Po śmierci Nawalnego

0
96

Rosja jak wyzwanie

Okoliczności zgonu opozycjonisty Aleksieja Nawalnego w kolonii karnej w Charpie w okręgu jamalsko-nienieckim, chociaż wolny świat musi zrobić jak najwięcej, żeby je wyświetlić, nie mają wielkiego znaczenia dla oceny sytuacji. Nie ulega przecież wątpliwości, że został zamęczony przez reżim. Dramatyczna śmierć jego demaskatora zwraca uwagę na fakt, że nie wszyscy Rosjanie popierają Władimira Putina. 

Dopóki pozostawał na wolności, Nawalny zwracał się do nich w ich własnym języku, w przekazie internetowym. Do ojczyzny powrócił dobrowolnie, po tym jak leczył się za granicą po próbie otrucia, chociaż mógł pozostać na emigracji. Jeszcze wcześniej w Moskwie przeżył fizyczny atak, z oblaniem jego twarzy toksyczną substancją. Widział więc, na co się porywa. I że ryzykuje wszystkim.

Opowieści o żelaznym wilku i spalona ziemia

Rusycysta Andrzej Drawicz, również pierwszy niekomunistyczny prezes TVP po zmianie ustrojowej, pisał w “Pocałunku na mrozie”, że nawet w okresie, kiedy los Polski bardziej niż dziś zależał bezpośrednio od sytuacji na Kremlu, o rosyjskim świecie słuchano u nas “jak o żelaznym wilku”, co nie było wcale efektem oficjalnej propagandy, bo mowa o środowiskach reżimowi przeciwnych, lecz nikłej wiedzy i dezorientacji: “Uderzyło mnie to zwłaszcza w izolacji internowania, w roku 1982. Mieliśmy wtedy sporo czasu na rozmowy i wymianę poglądów. Jednocześnie wisiała nad nami ogólna niepewność wszystkiego a pokaźnym jej elementem był groźny i groteskowy, murszejący zrąb breżniewszczyzny. Zorientowałem się, że wielu moim kolegom ponura, choć zarysowana fasada imperium przesłania wszystko. Kiedy słyszeli, że jeszcze coś jest, dziwili się szczerze: tam? naprawdę? Owszem, wiedziano już o dysydentach, w obiegu znalazł się Sołżenicyn, Bukowski, Nadieżda Mandelsztam. Więc miałem się na czym oprzeć. Ale tym bardziej skłaniano się do mniemania, że wszystko co ludzkie w Rosji przetrwało jedynie w postawie heroicznych jednostek, w łagrach, na wygnaniu, w głębokiej izolacji. Reszta wydawała się spaloną ziemią. Do postaw jej zwykłych mieszkańców brakowało najprostszych kluczy. Literatury oficjalnej, tradycyjnie u nas, nie doceniano, choć były w niej wówczas kawały ostrej i głębokiej prawdy; u Szukszyna, Abramowa, Rasputina, Trifonowa. Właśnie Trifonowem torowałem sobie drogę; podsuwałem niedowiarkom “Dom nad rzeką Moskwą”. Chwyciło. Prosili o jeszcze. Ale cała sprawa – głębokiej niewiedzy – rysowała się tym wyraźniej” [1]. A mowa przecież o kręgu przywódczym: internowanych opozycyjnych intelektualistach i liderach związkowych.

Do tego jednak, że cytowany Drawicz w siedem lat trafił z obozu internowania do prezesowskiego gabinetu w telewizji państwowej, który na kolejne półtora roku stał się jego własnym, a sceptyczni wobec rosyjskiej demokracji jego niedawni rozmówcy zza krat zostali wtedy ministrami – jak z całym szacunkiem dla dziesięciomilionowego ruchu społecznego pierwszej Solidarności przyznać wypada, przyczynił się w decydującym wymiarze przebieg wydarzeń w Rosji: wdrożona przez sekretarza generalnego Michaiła Gorbaczowa głasnost i pierestrojka, które wymknęły się spod kontroli choć w założeniu miały wzmocnić system a nie go zdemontować. Przypomina się formuła Michaiła Bułhakowa znana z “Mistrza i Małgorzaty” a wywodząca się z genialnego “Fausta” Johanna Wolfganga von Goethego, o sile, co zła pragnąc, dobro czyni.

