Nie wiemy, ilu Ukraińców przebywa w Polsce. Ani ile osób mieszka w Warszawie. Nie znamy nawet liczby ludności Polski: to tylko przybliżenia, bo GUS część emigrantów traktuje tak, jakby wciąż tu zamieszkiwali.

Po zmianie ustroju Narodowy Spis Powszechny odbył się w 2002 i 2011 roku, ten drugi dotyczył zarówno ludności jak mieszkań. Kolejne wielkie liczenie zaplanowano na 2021 r.

Według spisu z 2011 r. Polska liczyła wtedy 38 mln 511 tys. ludności. Dla końca czerwca 2018 r. GUS podawał 38 mln 413 tys. Za to oceniający w czasie rzeczywistym populationof.net szacuje, że liczba ludności wynosi 37 788 121 i w trakcie roku 2019 zmaleje o 58 tys.

Jednak niewykluczone, że może nas być raczej 35 mln. Skąd ta rozbieżność? Główny Urząd Statystyczny każdego, kto się nie wymeldował, a od lat przebywa za granicą – traktuje jako znajdującego się tam czasowo.

A według tego samego GUS za granicą na koniec 2017 r. przebywało 2,54 mln polskich emigrantów, najwięcej w Wielkiej Brytanii (prawie 800 tys) i Niemczech (ponad 700 tys), 120 tys w Holandii, 112 tys w Irlandii [5]. Podobnie jak w latach 80 pozostajemy narodem w podróży.

Paradoksalnym lecz nieuniknionym efektem redukcji biurokratycznego przymusu po upadku państwa komunistycznego stało się ograniczenie pozyskiwania wiarygodnych danych, dotyczących spraw ludnościowych.

Informacje dotyczące liczby ludności kraju wzbudzają wątpliwości, czy są aktualne i rzetelne, co utrudnia wyciąganie praktycznych wniosków z twardych danych, których nikt nie kwestionuje, jak liczba urodzeń rocznie. Rekordowe 723 tys Polaków przyszły na świat w 1983 r. W latach nadziei 1980 i 1990 powitaliśmy na nim odpowiednio 700 tys i 550 tys rodaków. Dla porównania: w 2018 r. urodziło się ledwie 388 tys dzieci, o 13 tys mniej niż rok wcześniej. Analitycy mówią więc o demograficznej klapie 500 plus [6], chociaż główną racją wprowadzenia programu wydawała się pospieszna akwizycja zwolenników PiS a nie inżynieria ludnościowa.

Z rodziców, dziecka i kredytu hipotecznego

Krzysztof Tybicki z Instytutu Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej nie neguje, że standard życia ma znaczenie dla decyzji o posiadaniu dziecka, ale nie chodzi tu o skalę programu 500 plus. „Jest taki obrazek satyryczny, który pokazuje, że współczesna rodzina składa się z rodziców, dziecka i kredytu hipotecznego” – ironizuje demograf [7]. Kiedyś przeciętny wiek rodzenia dzieci wynosił 22 lata, teraz już 28. Doktor Tybicki zwraca uwagę, że „w Polsce od ponad 20 lat nie ma prostej zastępowalności pokoleń, kiedy to wartość ogólnego współczynnika dzietności spadła do poziomu poniżej 2,1. Obecnie wynosi on 1,45” [8]. Jednak prawdziwy problem dopiero nas czeka. Rzeczywisty kryzys demograficzny nastąpi za 10 lat.

Zniesienie obowiązku meldunkowego, zapowiadane przez władze na 2018 r, nie nastąpiło. Pozostaje on jednak fikcją. Co utrudnia policzenie Polaków, przebywających w kraju. A oszacowanie liczby mieszkańców Warszawy wręcz uniemożliwia. Przybysze nie znajdują żadnej motywacji, żeby się rejestrować.

