Rakieta z Rosji, katalizator koabitacji

0
133

Oczywiście nie jest tak, że gdyby nie rosyjska rakieta, która 29 grudnia wleciała nad Polskę, prezydent Andrzej Duda nie mógłby porozmawiać z premierem Donaldem Tuskiem. Co więcej, wiemy, że obaj politycy odbyli wspólną rozmowę nie tylko tego dnia, ale wcześniej 16 grudnia (w sprawie posiedzenia Rady Europejskiej) i 21 grudnia (z udziałem jeszcze marszałka Sejmu Szymona Hołowni). Nie o ich kalendarze jednak chodzi, lecz o poczucie bezpieczeństwa Polaków.

Jeśli od tej najważniejszej strony na sprawę spojrzeć, nietrudno o optymistyczne wnioski. Zaskakuje pozytywnie fakt, że odpowiedzialni za polskie granice politycy i dowódcy tym razem postarali się o wspólny przekaz, nawet pośredni (publicznie wystąpili, osobno zresztą, nie Tusk i Duda bowiem, lecz minister obrony tego pierwszego Władysław Kosiniak-Kamysz oraz szefowa prezydenckiej kancelarii Grażyna Ignaczak-Bandych), nie tylko uspokajający dla opinii publicznej, ale wskazujący na poprawę sytuacji w porównaniu z czasem, gdy wszystkie ośrodki władzy wywodziły się z jednego obozu politycznego. Wtedy bowiem, gdy nad Polskę wleciała rakieta, którą w końcu odnaleźli po wielu miesiącach grzybiarze pod Bydgoszczą – Duda obarczał generałów odpowiedzialnością za to, że jakoby nie był w należyty sposób o sprawie powiadomiany. Zaś postponowanych wówczas dowódców w obronę wzięli weterani procesu dostosowania polskiej armii do demokratycznych procedur i dostosowania jej do struktur atlantyckich z admirałem Markiem Toczkiem na czele. Obwiniani bezpośrednio o zaniedbania generałowie poskładali dymisje, a sympatia społeczeństwa była raczej z nimi niż z odpowiedzialnym przecież konstytucyjnie za bezpieczeństwo państwa prezydentem. Uleganie przez osiem lat we wszystkim przez Dudę jego dawnemu szefowi w PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu osłabiło niewątpliwie jego prestiż, ale w niczym nie uszczupliło uprawnień, określanych przez ustawę zasadniczą. Skwitować raczej można, że wreszcie ma ręce rozwiązane i możliwość, żeby z nich korzystać, oby tylko z równie dobrym dla poczucia bezpieczeństwa obywateli skutkiem, jak miało to miejsce 29 grudnia, kiedy to Polacy pomimo międzyświątecznej atmosfery w ich domach znów gromadnie wstrzymali oddech, spoglądając na ekrany telewizorów i nie miało to wcale związku z wciąż trwającym a nawet zaostrzającym się do granic w jakich w ogóle to możliwe “sporem o inwestyturę” w TVP.   

Nie znamy nie tylko przebiegu ani nawet formatu piątkowej rozmowy prezydenta z premierem. Nie ulega jednak wątpliwości, że sprawy w niej podjęte elektryzują Polaków w stopniu niedostępnym dla problemu środków objętych Krajowym Planem Odbudowy (pierwszy przelew z nimi już do Polski dotarł)  czy nawet przyszłości Telewizji Polskiej (co nie przypadkiem piszę wielkimi literami), z całym szacunkiem dla ważności tych kwestii, stanowiących temat poprzednich spotkań dwóch kluczowych dla polskiej polityki, choćby z racji pełnionych funkcji, chociaż nie tylko, postaci.

Co testuje Władimir Putin

Jeżeli rakieta wystrzelona przez Władimira Putina, co nie mogło nastąpić bez jego osobistej zgody (po puczu wagnerowców samowola żadnych dowódców nie byłaby tam możliwa) przetestować miała wyłącznie polskie i sojusznicze systemy obronne – to efekt jej złowrogiego rekonesansu okazuje się dla Kremla niepomyślny: została bowiem wykryta a tor jej lotu opisany. Zaś jeśli intencją rosyjskich decydentów pozostawało określenie zdolności pokłóconych na co dzień polskich polityków do wspólnego działania w obronie polskiego nieba – rezultat da się określić w podobny sposób. Zajazd na telewizję, najpierw nominatów ministra kultury Bohdana Sienkiewicza, później zaś rozrabiających tam ile wlezie, chociaż podobno w ramach misji poselskiej polityków PiS ani spór o reprezentację opozycji w prezydium Sejmu nie pozbawiły najważniejszych osób w polskim państwie zimnej krwi ani elementarnej odpowiedzialności za reakcje w sprawach, które nie tylko wymagają wspólnego działania ale wprost do niego zmuszają.

