Gdy w kampanii w USA republikański kandydat Mitt Romney wskazał, że trzon elektoratu jego demokratycznego rywala Baracka Obamy stanowią beneficjenci świadczeń społecznych – nawet partyjni koledzy challengera zaniepokoili się tą wypowiedzią, uznaną rychło za jedną z przyczyn wyborczej porażki. Nieważne, że to prawda – twierdzili krytycy. A co dokładnie powiedział Romney? – Uważają, że coś im się należą od państwa. Chociaż sami nie płacą podatków. Są ofiarami losu.

Socjologowie potwierdzają, że w 2012 r, była to w miarę trafna charakterystyka 47 proc społeczeństwa amerykańskiego, które miał na myśli republikański kandydat. Jak to ujmuje prof. Henryk Domański: „Oni po prostu nie potrafią radzić sobie z losem, stawić czoła przeciwnościom. (..) Wybierają przywódcę politycznego, który coś im da, albo – tak jak Obama – przynajmniej obieca” [1].

Trump czyli koniec terroru ofiar losu

W kolejnych wyborach inny republikanin Donald Trump skutecznie zmobilizował milczącą większość – głównie białą klasę średnią, finansującą rozbudowane świadczenia. Wygrał wreszcie kandydat tych, którzy za to wszystko płacą. Podatników, którzy utrzymują państwo. Potwierdziło się, że w demokracji decyduje większość. A nie te 47 proc, o których Romney mówił: – Nigdy ich nie przekonam, żeby wzięli odpowiedzialność za własne życie. Nie mam powodu, żeby się o nich martwić.

Z podobnym fenomenem mieliśmy do czynienia parę tygodni temu w Grecji, gdzie bunt klasy średniej płacącej z podatków wybujały haracz dla międzynarodowych wierzycieli przywiódł do zguby fałszywych przyjaciół ludu z Syrizy z uwielbianym przez całą lewicę świata Aleksisem Tsiprasem na czele.

Greckie przebudzenie czyli jak najstarsza demokracja świata pozbyła się populistów

Warto od Greków uczyć się, jak posprzątać po rządach populistów, dziwacznej mieszanki nacjonalizmu i populizmu.

Czytaj więcej

Gruszki na wierzbie po polsku i angielsku

Gdy w Polsce ćwierć wieku temu Lech Wałęsa obiecał 100 milionów dla każdego (nieważne, że sprzed denominacji) – wykpiwali za to pokojowego noblistę nawet obserwatorzy zwykle mu życzliwi.

Nie była to żadna przypadkowa wypowiedź w przejściu lub studiu, lecz segment wystąpienia na Komisji Krajowej NSZZ „S”, która właśnie tego dnia 3 października 1990 r. poparła prezydencką kandydaturę Wałęsy: “Ludziom trzeba rozdać to, co im komuniści ukradli. Rozdajmy każdemu czeki na 100 mln zł, za które będzie można kupić przedsiębiorstwa i domy. Dajmy Polskę Polakom, zamiast sprzedawać ją Amerykanom, którzy chcą pozamykać 75 proc przedsiębiorstw i zwalniać ludzi” [2]. Jak się okazało spełniła się tylko ostatnia część jego prognozy.

Jeszcze w Lublinie na dwa dni przed wyborami Wałęsa powtarzał: – (..) Dawanie 100, a nawet 500 mln zł w wersji polityków za 5 groszy jest śmieszne. A ja to wykonam, daję słowo, że wykonam [3].

Zaś obywatel z Kęt Józef Gawęda odczekał do końca kadencji i pozwał nawet prezydenta do sądu, żeby wyegzekwować wypłatę zadeklarowanej przez niego kwoty, zwłaszcza że ojciec założyciel Solidarności wybory wygrał i urząd sprawował, nie dało się więc wykpić formułą, odnoszoną do wyborców Stanisława Tymińskiego, że „społeczeństwo nie dorosło”. Wysoki sąd uznał jednak wtedy, że obietnica wyborcza nie ma postaci zobowiązania cywilno-prawnego, czym stworzył niebezpieczny precedens, użyteczny dla kolejnych pokoleń polityków, nie legitymujących się już podobnymi co Wałęsa zasługami dla wolności, demokracji ani wyprowadzenia armii rosyjskiej z Polski.