Ludność Warszawy dwukrotnie w historii przekraczała milion – w 1925 i ponownie po stratach wojennych w 1955 r. Za drugim razem dopomogły w tym władze, włączając do stolicy rozległe obszary wiejskie, które przez pół wieku zachowały swój charakter – stąd grono 50 tys rolników z warszawskim adresem. Portal Urzędu Miasta podaje liczbę 1,7645 mln mieszkańców Warszawy z końcem 2017 r. Jednak ówczesny wiceprezydent Jacek Wojciechowicz parę lat temu szacował, że wraz z niezameldowanymi mieszka w Warszawie 2,2 mln ludzi. Analitycy z Biura Planowania Regionalnego już w 2014 oceniali, że naprawdę mieszkańców jest o 118-221 tys. więcej, niż wynika z rejestrów [9].

Tym samym poważni eksperci przyznają, że rozbieżność między danymi oficjalnymi a realnymi równa jest… liczbie ludności miast takich jak stanowiący siedzibę sejmiku Toruń czy wojewódzkie Rzeszów lub Olsztyn. Jeśli zaś wierzyć Wojciechowiczowi – różnica dorównuje ludności Szczecina.

Inny kandydat na prezydenta stolicy wykazywał, że analiza wskaźników infrastrukturalnych pozwala przypuszczać, iż warszawiaków jest nawet 3-4 mln. Pewne wydaje się tylko jedno: ich liczba wzrasta. Ale rosną też Gdańsk, Rzeszów i Zielona Góra. Z kolei spadek liczby mieszkańców Poznania nie stanowi przejawu degradującej depopulacji, która dotknęła zwłaszcza dawne stolice województw gierkowskich, tracące ten status po reformie z 1998 r. oraz charakterystyczne dla poprzedniego ustroju centra industrialne – lecz wyprowadzania się mieszkańców na przedmieścia. Według Portalu Samorządowego (24 kwietnia 2018) liczba ludności wzrasta w pięciu spośród szesnastu województw: pomorskim, mazowieckim, małopolskim, wielkopolskim i podkarpackim.

Money.pl ocenia, że w Polsce pracuje 2-3 mln Ukraińców. Według raportu Fundacji Republikańskiej we wrześniu 2018 było ich u nas 1,5 mln. Jednak w tym samym czasie ukraiński minister spraw zagranicznych szacował, że w Polsce przebywa 1,4 mln jego współobywateli. Zupełnie co innego wie o gościach z Ukrainy polski szef dyplomacji Jacek Czaputowicz, który z końcem 2018 r. naliczył ich dwa miliony [10]. Pewną poszlakę stanowi też ustalona liczba ukraińskich użytkowników telefonów komórkowych w Polsce – 1,27 mln. Trzeba sięgać po tego typu dane, bo oficjalne niewiele pomogą – co nam przyjdzie z informacji o 425 tys ubezpieczonych pracowników ukraińskich skoro ich robota „na legalu” to wierzchołek góry lodowej. Jednym słowem: nikt nic nie wie. Badanie EWL wykazuje, że ponad 20 proc ukraińskich pracowników chce tu zostać na stałe.

Żeby ocenić skalę problemu – trzeba najpierw Polaków i Ukraińców tutaj policzyć.

W razie zaostrzenia sytuacji wewnętrznej na Ukrainie, gdzie trwa właśnie toczona pod znakiem niewybrednych oskarżeń kampania prezydencka, a spór z Rosją nabiera chronicznego charakteru – dane o liczbie naszych gości stamtąd okażą się strategicznie niezbędne, bo pozwolą oszacować w przybliżeniu, ile osób zwali się do Polski w ramach łączenia rodzin z zamiarem uzyskania statusu uchodźcy. W tym wypadku „doktryna Szydło” – przyjmujemy uchodźców, tak jak Zachód, tyle że z Ukrainy – może przynieść następstwa równie fatalne, co pamiętne zaproszenie Angeli Merkel w dobie eskalacji wojny domowej w Syrii.