Jeśli więc rzecz ująć najkrócej, mamy koabitację z przymusu. Nie dlatego, że najwyżsi dostojnicy państwowi się lubią i chętnie rozmawiają ze sobą nawzajem, ale że dla dobra obywateli okazuje się to konieczne. 

Koabitacja, słowo obce, wywodzące się z języka francuskiego, bo też tamtejsza konstytucja, uchodząca za jedną z najlepszych i najbardziej demokratycznych w świecie to zapożyczenie nieprzypadkowe, bo właśnie we Francji współpraca prezydenta z premierem pochodzących z odmiennych obozów politycznych najmocniej określa siłę państwa. 

W polskich warunkach, zdolność do wspólnej i szybkiej reakcji zyskiwać będzie na znaczeniu, w sytuacji gdy w parlamencie najlepszego – co do czego Tusk i Duda pozostają zgodni – naszego sojusznika trwa obstrukcja w kwestii tak fundamentalnej, jak dalsza pomoc dla Ukrainy, bo republikanie uzależniają wsparcie dla Kijowa od zgody demokratów na postulaty umocnienia granicy z Meksykiem, co dla szerokiej opinii nie tylko nad Wisłą i Odrą ale także Sekwaną, Szprewą czy Tamizą brzmieć może zapewne egzotycznie, ale niesie za sobą osłabienie możliwości “wuja Sama” skutecznego angażowania się w Europie. Co więcej, w sondażach przed jesiennymi wyborami prezydenckimi w USA prowadzi, chociaż z niewielką przewagą, republikanin Donald Trump, którego zwycięstwo może pociągnąć za sobą nie tylko wycofanie się Amerykanów ze wspierania Ukrainy, ale z Europy w ogóle. Nie spowoduje rozwiązania NATO, bardziej podzielenie przez wspólnotę atlantycką losu paru innych paktów, zawiązywanych w okresie zimnej wojny, które w zmienionej sytuacji po rozpadzie ZSRR okazały się już wyłącznie świstkami papieru. Nie da się zapomnieć, że nasze bezpieczeństwo narodowe w dwóch ostatnich gorących latach opieraliśmy na dwukrotnie składanej przez demokratycznego prezydenta USA Joe’go Bidena przejrzystej deklaracji, uznającej za aktualny i obowiązujący artykuł piąty Traktatu Waszyngtońskiego, zobowiązujący państwa Sojuszu Atlantyckiego do wspólnej obrony w sytuacji, gdyby którekolwiek z nich zostało zaatakowane. 

Jeśli zaś zamiast Bidena jesienią wygra Trump – nie będzie czasu, aby płakać nad rozlanym mlekiem. Polska musi mieć na ten wariant wcześniej przygotowane rozwiązania dotyczące europejskiej wspólnoty obronnej. Inicjować je powinna, do czego wzywa od dawna analityk Robert Kuraszkiewicz. Ale sami ich nie przeprowadzimy, możemy tylko wywierać presję na silniejszych. Wobec dwuznacznej postawy Niemiec wobec Rosji – bardziej na Francję, jako mocarstwo podzielające wiele naszych obaw. Jeśli ma się to odbywać skutecznie, ośrodki władzy w Polsce muszą działać wspólnie. Jak się wydaje – poza ochroną granic oraz przeciwdziałaniem klęskom żywiołowym, bo już drożyzny agenda ta nie obejmuje, skoro wywołała ją ekipa pisowska politycznie motywowanym rozdawnictwem socjalnym – właśnie podobne starania składać się powinny na swoiste kohabitacyjne minimum, w realny a nie idealistyczny sposób wyznaczające koleiny przyszłej współpracy premiera z prezydentem. Wątpliwe, żeby jej domeną stać się mogła przyszłość TVP czy nawet kształt budżetu, próbkę dopiero mieliśmy. 

Za to bezpieczeństwo Polski nie tylko powinno ale musi stać się jej polem. Przemawia za tym zarówno potocznie pojmowany zdrowy rozsądek jak kategoria racji stanu, o której zwykły obywatel codziennie nie wspomina, ponieważ wie, że stosuje się ją do spraw najwyższej wagi. Ostatnim politykiem w Polsce, który się do niej odwoływał, pozostawał mec. Jan Olszewski. Za jego krótkich przecież i nie pozbawionych błędów rządów osiągnęliśmy pierwszy po zmianie ustrojowej wzrost gospodarczy, do czego przyczynił się dobór wielobarwnej jeśli o przekonania i doświadczenia chodzi ekipy: ministrem finansów był wówczas Andrzej Olechowski, pracy Jerzy Kropiwnicki a głównym doradcą ds. ekonomii Dariusz Grabowski. Również w czasach Mecenasa wyznaczono zasady na jakich wojska rosyjskie, których obecność stanowiła ostatnie ograniczenie polskiej suwerenności, opuściły nasz kraj.  

