Twórcy to oprócz przedsiębiorców główna grupa najmocniej poszkodowana za sprawą ograniczeń wprowadzonych  w obronie przed koronawirusem    

Nie ma nawet kawiarń, w których można się spotkać. Zastępują je stacje benzynowe. Nikt nie organizuje eventów jeśli nie liczyć pokazówek władzy.        

Klienci mogą być jednak spokojni. Firma usługowa adresująca swoją ofertę do VIP-ów dotrzyma wszelkich umów. Ale gdy to już nastąpi – właścicielka po raz kolejny zmieni zawód, pracowała już w nieruchomościach i mediach. Inaczej się nie da. Czynsz w pięknej i prestiżowej kamienicy w samym centrum Warszawy wynosi pięć tysięcy miesięcznie, a odkąd zaczęła się epidemia, zniknęły jakiekolwiek dochody. Właścicielka być może po raz ostatni tutaj nalewa kawę do filiżanek, lokal chce zwolnić do końca tygodnia. Zostanie tylko na czas jakiś elegancka tablica przy nowoczesnym domofonie obok szyldów renomowanych instytucji finansowych i kancelarii adwokackich.   

Ekspert z ministerstwa rolnictwa w poniedziałek czuł się fatalnie, więc został w domu. Na szczęście okazało się, że to nie koronawirus, tylko zwykłe przeziębienie. We wtorek był z powrotem w pracy. W środę – znowu w domu przy komputerze, bo tak zdecydowali przełożeni. W odróżnieniu od pracujących na swoim wie, że będzie miał zapłacone i nie musi się martwić o lokal, ale częste zmiany nie sprzyjają skupieniu, którego wymaga specjalność tak blisko związana z naturą. Roślin wirus z Wuhan się nie ima.   

Wiesław Breński spotyka się z klientami na stacjach benzynowych, choć zwykle konferował z nimi w Mariotcie. Wczoraj pani nalała jemu i kontrahentowi kawy i czekała, aż wyjdą z nią na zewnątrz, pomiędzy dystrybutory paliwa. Ale Wiesław nie odpuszcza ze swoją firmą usługową, wakacji sobie nie zrobi. Chociaż łatwo nie jest.

– Kontrahenci mówią: spotkajmy się później – relacjonuje Breński.

Odkąd zaczęła się epidemia, polscy kreatywni często słyszą: porozmawiamy, gdy się to skończy. Oznacza to, że teraz się nie dowiedzą, czy umowa zostanie zawarta. Ani czy zarobią.

Dlatego Wiesława Breńskiego złości dyżurny optymizm Mateusza Morawieckiego: – Bzdury premier mówi, że bankomaty świetnie działają. W tych banku ING można pobrać po 100 zł.

Przedsiębiorca znajduje radę dla rządzących: – Niech wyjdą z Kancelarii Premiera. Zobaczą sami, jak to funkcjonuje.    

Strateg i designer Andrzej Kieryłło nie rusza się teraz z Milanówka. – Dla mnie się wiele nie zmieniło – zastrzega. Wskazuje, że artyści estradowi mają problem: koncerty zostały odwołane aż do czerwca, dochodów z nich nie będzie. A zapasów finansowych nie mają. Zapewne kilka procent sobie poradzi. Ich miał na myśli Krzysztof Skiba, gdy zżymał się, że śpią na pieniądzach, a skarżą się z powodu odwołanych koncertów.  

Pisarze nie mają tego problemu. Zawsze pracowali w domach, więc dla nich niewiele się zmieni – wskazuje Kieryłło.

Z autopsji zna ten problem Jerzy Woźniak, autor trzech znakomitych powieści o kolejach losu Warmii i Mazur w pierwszej połowie XX wieku. Tylko w marcu zmuszony był zrezygnować ze spotkań z czytelnikami na zamku w Nidzicy i w bibliotece w Ostrołęce. Na kolejne przyjdzie poczekać do jesieni, gdy wirus daj Boże ustąpi, bo w wakacje spotkań autorskich się nie organizuje.