Dlatego w odróżnieniu od publicysty “Gruszki” Jarosława Malika nie bez racji wypominającemu niedawnemu pierwszemu więźniowi politycznemu Putina a teraz męczennikowi skłonności nacjonalistyczne, nie stawiam zarzutu, że “mylił się Nawalny w swojej krucjacie naprawy skorumpowanej Rosji by uczynić ją imperialną tylko inaczej, w domyśle nowoczesną ale wciąż realizującą imperialne ambicje” [2]. Dlatego choćby, że podobny zamysł Gorbaczowa doprowadził do demontażu ZSRR. 

Wymieniony już w tym tekście literacki noblista Aleksander Sołżenicyn również nieomylny nie był, zwłaszcza Polaków szokował idealizacją carskiej przeszłości i wiarą w tradycyjną wspólnotę ludu rosyjskiego, co u schyłku życia doprowadziło go do niesławnego poparcia już w sędziwym wieku polityki Władimira Putina, mającej jakoby ochronić rodaków pozostawionych i dyskryminowanych w ościennych krajach powstałych po rozpadzie ZSRR. Wcześniejsze jednak zasługi autora “Archipelagu Gułag” dla demaskowania imperium zła w świecie ale i pobudzenia antykomunistycznej świadomości Rosjan pozostają niepodważalne. 

Po zastrzeleniu Borysa Niemcowa w 2015 r. przez nieznanych sprawców wedle sowieckich jeszcze wzorców morderstwa politycznego, śmierć Nawalnego pozostaje kolejnym aktem terroru mającym odstraszyć każdego, kto przymierza się do zbudowania alternatywy dla putinowskich rządów. Natomiast trafiające się porównania geniusza przekazu internetowego, prawnika i finansisty, wyrzekającego się użycia przemocy Aleksieja Nawalnego, którego przed ponad dekadą jako kandydata na mera poparło 27 procent moskwiczan – z dezerterem ze służb specjalnych podpułkownikiem KGB/FSB Aleksandrem Litwinienką pozostają dla naszego bohatera obraźliwe i przypisać je można stanowi wiedzy o sprawach wschodnich opisywanemu przed laty przez Drawicza. Wydatnie się on nie poprawił. Pozostawaliśmy przecież, co oczywiste, zwróceni na Zachód.

Za to eksperci od spraw wschodnich nie przewidzieli, jak pamiętamy, “pełnoskalowej” operacji Putina przeciw Ukrainie rozpoczętej 24 lutego 2022 r. Również teraz po tragicznym zdarzeniu w kolonii karnej niejeden wyciąga wnioski szokujące. Znawca Rosji prof. Hieronim Grala uznaje, że środowiska opozycji a ściślej emigracji scalić mógłby Michaił Chodorkowski, były szef naftowego koncernu Jukos [3]. W istocie to oligarcha, co się władzy nie sprzeciwiał, dopóki robił z nią korzystne wielomiliardowe interesy. Pamiętam dystans i sceptycyzm, jakie nieżyjący już Jan Lityński objawił wobec przyznania represjonowanemu już wtedy Chodorkowskiemu tytułu Człowieka Roku “Gazety Wyborczej” w 2014. Zestawienie z Chodorkowskim pozostaje dla Nawalnego równie obraźliwe co porównanie go z pułkownikiem Litwienienką. Świadczy co najwyżej o stanie umysłów analityków. Nie potrafiących, jak się wydaje, dostrzec w zmarłym postaci charyzmatycznej ani też spojrzeć na niego oczami ludzi. dla których stał się wyrocznią.     

