Polemika z prof. Ryszardem Domańskim

Pan Profesor Ryszard Domański dokonał krytycznej analizy (pełny tekst Profesora w załączeniu) mojego artykułu dotyczącego urzędowej podwyżki płacy minimalnej.  Tekst zakończył „tyle z elementarza praw ekonomii”. Z najwyższą uwagą i pokorą zapoznałem się z argumentami Pana Profesora. Sprowadzają się one do trzech tez. Teza pierwsza – ponieważ wydajność pracy krańcowego pracownika jest wyższa od wynagrodzenia, które w postaci płacy otrzymuje, wobec tego płacę minimalną można podnosić przynajmniej do poziomu zrównania z krańcową wydajnością. Teza druga mówi, że urzędowy wzrost płacy minimalnej spowoduje wzrost popytu na pracę „jakie daje wolny rynek”. Teza trzecia – ponieważ najniżej zarabiający nie oszczędzają a praktycznie całą płacę przeznaczają na konsumpcję to oznacza, że „podniesienie płacy minimalnej szybciej podnosi popyt niż koszty produkcji”.

Pozwolę sobie przedstawić kontrargumenty do tez Pana Profesora.

Uważam, że trzeba dokonać rozróżnienia między płacą a dochodem. Sądzę, że płaca coraz mniej waży w dochodach osób i rodzin najuboższych, coraz więcej ważą świadczenia społeczne i różne formy pomocy. Jest to sprzeczne z gospodarką rynkową i zdrową gospodarką jako taką. Dlaczego? Bo dochód coraz mniej zależy od wydajności i efektu pracy. Zmniejsza to motywację do szukania zatrudnienia. A oto dane za rok 2018. W strukturze dochodów gospodarstw miejskich dochody z pracy stanowią 55%, dochody ze świadczeń społecznych 31%, a 9,4% stanowią dochody z pracy na własny rachunek. W strukturze dochodów gospodarstw wiejskich dochody z produkcji rolnej to 10%, dochody z pracy najemnej 47,6%, świadczenia społeczne 31,5%. Zwrócę uwagę, że są to dane przeciętne. Dane krańcowe dla grup o niskich dochodach bardziej wyraźnie ukazałyby uzależnienie dochodów nie od płac, a od świadczeń społecznych.

Po drugie. Dane odnośnie zatrudnienia i płac są obciążone błędem wynikającym z nieuwzględnienia zatrudnienia „na czarno” ponad miliona obcokrajowców, głównie Ukraińców. Jak Pan Profesor oszacuje wydajność krańcową i płacę krańcową kogoś, kto nie istnieje w polskiej statystyce?

Po trzecie. W Polsce aktywnych zawodowo jest około 50% ludności w wieku produkcyjnym (w Europie wskaźnik ten oscyluje wokół 70%). Oznacza to, że mają inne źródła dochodów, pracują „na czarno”, bądź żyją ze świadczeń społecznych. Trudno tu mówić o wydajności pracy. Można raczej wskazywać na negatywne oddziaływanie polityki socjalnej na skłonność do podejmowania zatrudnienia.

Po czwarte. Ponad dwa miliony Polaków wyemigrowało za pracą i kolejne roczniki dorastającej młodzieży deklarują gotowość wyjazdu. Oznacza to, że (rynek pracy w Polsce nie jest odgrodzony od rynku europejskiego) polityka kształtowania dochodów przez władze miast motywować do pozostania, zachęca do wyjazdu.

Po piąte. Dochody rozporządzane na osobę na wsi w okresie 2004-2018 wzrosły o 158%, gdy w miastach o 119%. Według tezy Pana Profesora tym proporcjom powinien odpowiadać wzrost wydajności pracy. Nie mam wątpliwości, że jest dokładnie odwrotnie – wydajność pracy w miastach rośnie szybciej niż w rolnictwie. Przypomnę, że ponad 53% gospodarstw rolnych (ponad 700 tysięcy) ma obszar mniejszy niż 5 hektarów i osiąga dochody głównie z pracy najemnej, polityki socjalnej i dopłat z Unii Europejskiej.

