Marek Siwiec po kilkunastu latach powraca do polityki, jako nowy szef Kancelarii Sejmu przy marszałku Włodzimierzu Czarzastym. Dla lidera Nowej Lewicy to nominacja osoby zaufanej i kompetentnej a zarazem spełnienie prośby dawnego promotora kariery ich obu Aleksandra Kwaśniewskiego. Natomiast dla reszty Koalicji 15 Października powrót Siwca w takiej roli stanowi niewątpliwie konfuzję. Pamięta się bowiem, jak całował ziemię parodiując gest Jana Pawła II, zresztą zachęcany do tego przez Kwaśniewskiego.
Nagranie scenki, zapoczątkowanej prezydenckim pytaniem:
– Czy minister Siwiec ucałował ziemię kaliską?…
…bo też w Kaliszu rzecz się działa, upublicznił przed laty sztab rywala Kwaśniewskiego do prezydentury, Mariana Krzaklewskiego, lidera współrządzącej wtedy wraz z Unią Wolności Akcji Wyborczej Solidarność.
Nastroje społeczne były jednak wtedy takie, że pomysł nieudolnego szefa kampanii szefa AWS, Wiesława Walendziaka, by tę sytuację poddać pod osąd opinii publicznej okazał się gwoździem do trumny wcale nie urzędującego prezydenta, lecz jego kontrkandydata Krzaklewskiego i sztabu. Rozczarowanie rządami AWS okazało się ogromne a nastroje społeczne takie, że zwykli Polacy oburzali się nie na brak szacunku dla Ojca Świętego objawiony przez Kwaśniewskiego i Siwca lecz na potajemne nagrywanie zza płotu jako metodę prowadzenia kampanii przez Krzaklewskiego. Obsadzenie go w roli demaskatora postkomunistów i obrońcy papieskiego autorytetu nie udało się zupełnie. Wcześniej zresztą, kiedy w trakcie pielgrzymki do Polski Jan Paweł II zaprosił do swojego samochodu “papamobile” prezydenta Kwaśniewskiego, po kraju kursował dowcip:
– Dlaczego Papież zabrał do papamobile Kwaśniewskiego a nie Krzaklewskiego?
– Bo Marian nie chciałby wysiąść.
Teraz tamte klimaty powracają. Chociaż Siwiec wykazać się może życiorysem na tyle bogatym, że za krzywdzące da się uznać sprowadzanie go do jednej tylko scenki.
Co na to kierownik, pomysłodawca NZS-u
Nie ulega raczej wątpliwości, że chociaż Siwiec – poza tym jednym epizodem zręczny polityk i skrupulatny urzędnik – stworzy niewątpliwie nowemu pryncypałowi komfort pracy, jaki daje zawsze kompetentne zaplecze – ułatwi też pisowskiej propagandzie nazywanie obecnie rządzącej ekipy “Koalicją 13 grudnia”: to zresztą autentyczna data zaprzysiężenia rządu w 2023 r. Donald Tusk przystał na nią z niedbalstwa i dlatego, że spieszył się do Brukseli, jakby nie wiedział, jaką wagę w Polsce przywiązuje się do symboli, w tym kojarzących się z historią dat. Sam jeśli chodzi o poprzedni ustrój nie tylko nie ma sobie nic do zarzucenia, ale może wylegitymować się mimo młodszego wieku prawdziwszym życiorysem opozycjonisty niż Jarosław Kaczyński, o którym wiemy, że “13 grudnia spał do południa”. Za to Donald Tusk, wtedy 23-letni, nie tylko wspomagał strajk w Stoczni Gdańskiej, ale kiedy trwał, przed jej bramą wraz z grupką innych młodych ludzi w tym pisarzem Pawłem Huellem ogłosił zamiar powołania wolnej akademickiej organizacji, później nazwanej Niezależnym Zrzeszeniem Studentów. .
Sztuka spadania na cztery łapy
Na przeciwległym biegunie sytuował się wówczas student Akademii Górniczo-Hutniczej i działacz socjalistycznych organizacji młodzieżowych, pochodzący z Tarnobrzegu gdzie ojciec był wicedyrektorem kombinatu Siarkopol a matka prokuratorem – Marek Siwiec. Rocznik 1955, idealnie wykorzystał swój czas. Zdążył być członkiem PZPR od 1977 r. aż do rozwiązania partii, jednym z założycieli Socjaldemokracji RP w którą się przepoczwarzyła, członkiem pierwszego składu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w demokratycznej już Polsce budującej nowy ład medialny (to wtedy przyznano Polsatowi Zygmunta Solorza pierwszą koncesję dla telewizji ogólnopolskiej a licencje radiowe uzyskały Radio Zet, RMF i Radio Maryja), wreszcie ministrem u prezydenta Kwaśniewskiego i deputowanym do Parlamentu Europejskiego przez pierwsze dwie kadencje obecności tam polskich posłów.