Rozwiązać problem zamiast winnego szukać

Szefostwo GUS alarmuje, że otrzymuje niewiarygodne dane” – ostrzegał już trzy lata temu jeden z tygodników [11]. Miało to być winą wadliwego oprogramowania przy okazji wprowadzenia Systemu Rejestrów Państwowych i Bazy Usług Stanu Cywilnego. Mankamenty dotyczyły danych o migracji, urodzeniach i zgonach. Sygnalizowała je m.in. ówczesna wiceprezes i pełniąca obowiązki prezesa Głównego Urzędu Statystycznego Halina Dmochowska.

Inni jednak pretensje mają właśnie do GUS. Producenci rolni zarzucają mu, że nawet roczne spożycie jaj jest przez urząd zaniżane. Kwestionuje się dane, dotyczące przeładunków w portach czy branży budowalnej [12]. Ekonomiści zwracają uwagę na zmieniającą się zwykle po myśli rządzących zawartość koszyka dóbr podstawowych, wedle którego liczy się inflację. Ale nie tylko ekspertów cechuje sceptycyzm wobec rachmistrzów z Pola Mokotowskiego. Do tego, że GUS nie jest instytucją przez rodaków lubianą przyczynia się firmowanie podawanej comiesięcznie średniej płacy krajowej – większości Polaków trudno przełknąć, że zarabiają poniżej tej kwoty.

Podejście zwykłego rodaka do statystyki przejawia się w przytaczaniu anegdoty, że wedle niej jak pan idzie na spacer z psem – to średnio mają trzy nogi. Zresztą naukowcy i urzędnicy z gmachu na Polu Mokotowskim zasłużyli sobie na społeczną nieufność firmowaniem w latach 70 za Edwarda Gierka poważnych uzasadnień, że Polska zalicza się do pierwszej dziesiątki największych gospodarczych potęg świata. Słyszący to złośliwi studenci prosili w ramach pytań na zajęciach marksistowskich wykładowców o wymienienie pozostałej dziewiątki krajów i patrzyli, jak się towarzysze przy tym męczą.

Skoro mowa o czasach propagandy sukcesu – w połowie naszego stulecia liczba ludności Polski spadnie do 32 milionów jak na początku rządów Edwarda Gierka. Wtedy jednak mieliśmy do czynienia z wchodzeniem w dorosłe życie roczników wyżu demograficznego (stąd najpierw „druga Polska” jako program budownictwa mieszkaniowego, a potem 30 lat czekania na własne lokum), teraz – z perspektywą starzenia się społeczeństwa i groźbą, że aktywni zawodowo, których będzie coraz mniej, nie zapracują na emerytury rodziców. Diagnozowanie trudnej sytuacji wymaga zarówno precyzyjnych i niepodważalnych statystyk jak zaufania do nich. Teraz brakuje jednego i drugiego.

Nieważne w tym wypadku, kto winien. Problem warto rozwiązać. Inaczej trudno z całą powagą rozprawiać o trendach demograficznych w oparciu o oficjalnie dostępne dane. Wynika z nich, że w pierwszym półroczu 2018 r. ludność Polski zmniejszyła się o 20 tys, wcześniej w całym roku 2017 wzrosła, chociaż przedtem w latach 2012-16 spadała. Jeszcze wcześniej rosła za to w okresie 2008-11 po dziesięciu latach spadków. Symptomatyczna okazuje się tendencja, że z jednym wyjątkiem (2017) wzrost liczby ludności przypada wyłącznie na czas rządów Platformy Obywatelskiej a nie uprawiającego histerycznie pronatalistyczną propagandę PiS. Ciekawy trend, tylko wobec rozbieżności stanowiących wielokrotność wspomnianych 20 tys. (to raptem tyle, co liczba mieszkańców znanego jako węzeł kolejowy Działdowa) – ostrożność podpowiada chłodne podejście do statystyk.