 Nie święci garnki lepią

We Francji skuteczną koabitację, po ludzku powiedzmy: współpracę ponad podziałami, prowadzili w latach 1986-88 politycy niewątpliwie wybitni: socjalistyczny prezydent Francois Mitterand oraz prawicowy premier Jacques Chirac. Skali ówczesnych zagrożeń nie muszę szukać w skryptach z historii najnowszej, ze studenckiego pobytu latem 1987 r. w Paryżu doskonale zapamiętałem drobiazgowe kontrole “na bramkach” przy każdym wejściu do metra, związane z zagrożeniem ze strony terroryzmu międzynarodowego. A przecież w tamtych trudnych latach Francja umocniła swój potencjał gospodarczy i prestiż, rozwijała się zarówno jako światowy potentat kultury jak i mocarstwo atomowe. Oczywiście można powiedzieć, że współrządzili nią wówczas mężowie stanu. Z zadowalającą koabitacją nie miał też jednak parę lat później kłopotów, również za prezydentury Mitteranda, bez porównania skromniejszy gaullistowski premier Edouard Balladur, dziś zapomniany raczej prawie 95-letni senior, którego nazwisko znają co najwyżej doktoranci od stosunków międzynarodowych, rozpisujący się na frankofońskie tematy. Po co do tego wracać? Żeby pokazać, że nie święci garnki lepią.       

Ludzki wymiar trudnego słowa i miejsce w historii

Zgrabnym paradoksem stałby się fakt, gdyby wystrzelenie na rozkaz Putina niby to zbłąkanej rakiety Ch-101, mające Polskę osłabić a jej polityków skłócić, okazało się niespodziewanie katalizatorem, jak chemicy określają czynnik przyspieszający, zbudowania na miarę rozsądku udanej współpracy prezydenta z premierem na rzecz powstrzymania postępów kremlowskiej wojny hybrydowej w szerszym nawet niż tylko Polski kontekście i z korzyścią dla wciąż prowadzącej “gorącą” obronę Ukrainy. A także być może – podjęcia przez Wspólnotę Europejską zadań obronnych, których wystrzegała się raczej przez niemal siedemdziesiąt lat istnienia. Dla podobnej reorientacji Polska może dać tylko impuls, bo przecież sami mocarstwem nie jesteśmy. Jeśli ma się pojawić i wyjść poza ramy żyjących 24 godziny medialnych przekazów dnia, współdziałanie wszelkich władz u nas okaże się niezbędne. I siłą rzeczy rzutować będzie na wygaszanie innych ognisk wewnętrznych sporów. Wymusi pojednawczą retorykę, co nieuniknione. Prezydentowi i premierowi łatwiej przyjdzie porozumiewać się co do drobiazgów, chociaż w żadnej umowie się tej zasady nie zapisze.    

Duda, jeśli przyczyni się do budowy skutecznego szańca przeciwko putinowskiej ekspansji, po tym, jak zapisał się w opinii publicznej jako burzyciel porządku konstytucyjnego staje przed wyjątkową – mniejsza o to, zasłużoną czy nie – szansą poprawienia własnej reputacji przez ostatnie półtora roku prezydentury. Demokratyczna zapora przeciw autorytarnemu naporowi na Europę, to przecież doskonale brzmi. Otworzy być może ustępującemu już prezydentowi drogę do kariery w organizacjach międzynarodowych. Zawstydzi wtedy nawet Aleksandra Kwaśniewskiego, któremu na tej niwie się nie powiodło, chociaż również sprawował urząd przez dwie kadencje.

To plan maksimum oczywiście. Dalsza ścieżka kariery Andrzeja Dudy zawiera w sobie też wariant pośredni, stanowiący pewne obliczalne minimum: określa je stopniowe i nieformalne nawet przejmowanie przywództwa w obozie Prawa i Sprawiedliwości. Miarą kryzysu prezesury Jarosława Kaczyńskiego po pyrrusowym zwycięstwie PiS w wyborach (najlepszy wynik ale przy zerowej zdolności koalicyjnej oznaczał oddanie władzy) okazuje się nie tylko seria kompromitujących go reakcji świadczących o braku osobistego opanowania (jak nazwanie Donalda Tuska niemieckim agentem bez dowodów, za to w czasie najlepszej oglądalności) ale przede wszystkim akcja w obronie partyjnego władztwa nad TVP, nie tylko nieskuteczna ale ośmieszająca, jak hucznie zwoływane demonstracje z ostatecznym udziałem dwustu osób w dwumilionowym mieście. Przy tym Kaczyński, który po raz pierwszy za granicę wyjechał jako czterdziestolatek, nie ma pojęcia o dyplomacji ani sprawach międzynarodowych. W stolicach państw, gdzie zapadają decyzje, nikt go poważnie nie traktuje. Zresztą najpoważniejszych, strategicznych rozmów, nie prowadzi się przez tłumacza. 