Właściciel wydawnictwa „Akces”, które opublikowało wszystkie książki Woźniaka – Robert Nowicki zwykle spotykał się z klientami w Bliklem przy placu Wilsona lub pobliskiej pizzerii Pepperoni, to dobre lokalizacje bo blisko metra. Ale teraz wszystkie kawiarnie i restauracje, wszystko jedno, czy usytuowane w dobrych czy złych miejscach pozamykano, albo zmuszone były ograniczyć się do szykowania jedzenia na wynos. Jednak „Akces”, założony przez bohaterów dawnego drugiego obiegu radzi sobie również z obecnymi przeciwnościami. Nie ma wyboru, wszystko musi się dziać online. Teraz to w sieci odbywa się cały obieg tekstów: – My do korektora, on do redaktora, ten znowu do nas i tak to działa – objaśnia prezes Robert Nowicki.   

– Architekci jak mój syn zamiast spotykać się z klientami, przesyłają projekty elektronicznie – opowiada Andrzej Kieryłło. – Siadły natomiast bezpośrednie kontakty międzyludzkie.

Na szczęście – zauważa strateg – jesteśmy już w internecie zaawansowani. Zawsze można zorganizować telekonferencję. Większy problem mielibyśmy kilka lat temu.

Nie wszystko da się zrobić w internecie – zauważa pisarz Jerzy Woźniak. Odkąd zaczął się kryzys, spowodowany wirusem z Wuhan, nie ma dostępu do zbiorów archiwalnych ani muzealnych. Dlatego nie wybrał się do Instytutu Kętrzyńskiego w Olsztynie. A wcześniej zamówiono u niego artykuł, dotyczący plebiscytu na Warmii i Mazurach. Terminu jego publikacji nikt nie przesunie, bo pokrywa się z setną rocznicą tego ważnego dla polskości ziem północnych wydarzenia.           

Również Jarosław Jakimczyk nie może teraz pójść do żadnego archiwum, czytelni akt sądowych ani biblioteki, w której znajdują się dokumenty. Za to skoro ma więcej czasu, może sobie pozwolić na bieganie po lesie. Ale nie tam go zastałem, gdy odebrał telefon komórkowy – Robię to, co zwykle. Siedzę przy komputerze – objaśnia  były dziennikarz śledczy i redaktor strony kompromatrp.pl. Nie skarży się ani nie dramatyzuje.    

Czegoś takiego jak obecna narodowa kwarantanna – to świeże określenie autorstwa jednego z nich – przedstawiciele polskiej klasy kreatywnej jednak jeszcze nie przeżywali. Od części złych następstw nie da się uciec. Nie pomaga dywersyfikacja aktywności, gdy ograniczeniom podlegają różne branże: jeśli firma na co dzień wydająca książki i ulotki reklamowe zajmowała się dodatkowo mierzeniem czasu w wyścigach kolarskich – to ta druga działalność teraz całkiem zamarła, bo sportowych imprez w ogóle się nie organizuje. 