Imponujący to życiorys nawet jak na jego formację, znaną z trudnej sztuki spadania na cztery łapy. Jeśli błędy popełniał to sporadycznie jak wtedy gdy pod koniec europosłowania wcześniejszy wiceprzewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej ogłosił się przedstawicielem efemerycznego i niezbyt poważnego Ruchu Palikota: wcześniej jednak, w pierwszej swojej kadencji zdążył być nawet wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Wyżej z Polaków w tym gremium zaszedł tylko Jerzy Buzek, ale on wcześniej był przez cztery lata premierem.
Tygodnik “ITD”, któremu szefował Siwiec w ostatnich latach PRL nie był marnym pismem propagandowym, starał się trafić do studentów raczej cyklem rozmów “Ring” z ówczesnymi celebrytami ale też psychologami czy filozofami, ambitnym serwisem zdjęciowym (dla mistrzów obiektywu publikacja tam stanowiła nobilitację) i poradami “seksuolog radzi” autorstwa Zbigniewa Lwa Starowicza. Wcześniej jego redaktorami naczelnymi pozostawali: Zdzisław Pietrasik, odwołany w trakcie roku legalnego działania Solidarności za zamieszczenie wywiadu z Jackiem Kuroniem oraz Aleksander Kwaśniewski. Z pewnością nie z betonem PZPR tygodnik ‘”ITD” kojarzono. Czytało się go z przyjemnością i bez zaciskania szczęk. Na pewno po stronie władzy zaangażowany, torował świadomość, która zaprowadziła ją do Okrągłego Stołu. Chociaż nie przy nim setka uczestników zdecydowała o losach Polski. Uczyniły to miliony przy urnach 4 czerwca 1989 r.
Marek Siwiec na pewno zaliczał się do tych, co w jego obozie najszybciej oswoili się z ich werdyktem. Najpierw reanimował “Trybunę”, z której tytułu usunięto drugie słówko: “Ludu”, jako niedzisiejsze. Pamiętam rzeczową rozmowę z nim z tego czasu, kiedy pracowałem nad artykułem dla “Gazety Wyborczej” o losach różnych tytułów dawnej PRL-owskiej prasy. Posłem został w 1991 r. z listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej i powtórnie w dwa lata później, kiedy to ugrupowanie wygrało wybory do Sejmu. Na pewno zaliczał się do tych, co mogli o sobie powiedzieć, że walnie się do tego zwycięstwa przyczynili. Wielu obecnych wyborców Koalicji 15 Października nazywało to wtedy rekomunizacją. Czego nie zmienia fakt, że sporo obaw, jakie wtedy żywiliśmy, się nie potwierdziło.
Poprzednik Siwca na stanowisku szefa kancelarii Jacek Cichocki był w poprzednim rządzie Tuska koordynatorem służb specjalnych i ministrem spraw wewnętrznych. Z kolei za prezydentury Kwaśniewskiego sam Siwiec przez siedem lat szefował jego Biuru Bezpieczeństwa Narodowego. Znakiem czasu pozostaje, że tak Szymon Hołownia jak Włodzimierz Czarzasty obsadzili funkcję szefa administracji parlamentu urzędnikami obeznanymi z sektorem siłowym. Z przekonaniem, że najpewniejsze dadzą oparcie.
Już po nominacji Siwca na szefa Kancelarii Sejmu Czarzasty ogłosił zakaz sprzedaży alkoholu we wszystkich budynkach sejmowych. I zapowiedział wydanie do końca roku rozporządzenia o kilometrówkach, zwrocie kosztów posłom za benzynę, które stawały się przedmiotem nadużyć. Tym samym marszałek pokazuje, że zanim upłynęła pierwsza doba jego urzędowania, poradził sobie z problemami, z jakimi nie umiał się przez dwa lata uporać jego poprzednik w fotelu marszałkowskim Hołownia. Do podobnych zabiegów i sygnałów Czarzasty nawet Siwca nie potrzebuje, własnego sprytu mu nie brak.