła nikogo, chociaż poprzeczkę stawiała tak wysoko. Uosabiała dla nas naukę, nie ideologię. I prawdziwy metr sewrski akademickich zasad.  

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 27

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here