Dla wielu zwykłe pytanie – jak się pracuje? – nabrało w ostatnich tygodniach dramatycznego sensu. Dlaczego niedawni pierwsi beneficjenci zmiany ustrojowej okazali się w złej chwili najbardziej poszkodowanymi?  Przed laty klasa kreatywna stała się forpocztą polskiego kapitalizmu, ale nie stworzyła dla siebie bezpieczników. Trzydzieści lat temu młodzi, świetnie wykształceni, zwykle po studiach humanistycznych lub ekonomicznych, przeważnie ze stażem w nielegalnej polityce, jedyni znający języki obce gdy w szkołach systematycznie uczono tylko rosyjskiego – czuli się zdobywcami. Tak określali ich zresztą definujący targety odbiorców specjaliści od reklamy, również wywodzący się z tego grona. Gdy w trzecim roku transformacji ustrojowej jako kierownik działu politycznego rekrutowałem zespół liberalnego dziennika „Obserwator Codzienny”, w którym 25-latkowie same pensje mieli większe niż zarobki obojga rodziców razem wziętych, a dochodziły jeszcze wierszówki i premie – adeptów interesowało zwykle ile zarobią i czym dokładnie się mają zajmować, a o etat pytali na samym końcu… jeśli w ogóle. Luz objawiał się nie tylko w sposobie bycia (dziewczyny chodzące boso po redakcji, chłopaki udający się na wywiad z premierem czy marszałkiem w wyciągniętych zakopiańskich swetrach albo t-shirtach z nadrukiem z nazwą amerykańskiej drużyny koszykówki) ale również w podejściu do przyszłości. Ich brak zapobiegliwości i nawyku wspólnego działania wykorzystali politycy, gdy przyszło łatać budżet – jak Donald Tusk, wprowadzający dyskryminujące twórców zmiany w kwestii uzysku podatkowego, bo przekonany, że i tak na nikogo innego nie zagłosują. W interesy twórców uderzyła też postępująca destrukcja telewizji publicznej za rządów PO i jej ostateczne przekształcenie w aparat partyjnej propagandy, gdy do władzy doszło PiS. Symbolem wykluczenia kręgów o ponadprzeciętnych umysłach i talentach stało się obejmowanie stanowisk dyrektorskich w telewizji państwowej przez osoby, których inteligencja i maniery pozostawały przedmiotem środowiskowych anegdot. Klasa kreatywna po części sama jest sobie winna, bo pozwoliła – podobnie jak przedsiębiorcy – przedwcześnie odesłać do lamusa pojęcie inteligencji jako grupy społecznej wraz z jej powinnościami i nie odczuwała potrzeby wspólnego działania. Chociaż jeśli zamożni i zawsze konkretni Niemcy znajdują w swoim ustroju miejsce na partię dentystów jak powszechnie nazywa się tam wolnych demokratów z FDP, to u nas ani partia artystów ani powszechny samorząd gospodarczy nie powinny się wydać pomysłami ekscentrycznymi.    

Robert Nowicki, szef Agencji Wydawniczej i Reklamowej Akces definiuje kreatywnych jako tych, którzy… muszą sami zarobić na wszystko.

Klasa kreatywna w Polsce nie stała się wcześniej przedmiotem głębokich analiz socjologicznych, bo też… innym nie sprawiała kłopotu. Z przedsiębiorcami wiele ją łączy. Ta pierwsza grupa wymyślała nową Polskę, ta druga ją utrzymywała ze swoich podatków. Polska ostatnich trzech dekad swój rozwój zawdzięcza nie geniuszowi rządzących – bo ten rzadko się objawiał – ale pracowitości przedsiębiorców i gotowości ponoszenia przez nich ryzyka, jak również know how, zapewnianemu przez kreatywnych. To ich wyobraźnia i zdolności promocyjne decydowały często o losach wprowadzanego na rynek produktu czy restrukturyzowanej firmy. Zaś jeśli pozostali w domenie tradycyjnie pojmowanej kultury – sprawili, że nie staliśmy się bantustanem, wyłącznie dostarczycielem taniej siły roboczej w nowym międzynarodowym podziale pracy. Jeżeli w ostatnich latach Polskę w headline’ach światowych stacji telewizyjnych wymieniano w dobrym kontekście – to nie za sprawą osiągnięć jej polityków tylko filmowego Oskara (Paweł Pawlikowski), literackiej Nagrody Nobla (Olga Tokarczuk) albo uhonorowania architekta za Dom Roku (Robert Konieczny). Renomą międzynarodową cieszą się polscy malarze (Wilhelm Sasnal) a nie planiści od 500+.     

Kreatywni nie staną z transparentami pod Sejmem jak górnicy czy hodowcy, ale państwo wobec nich również ma zobowiązania – zwłaszcza, że przez trzy dekady transformacji ręki do niego nie wyciągali: zwykle leczyli się prywatnie, nie korzystali z rządowej inżynierii społecznej (który z nich zna wysokość płacy minimalnej?) ani rozbudowanych programów pomocowych, a wszyscy płacili zobowiązania podatkowe. Na obecnym kryzysie tracą więcej niż inni.

Artyści, kreatorzy wysublimowanych usług czy analitycy  jeśli nawet padną ich firmy, znajdą sobie zapewne nowe miejsca na rynku pracy, skoro radzili sobie przez tyle lat. Ich pauperyzacja oznacza jednak dla reszty Polaków kolejny krok w kierunku cywilizacji disco polo i tureckich seriali.   

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 4.3 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here