Obiecanych a nie danych milionów domagał się również od Wałęsy – tylko w piosence, a nie w pozwie – kultowy wykonawca Kazik Staszewski. Nie wiedział jeszcze, że zamiast wyśpiewywać o polityce z estrady, można w niej zaistnieć jako trzecia siła, co po latach udało się jego koledze z branży Pawłowi Kukizowi. Obecności tego ostatniego w Sejmie zawdzięczamy publiczne wskazanie z trybuny, że od czasu wprowadzenia świadczenia 500plus liczba policyjnych interwencji w blokowiskach we Włocławku zwiększyła się o kilkadziesiąt procent. Dobrze, że powiedział to właśnie Kukiz, rockman i celebryta, bo jemu ludzie uwierzą.

Obietnicę tysiąca dolarów dla każdego Amerykanina – wtedy kwoty bez porównania realnie większej niż teraz – złożył w kampanii 1972 roku konkurent najbardziej kontrowersyjnego z amerykańskich prezydentów Richarda Nixona, wkrótce pokonanego nie przez rywali lecz przez aferę podsłuchową Watergate – demokrata George McGovern. Nie tylko nie uchroniła go przed sromotną przegraną, ale wielu dopatrywało się w niej przyczyn porażki.

Zachwyceni dzieleniem gruszek na wierzbie nie byli demokratyczni sztabowcy McGoverna, których obietnica – nomen omen – chlebodawcy wprawiła w krańcową konfuzję. Wspomina o tym David Maraniss, biograf Billa Clintona, studenta Yale zdobywającego w kampanii McGoverna wspólnie z Hillary wtedy jeszcze Rodham pierwsze dorosłe doświadczenia polityczne [4]:

„Kiedy teksaski zespół dowiedział się, że Conally zamierza urządzić przyjęcie na swoim rancho w Floresville, aby zgromadzić fundusze na kampanię Nixona, uznali to za okazję do ośmieszenia grubych ryb i zorganizowali w pobliżu konkurencyjną, bezpłatną imprezę McGoverna otwartą dla wszystkich. Branch i Clinton przedstawili propozycję kontrimprezy waszyngtońskiemu zespołowi, który niezwłocznie ją odrzucił. McGoverna zbytnio krytykowano z powodu jego skierowanej do biedoty propozycji tysiąc dolarów dla każdego – twierdził waszyngtoński zespół – żeby jeszcze na dodatek urządzać populistyczną imprezę. Sprawiłoby to wrażenie, że demokraci angażują się w walkę klas. Gary Hart ostrzegał, że nie można kierować kampanii do wąskich grup. Pomimo to Clinton i Branch obstawali przy swoim zdaniu (..)”.

Po wielu odwołaniach impreza jednak się odbyła:

„znaleźli się tam także również miejscowi, zwabieni darmowym posiłkiem (..). Wydano 10 tysięcy tamale, 1350 kg fasoli, 4 tysiące porcji jalapeno peppers, ogromne kosze z fistaszkami oraz 900 litrów piwa”.

Nawet jeśli ktoś nie orientuje się, ile można zjeść fasoli, to liczba wypitego piwa wywiera wrażenie… Finał? Nietrudno się domyślić, McGovern przegrał z Nixonem nie tylko w całej Ameryce, ale pomimo – czy może właśnie za sprawą – darmowej uczty Lukullusa dla ludu również w Teksasie, gdzie 4 lata wcześniej inny demokrata Hubert Humphrey pokonał idącego po pierwszą kadencję Nixona. Obawy mądrych bossów z Waszyngtonu nie okazały się płonne.

Z kiełbasą wyborczą dzieje się tak, że może zaszkodzić… temu, kto ją podaje. Zresztą gdyby było inaczej – polską rządziliby masarze i właściciele wędliniarni, a nie historycy, prawnicy czy etnografki.

Również w Wielkiej Brytanii, pomimo społecznej frustracji, jaka zaowocowała Brexitem – reprezentującemu tradycyjną ideologię rozdawnictwa społecznego (od której wcześniej za chlubnych czasów Tony’ego Blaira Partia Pracy odeszła) liderowi labourzystów Jeremy Corbynowi nie udaje się dojść do władzy, choć przywódczyni konserwatystów Theresa May zachowuje się jakby pragnęła mu to ułatwić. Corbyn opowiada się za upaństwowieniem kolei i dodrukiem pieniędzy na cele socjalne, kiedyś zaś niepokoił się, że przyjmowanie Polski do zachodnich struktur rozdrażni Rosję. Brytyjczycy zachowują się jednak tak, jakby chcieli potwierdzić prawdziwość słów Margaret Thatcher, która podkreślała, że nie wie nic o społeczeństwie, bo liczą się konkretni ludzie.