Za to Duda był eurodeputowanym, zna języki obce a przez ponad osiem lat sprawowania prezydentury stał się rozmówcą najpotężniejszych polityków świata. Widać już nawet, jak w ostatnich dniach zyskali na rozpoznawalności pozostający w cieniu współpracownicy prezydenta: po briefingu i innych wystąpieniach medialnych Grażyny Ignaczak-Bandych związanych z incydentem z kremlowską rakietą, przestano wreszcie się dopytywać, jak nazywa się szefowa jego kancelarii, co nierzadko słyszało się również przy stoliku dziennikarskim w Sejmie. Wzmogła się też popularność powracającego po latach Marcina Mastalerka, z którym, nie tylko jako nieformalnym wiceprezydentem Duda wiąże wielkie plany: chce, żeby skopiował jego drogę. Nie ma co z góry kpić, skoro mało kto znał Dudę a jeszcze mniej dawało mu szanse, kiedy w listopadzie 2004 r. zaczynał marsz po prezydenturę.    

Z kolei Donald Tusk jako historyk z wykształcenia powinien być żywotnie zainteresowany sposobem, w jaki do historii przejdzie. Premierem jest już po raz drugi. Ponad siedem lat pełnienia urzędu to nie tylko rekord odrodzonej w 1989 r. Rzeczypospolitej ale czas dwa razy dłuższy niż sprawował tę funkcję najbardziej w fotelu zasiedziały premier II Rzeczypospolitej Felicjan Sławoj-Składkowski. Historycy pamiętają go jako jednego z winowajców klęski wrześniowej, zaś w potocznej świadomości utrwalił się jako propagator wiejskich wychodków, czasem bezduszny, bo za ich brak kazał zasądzać surowe kary. Tusk zbudował na wsi dzieciakom boiska “orliki”, sporo kilometrów autostrad i zorganizował wspólne piłkarskie Euro w 2012 r. ze szczęśliwszą jeszcze wtedy Ukrainą. Na pomnik wciąż za mało. Może więc trafia się okazja, by na sensowny napis na nim zasłużyć. Zwłaszcza, że wobec Dudy nie ma osobistych uraz jak do Kaczyńskiego za niemieckiego agenta czy wcześniej dziadka z wermachtu, bo przecież propagator tej zbitki Jacek Kurski był człowiekiem nie Lecha – jego ówczesnego rywala w wyborach prezydenckich – lecz Jarosława. Pomimo objęcia urzędu premiera w trzeciej już kadencji Tusk pozostaje sfrustrowany, że Polacy nie doceniają lub nawet nie znają jego osiągnięć w niedawnej roli prezydenta Zjednoczonej Europy. Lekarstwo na ten stres znajduje w zasięgu ręki, na nocnym stoliku. Pozostaje nim telefon, z którego może do Dudy zadzwonić. Zaś rozmówca, połączenie odbierając, zyska niepowtarzalną okazję pokazania również Jarosławowi Kaczyńskiemu, że drogą rozmów uzyskuje to, czego prezes nie umie załatwić protestami, swarami i pokrzykiwaniem z trybuny. Pamiętajmy przy tym, że celem dla Andrzeja Dudy nie jest w żadnej mierze upokorzenie prezesa – lecz sukcesja po nim. Wszystko, co prezydentowi się uda, przybliży go do realizacji zamierzenia.   

Dla obywateli, wciąż zasadnie zatroskanych o własne bezpieczeństwo, sama świadomość istnienia gorącej linii pomiędzy najważniejszymi politykami w państwie i stałego kontaktu, jaki ze sobą utrzymują – ma działanie uśmierzające lęk ale też wzmagające poczucie, że głos oddany w wyborach 15 października nie okazuje się zmarnowany. Taki jest ludzki wymiar obcego słowa koabitacja, po prostu. Zaś kogo nie przekonują argumenty o potrzebie nie jedności przecież, lecz tylko (czy: aż) współpracy, temu zawsze powiedzieć można: pokażmy Putinowi, że wystrzeliwując w ostatnich dniach starego roku swoją rakietę Ch-101 zwyczajnie się przeliczył. Tylko tyle i aż tyle.        

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 8

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here