Nawalnemu warto oddać hołd, kluczowe pozostaje jednak to, co myślą zwyczajni Rosjanie. Warto pamiętać, że póki pozostawał na wolności, Aleksiej Nawalny miał sześć milionów subskrybentów na you tubie i dwa miliony obserwujących na Twitterze, chociaż jego ojczyzna nie zalicza się do najaktywniejszych w sieci krajów świata. Jak pisze w przywołanej już analizie na Gruszka.com Jarosław Malik: “Jego film o Putinie i drodze tego ostatniego do władzy pokazał mechanizmy funkcjonowania skorumpowanego państwa, system selekcji rosyjskich liderów jak i wpływ służb specjalnych na funkcjonowanie państwa. Film Nawalnego pokazał Rosjanom także mentalność ich decydentów. Co najważniejsze, uczynił to wszystko w ich własnym języku. A w rosyjskim społeczeństwie to wartość dodana, której przecenić się nie da” [4]. Film o korupcji Putina na przykładzie jego luksusowej willi, nakręcony z wykorzystaniem dronów, obejrzał co czwarty Rosjanin. 

Co myślą zwyczajni Rosjanie

57 proc Rosjan opowiada się za przejściem do negocjacji z Ukrainą zamiast kontynuacji działań wojennych, jak wynika z sondażu, przeprowadzonego w listopadzie ub. r. przez Centrum Lewady, niezależne i przez Kreml uznawane za agenturę zagranicy [5]. Zaś 70 proc w badaniu tego samego ośrodka z października ub. r. opowiedziało się za zakończeniem wojny z Ukrainą. Najwięcej chciałoby tego na korzystnych dla Rosji warunkach, jednak aż 34 proc przystałoby na zwrot przy tej okazji Ukrainie okupowanych terytoriów [6]. Oznacza to, że ponad jedna trzecia Rosjan pozostaje odporna na intensywną kremlowską propagandę wojenną pomimo braku pluralizmu w tamtejszych mediach. Już w nieco ponad rok po inwazji 35 proc obywateli Rosji uznawało za błąd zaatakowanie Ukrainy [7].

Z tych wyników warto wyciągnąć wnioski. Powszechne poparcie dla agresji Putina okazuje się mitem, chociaż oczywiście źródła sprzeciwu pozostają różnorodne: od obaw, że najbliżsi staną się ofiarami mobilizacji, poprzez trudności życia codziennego, które rządowe środki przekazu tłumaczą zachodnimi sankcjami, aż po izolację kraju, odczuwaną najbardziej przez warstwy zamożniejsze i bardziej dynamiczne, odkąd wakacje zagraniczne stały się bardziej kosztowne, bo jedzie się na Malediwy zamiast do Francji. 

Ze względu na skalę represji i specyfikę państwa policyjnego nie da się lekceważyć liczby ponad 220 osób zatrzymanych w trakcie rozpraszania przez władze demonstracji protestacyjnych po śmierci Aleksieja Nawalnego. Ich uczestnicy zwoływali się pospiesznie. Chociaż zapewne nie oni, wykształceni i niezależni mieszkańcy Moskwy czy Sankt Petersburga, zdecydują o przyszłej możliwej zmianie. Impuls przyjść może niespodziewanie, z głębokiego interioru, albo ze środowisk, których nawet o to nie podejrzewamy: na przykład beneficjentów rosyjskiej transformacji nie tyle ustrojowej co własnościowej, jeśli uznają, że wojna Putina szkodzi ich interesom zamiast je trwale zabezpieczać.   

Niby wojnę popierają, ale przyznają, że zbyt wiele kosztuje

Marcowe wybory prezydenckie okażą się fasadą, skoro w stawce kandydatów brak takich, co od Putina realnie się różnią nie tylko w kwestii ukraińskiej. Poza nim startują Władysław Dawankow – wiceprzewodniczący Dumy z partii Nowi Ludzie, komunista Nikołaj Charitonow oraz Leonid Słucki z ultranacjonalistycznej wbrew nazwie Partii Liberalno-Demokratycznej. Wszyscy uchodzą za kontrolowanych przez władze. Centralna komisja wyborcza nie zarejestrowała pod pretekstem uchybień wśród dostarczonych podpisów przeciwnika wojny z Ukrainą Borysa Nadieżdina. Przy czym podpisów z poparciem obywateli dla kandydata nie wolno dostarczyć w liczbie większej niż limitowana. Niespodzianki więc nie będzie przy okazji trzydniowego głosowania (15-17 marca), jednak nastawienie Rosjan odbiega wciąż od oczekiwań rządzących, gdy przyjrzeć się dogłębnie, co o wojnie myślą obywatele.   