W Polsce dla PiS nie liczą się nauczyciele – bo nawet z rodzinami jest ich za mało, a przy tym, jako znakomicie wykształceni, popierają i tak PO. Jednak kto tak liczy, ten może się przeliczyć, czego dowodzi szerokie poparcie społeczne dla protestu pedagogów, rozciągające się od samorządowców po rodziców i samych uczniów.

To, że gruszki wyrosną na wierzbie obiecywał kiedyś przed wyborami Leszek Miller. Nie dotrwał jednak w fotelu premiera nawet do końca kadencji, którą ta kampania poprzedzała.

Kto przesadzi z demagogią…

Sceptycyzm wyborców nie dotyczy zresztą wyłącznie obietnic natury materialnej. Gorączkowe zapowiedzi zaspokojenia wszelkich postulatów kolejnych grup elektoratu tuż przed wyborami lub nawet po pierwszej ich turze – czasem bardziej szkodzą, niż pomagają. Przekonał się o tym przed czterema laty Bronisław Komorowski, który postanowił rozpisać referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych, żeby przejąć wyborców Kukiza – chociaż wcześniej przez pięć lat kadencji niczego dla wprowadzenia IOW nie robił. Ludzie nie dali się okpić. Na takie referendum nie poszli, a Komorowski zamiast zyskać stracił resztę zwolenników.

Podobnie Marianowi Krzaklewskiemu nie pomogło w kampanii prezydenckiej z 2000 r. powszechne uwłaszczenie, choćby dlatego, że ludzie wiedzieli, że rządząca AWS miała trzy lata, żeby się za nie zabrać. W efekcie jej kandydat przegrał nie tylko z Aleksandrem Kwaśniewskim, ale również z poważniej niż szef „Solidarności” odnoszącym się do wyborców Andrzejem Olechowskim. Zresztą liderowi AWS uwłaszczeniowe obietnice bez pokrycia podpowiadały środowiska, obecnie wpływające na propagandę PiS (m.in. Jan Pospieszalski czy Maciej Pawlicki). Gruszki na wierzbie się nie zmieniają, dzierżawcy sadu tak…

Czasem słyszy się pytanie, czy PiS-owi po czterech latach rządów zostanie jeszcze coś co rozdawania swojej wyborczej klienteli. Oczywiście tak – pieniądze z naszych podatków. Wprawdzie te pierwsze marnują, ale te ostatnie nawet zmniejszyli… Tyle, że odtrąbieniu nowej 17-procentowej stawki PIT towarzyszy zwiększanie kosztów działalności gospodarczej i drożyzna, którą dostrzega każdy, komu – jak Jarosławowi Kaczyńskiemu – zakupów nie przywozi osobisty ochroniarz.

Drożej jest zarówno na osiedlowym targowisku jak w Żabce, ceny szybują w górę zarówno w Biedronce jak w ekskluzywnych delikatesach w Vitkacu. Odczuwają to Polacy niezależnie od zarobków i społecznej pozycji. Zgadza się, przecież za rządów PiS wszyscy mieli być równi…

Tej obietnicy akurat dotrzymali. Czują się właścicielami państwa, chociaż naprawdę ta rola należy się obywatelom, którzy to wszystko utrzymują. W Grecji właśnie upomnieli się o swoje. Zwykle bowiem kto płaci, ten wymaga…

Jak sądzisz?

Cy polityka PiS doprowadzi do katastrofy finansowej?

[1] Mitt Romney miał rację. Z prof. Henrykiem Domańskim, socjologiem, rozmawia Michał Wąsowski. Natemat.pl z 21września 2012
[2] Konrad Wnęk. Czy Lech Wałęsa naprawdę obiecał, że da każdemu Polakowi 100 milionów złotych? Twojahistoria.pl z 12 listopada 2017
[3] ibidem
[4] David Maraniss. Najlepszy w klasie, Bill Clinton, biografia. Prószyński i S-ka, przeł. Tomasz Lem, Warszawa 1995, s. 324
[5] ibidem, s.325

Czytaj o Prawie i Sprawiedliwości:

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen / 5. ilość głosów

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

1 KOMENTARZ

  1. No, jeśli Lech Wałęsa był tak przewidujący:

    “zamiast sprzedawać ją Amerykanom, którzy chcą pozamykać 75 proc przedsiębiorstw i zwalniać ludzi”

    to pełen szacun…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here