Ludowcy wybrali ratowanie własnej partii

0
505

Decyzja PSL o osobnym starcie w wyborach oznacza, że ludowcy zamiast brać władzę – wolą zachować partię. Trudno im się dziwić. To nie czerwiec 1989 r. gdy głosowało się blankietowo i plebiscytowo, czasem nawet na nieznanych kandydatów, byle mieli zdjęcie z Wałęsą.

Łukasz Perzyna

Position

Trudno o bardziej wyrazisty przykład egoizmu w polityce. Ale też jeszcze trudniej politykom PSL odmówić racji, gdy tłumaczą, że nie będzie ich altruizmu uczył Adam Michnik, patriotyzmu Włodzimierz Czarzasty ani umiarkowania Barbara Nowacka.

Miraż jednej antypisowskiej listy nowego bloku demokratycznego odrzucony został nie sobotniego przedpołudnia 6 lipca w obskurnym gmachu OPZZ, gdzie zebrała się rada Polskiego Stronnictwa Ludowego. Ten mit – w polskiej polityce najmocniejszy od czasów rządów AWS – został wcześniej negatywnie zweryfikowany przez wyborców w dniu europejskiego głosowania 26 maja. Demokratyczny elektorat przytomnie uznał, że Schetyna to nie Wałęsa, a Kaczyński – choć szkodnik – również nie przypomina generała Jaruzelskiego.

W efekcie jedynym zwycięzcą wyborów do europarlamentu okazał się Robert Biedroń, któremu 6 proc głosów i trzy mandaty dały wobec polaryzacji miejsce na podium polskiej polityki i dogodną pole position przed jesiennym głosowaniem do Sejmu. Pozostali liderzy zapisali wyłącznie sukcesy cząstkowe, zwane też przez inteligencję zwycięstwami pyrrusowymi: Kaczyński pokonał opozycję chociaż jej nie zlikwidował, zaś Schetyna wprawdzie przegrał z PiS, ale wyzerował konkurencję, biorąc ją na własne listy i samemu decydując, kto od niej pojedzie do Strasburga. Maj, przedstawiany przez PiS jako wielki triumf – potwierdził tylko status quo dokumentowane wcześniej rezultatami do sejmików jesienią ub.r. oraz progresją sondaży.

Jedna wspólna lista demokratów okazała się mirażem, skoro nie dała zwycięstwa wyborczego. Nawet w tak skromnym jak europejskie głosowaniu.

Politycy PSL przytomnie uznali w tej sytuacji, że zamiast tworzyć rzeczywistość – lepiej się do niej dostosować. Swoje już osiągnęli – z list Koalicji Europejskiej (z PO i SLD) wprowadzili trzech eurodeputowanych, pewnie nie mieliby tylu mandatów idąc pod własną flagą. Przecież przywództwo Władysława Kosiniak-Kamysza wynikało z prześlizgnięcia się partii tuż nad pięcioprocentowym progiem wyborczym przed czterema laty do Sejmu, co zaowocowało oczywistą zmianą lidera w sytuacji, gdy w podwarszawskim okręgu zwanym obwarzankiem mandatu nie wywalczył prezes Janusz Piechociński.

Jednak w maju br. znaczna część zwolenników PSL, oburzona i zagrożona obecnością w sojuszu Koalicji Europejskiej odmieńców bez opamiętania znieważających religię i Kościół – została w domach. Stąd zrodził się fałszywy stereotyp, że wieś zagłosowała na PiS, z którym wystarczająco inteligentnie rozprawił się już chłopski lider Michał Kołodziejczak z Prawdy, żebym nie musiał robić tego powtórnie.

Michał Kołodziejczak, lider nowego pokolenia

Kołodziejczak jest zupełnie wolny od nostalgii za PRL, cechującej Andrzeja Leppera, a jako właściciel gospodarstwa rolnego podkreśla wartość wolności Internetu.

Czytaj więcej

Start jesienią pod własną flagą oznacza dla PSL ponowne skrzyknięcie swoich zwolenników pod zielonym sztandarem. Nie jest za późno. Ludowi liderzy sobotniego przedpołudnia wybrali więc własną partię, a nie zbawianie Ojczyzny pod dyktando Schetyny, „Gazety Wyborczej”, Czarzastego i Barbary Nowackiej, a może nawet „supportera” Leszka Jażdżewskiego i ulicznych wojowników, którym sakramenty kojarzą się z genitaliami, niczym bosmanowi z dowcipów.

Ludowcy jak na razie słyną z instynktu samozachowawczego, który zagwarantował im obecność we wszystkich demokratycznie wybranych parlamentach po zmianie ustrojowej. I wszystko wskazuje na to, że powtórnie się nim wykazali. Chociaż oczywiście ich decyzja wydatnie zwiększa prawdopodobieństwo, że po jesiennych wyborach PiS będzie rządzić dalej, aczkolwiek wcale o tym nie przesądza.