W kraju, gdy opinia niezależna nie jest oczywiście nieobecna, ale znajduje się pod bezustanną presją władzy, istotne okazują się sposoby stawiania pytań. I nasza umiejętność wczytania się w udzielane odpowiedzi.  77 proc indagowanych przez Centrum Lewady w lutym br. Rosjan niby popierało wojnę “pełnoskalową” a tylko 16 proc pozostawało jej przeciwnych. Diabeł jednak, jak się okazuje, tkwi w szczegółach, a ściślej w tym, na jakie dokładnie pytanie odpowiadają. W tym samym bowiem badaniu 66 proc Rosjan przyznało, że Rosja płaci zbyt wysoką cenę za udział w wojnie. Co więcej – aż 31 proc skłonnych jest uznać własną moralną odpowiedzialność za śmierć ludności cywilnej na Ukrainie [8].    

Oznacza to fiasko oficjalnej socjotechniki. Sądzą tak przecież obywatele, którzy codziennie w telewizji słyszą coś zupełnie przeciwnego. 

“Dopadała mnie zewsząd najoczywistsza zasada tutejszej propagandy: żadnego związku z rzeczywistością, tworzenie rzeczywistości-dwa, własnej” – wspominał swój pobyt w ZSRR cytowany już Andrzej Drawicz [9]. Sęk w tym, że Rosjanie jeszcze w czasach radzieckich, z których wywodzi się Putin, niegdyś agent KGB na placówce w NRD-owskim Drzeźnie, wykształcili również w sobie sposób, żeby tym co oficjalne zanadto się nie przejmować

Sposób oddziaływania na Rosjan i ich nastroje przez wolny świat paradoksalnie został przez wprowadzone sankcje utrudniony: nie było zapewne innego wyjścia, skoro agresja sprzed dwóch lat nie mogła pozostać bez reakcji. W obliczu jednak odmiennych od stereotypów zachowań zwykłych obywateli imperium, warto im w miarę możliwości wysyłać sygnały, że putinowska dyktatura nie jest z rosyjskim społeczeństwem utożsamiana. W tym wypadku wolny świat objawić musi “miękką siłę”, samo wspieranie Ukrainy dostawami broni i środków na nią nie wystarczy – z tym zresztą w USA jest kłopot, z powodu przetargów między demokratami a republikanami przed wyborami prezydenckimi i łączenia pomocy z kwestią zabezpieczenia granicy meksykańskiej, dla Europejczyków całkiem egzotyczną oraz z podobnie odległymi dla nas kwestiami bliskowschodnimi i wsparciem dla Izraela. 

Od Nawalnego więc również warto się uczyć jak przemawiać do jego rodaków, bo niewątpliwie to potrafił, sprawnie używając mediów społecznościowych. Stanie się to zapewne najbardziej roztropnym hołdem jego pamięci złożonym.

[1] Andrzej Drawicz. Pocałunek na mrozie. Polonia. Londyn 1989, s. 7

[2] Jarosław “Jack” Malik. Prorok niespełniony – dlaczego nie płaczę po Nawalnym. gruszka.com z 17 lutego 2024 

[3] por. Tomasz Waleński. Nie ma zaskoczenia. Ten moment zdecydował o losie Nawalnego. wp.pl z 18 lutego 2024

[4] Jarosław “Jack” Malik, op.cit.     

[5] por. Aleksiej Lewinson, “The Moscow Times”. onet.pl z 10 grudnia 2023 

[6] por. Sondaż: większość Rosjan poparłaby decyzję Putina o zakończeniu wojny rp.pl z 31 października 2023

[7] por. Sondaż: rekordowa liczba Rosjan uważa, że zaatakowanie Ukrainy było błędem rp.pl z 28 czerwca 2023

[8] por. Agata Sucharska. Rosjanie odpowiedzieli, co sądzą o wojnie interia.pl z 10 lutego 2024

[9] Andrzej Drawicz. Pocałunek na mrozie, op. cit, s. 24

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here