Bilans ludności – to nie ciekawostka. Sporządzane przez GUS dane służą do wyznaczania subwencji oświatowej dla gmin czy funduszu soleckiego. Ustawy jasno określają taką ich funkcję. Dane o aktualnej liczbie ludności służą też wyliczaniu emerytur.

Oprócz GUS, zmuszonego trzymać się sztywnych i czasem nie nadążających za zmianami procedur, na dostępności wiarygodnych danych powinno zależeć Ministerstwu Rodziny. Jego nazwa pozostaje jednak orwellowska, lepiej je raczej określić jako resort rozdawania nie swoich pieniędzy. Jego rola przypomina Komisję Planowania, której szefowie za PRL błyszczeli w przekazach propagandowych, a obywatelom ogłaszali: wszyscy odpowiadamy za realizację planu 5-letniego. Skoro wszyscy, to znaczy nikt – odpowiadał przytomnie vox populi.

Rozwiązaniem byłoby pewnie powołanie nowoczesnej instytucji, łączącej funkcje statystyczne, demograficzne i prognostyczne. Nie powinna zastępować GUS, wystarczy, żeby go zdopingowała. Utworzenie w pierwszych latach transformacji Rządowego Centrum Studiów Strategicznych nie likwidowało resortów gospodarczych tylko je wzmacniało, uzupełniając. Każdy monopol prowadzi nieuchronnie do demoralizacji monopolisty.

Przy kolejnym spisie powszechnym GUS mógłby pełnić funkcję zarządu, a nowy think tank – rady nadzorczej przedsięwzięcia, dbającej o zastosowanie metod i technik badawczych, które pozwolą na pozyskanie twardych danych. Nikt nie chce wyrządzać krzywdy urzędnikom z al. Niepodległości. Jednak żeby rozwikłać problemy, trzeba się najpierw policzyć. Z obecnymi instytucjami i procedurami szanse na to wydają się nikłe. Wynik spisu powinien stać się podstawą raportu o perspektywach ludnościowych Polski, rodzaju demograficznej mapy drogowej. Zaś ta z kolei – punktem wyjścia obliczonych na dziesięciolecia, a nie rządowe i parlamentarne kadencje działań, niwelujących zagrożenia i pozwalających wykorzystać rysujące się szanse.

Spis powszechny sprawą wagi państwowej

W dwudziestoleciu międzywojennym spis ludności pozostawał sprawą wagi państwowej: dlatego w badaniu z 1931 r. zrezygnowano z antagonizującego pytania o narodowość. Do samego końca PRL przy okazji spisów… swoje interesy załatwiało MSW, a część rachmistrzów wywodziła się z resortu. Teraz czas na to, by kolejny spis odpowiedział na podstawowe pytania. Zwłaszcza, że doświadczenia Niemiec czy […]

Read more

[5] Ilu Polaków przebywa na emigracji? GUS: ich liczba wzrosła. Forsal.pl z 19 listopada 2018
[6] por. Anton Ambroziak. Demograficzna klapa 500 plus. W 2018 urodziło się tylko 388 tys. Zmarło 414 tys, najwięcej od 1946 roku. OKO.press z 1 lutego 2019
[7] Za 10 lat czeka nas prawdziwy dołek demograficzny. 500+ nie pomoże. Agata Szczerbiak rozmawia z Krzysztofem Tymickim. „Polityka” z 6 sierpnia 2018
[8] ibidem
[9] Ile osób mieszka w Warszawie? Jak duża jest stolica Polski? Naszemiasto.pl z 2 kwietnia 2018
[10] Praca Ukraińców w Polsce – co o tym wiemy. PNP 24.PL z 31 stycznia 2019
[11] Artur Grabek. GUS utracił wiarygodne dane o stanie państwa. „Wprost” na 25 z 2016
[12] Nierealne dane statystyczne. O zmianie metod liczenia z GUS-em rozmawiają przedstawiciele kilku branż. Money.pl z 30 lipca 2018

Temat Tygodnia: Demografia i spis powszechny:

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here