W PiS pojawiają się bowiem problemy, których nawet samodzielna większość w kolejnym Sejmie nie rozwiąże, choćby kwestia sukcesji po Jarosławie Kaczyńskim. Nic nie zapowiada, by zgodnie przebiegła, a lider w formie jest fatalnej – wszyscy pamiętają występ „bez żadnego trybu” na sejmowej trybunie, ten z „kanaliami” i „mordami zdradzieckimi”. W ZSRR po Breżniewie nie od razu przyszedł Gorbaczow, wcześniej była jeszcze smuta dwóch pomniejszych sekretarzy, zaś potem nawet pierestrojka i nowe myślenie nie zapobiegły rozpadowi państwa. A Związek Radziecki istniał ponad siedemdziesiąt lat, PiS – na razie osiemnaście. Z czego sześć lat w dwóch odsłonach przypada na rządzenie. Zaś dwie przedzielone interludium Komorowskiego kadencje pisowskich prezydentów to już 9 lat. Przecież nawet generałowi de Gaulle’owi, który w odróżnieniu od Kaczyńskiego nie spał do południa w chwili próby, tylko wyzwolił ojczyznę – studenci skandowali: dix ans, ca sufit, dziesięć lat wystarczy.

Uzasadnienia, że dwie listy demokratycznej opozycji zdobędą więcej niż jedna pozostają w sferze political fiction. Logika ordynacji – a ściślej sposobu liczenia głosów metodą d’Hondta, znakomitego belgijskiego matematyka – okazuje się bowiem całkowicie odmienna. Z podobnymi koncepcjami występował Lech Wałęsa pod koniec lat 90-tych, co dla niego skończyło się jednoprocentowym poparciem w wyborach prezydenckich 2000 r., chociaż on sam i doradcy do znudzenia cytowali wtedy stratega Clausewitza, że najlepiej maszerować osobno, ale atakować razem. Nic z tego nie wyszło, a byłemu nobliście powrót do polityki – chociaż już tylko w roli komentatora, a nie lidera – umożliwiły dopiero gorszące, przaśne i awanturnicze rządy PiS. Destruowały wszystkie autorytety, więc skłoniły demokratyczną opinię do szukania ich w przeszłości.

Zaś Dariusz Grabowski, przekonany o ogromnym wpływie tradycji szlacheckiej na współczesną polską świadomość – nie tylko inteligencką – ma kolejny potwierdzający to dowód. Wywodzący się z mazowieckiej szlachty zagrodowej Jarosław Kalinowski oraz z nieco lepiej sytuowanej małopolskiej Władysław Kosiniak-Kamysz – bo to nie fornale liderują chłopskiej partii – nawiązali zaskakująco zgodnie (choć zapowiadano ich niełatwą kohabitację) do tradycji liberum veto, które zanim wyrodziło się w zrywanie sejmów – skutecznie chroniło obywatelską wolność i szlachecką demokrację. Dziś decyzja PSL kładzie kres swoistej tyranii większości – już w znaczeniu, jakie temu pojęciu nadawał Alexis de Toqueville – która paradoksalnie pojawia się w demokracji, a w polskich warunkach znaczy: tylko jedna lista, kto się wyłamie, ten odpowiada za kolejne cztery lata rządów PiS.

W przyszłości być może będziemy wdzięczni Kosiniak-Kamyszowi, Kalinowskiemu i Markowi Sawickiemu za ich decyzję. Każdy monopol prowadzi bowiem nieuchronnie do degeneracji monopolisty, również ten w opozycji demokratycznej.

Dla demokratycznie myślących liderów zmiana sytuacji oznacza… konieczność solidnego wzięcia się do roboty. Nikt już nie będzie demokratycznej opinii publicznej terroryzował fantomem jedynej słusznej listy, jednego prawomyślnego komitetu. Bo też to konstrukcje sprzeczne z ideą demokracji.

Dla propaństwowych polityków, pragnących zmienić polskie życie publiczne po czterech latach pisowskiego permanentnego pomieszania rządu, Sejmu i partii – rozpad fantomu jednej listy to czytelny sygnał: robić swoje i nie oglądać się na konkurentów, ani nie czekać na pochwały mainstreamowych mediów. Właściwe uznanie i nagroda pochodzić bowiem będą od wyborców. Ale najpierw trzeba na to wszystko zasłużyć.

Jak uważasz?

Po tej decyzji PSL...
  • dodaj swoją odpowiedź

Czytaj teksty Łukasza Perzyny:

Podobało Ci się?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen / 5. ilość głosów

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here