Po szóste. Urzędowe podniesienie płacy minimalnej odbiera przedsiębiorcom narzędzie, jakim jest polityka płacowa wewnątrz firmy. W efekcie rosną żądania płacowe robotników i kadry. W czasie kryzysu, którego jesteśmy świadkami wydaje się oczywiste, że część przedsiębiorstw na podwyżki nie stać i mogą zbankrutować. Część firm zmuszona będzie do zatrudniania i płacenia „pod stołem”. Miast uporządkowania rynku pracy pogłębi się panująca na nim anarchia.

Po siódme. Ten argument uznaję za fundamentalny. W czasie kryzysu wzrost płacy oznacza spadek zysku i spadek funduszu, który można przeznaczyć na inwestycje. Polska mała i średnia przedsiębiorczość inwestuje coraz mniej, a banki odmawiając bądź utrudniając otrzymanie kredytu walnie się do tego przyczyniają.

Po ósme. Urzędowe podniesienie płac minimalnych wbrew temu, co twierdzi Pan Profesor przyczynia się do wzrostu tempa inflacji. Takie są fakty. Dżentelmeni podobno z faktami nie dyskutują. Moim zdaniem wskaźnik inflacji podawany przez GUS jest zaniżany, co wynika jak sądzę, z nacisków rządu, gdyż jego wysokość ma wpływ na zobowiązania głównie płacowe budżetu państwa.

Po dziewiąte. Ponad półtora miliona Polaków pracuje na zasadzie samozatrudnienia celem uniknięcia wysokiej składki ZUS i innych narzutów na płace. Oznacza to, że tak pożądane przez Pana Profesora równe reguły gry wyznaczane przez rynek w odniesieniu do płac są przez rządzących systematycznie anarchizowane.

Po dziesiąte. Urzędowe podniesienie płacy minimalnej doprowadzi do zwolnień i wzrostu bezrobocia.

Po jedenaste. Konsekwencją urzędowego podniesienia płacy minimalnej jest… odmowa podwyżki wynagrodzeń dla nauczycieli. Samorządy nie mają pieniędzy, dlatego płaca nauczyciela stażysty z wyższym wykształceniem wyniesie 2.949 złotych brutto i będzie wyższa o 149 złotych od płacy minimalnej. Najwyższe wynagrodzenie nauczycielskie wyniesie 4.046 złotych. Jest to efekt braku środków dla jednych, gdy dba się o drugich. A podobno według Jana Zamoyskiego „Takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie”.

Moim zdaniem jedynym konstruktywnym rozwiązaniem problemu zatrudnienia i wynagrodzeń powinna być natychmiastowa radykalna podwyżka kwoty wolnej od opodatkowania sięgająca 50 tysięcy złotych rocznie. Takie rozwiązanie umożliwiłoby przedsiębiorcom podnoszenie płac bez pogarszania rentowności firm, zlikwidowało „płacenie pod stołem”, a pracownikom przywróciło poczucie godności z dobrze wykonywanej i opłacanej pracy.

Teza Pana Profesora o pozytywnym wpływie podnoszenia płacy minimalnej na popyt globalny jest powabna. Jest ona kontynuacją strategii rozwoju gospodarczego PiS, opierającej się nie na oszczędnościach i inwestycjach, a na stymulowaniu konsumpcji. Moim zdaniem taka strategia na dłuższą metę jest dla polskiej gospodarki zgubna. Dlaczego?

Po pierwsze.
Spadają inwestycje polskich małych i średnich przedsiębiorstw.

Po drugie. Poza usługami i częścią żywności większość dóbr konsumpcyjnych pochodzi z importu. To zagraniczne firmy jako pierwsze korzystają ze zwiększonych wydatków konsumpcyjnych Polaków. Przykładem dobitnym jest tu import ponad miliona używanych samochodów w 2019 roku (głównie ponad 10-letnich, ekologicznie szkodliwych). Łączny koszt importowanego do Polski samochodowego „złomu” wraz z wydatkami na paliwo był bliski rocznym wypłatom z puli 500 plus i wyniósł ponad 20 miliardów złotych.

Po trzecie. Rodziny najuboższe i nie tylko takie kupują głównie w: Biedronce, Lidlu, Kauflandzie – zagranicznych sieciach handlowych. To na ich konta w pierwszym rzędzie popłyną złotówki z podniesionej płacy minimalnej. Dodać należy, że firmy te praktycznie nie płacą podatków dochodowych w Polsce i nie podlegają żadnej kontroli. Jednocześnie w ciągu ostatnich dziesięciu lat liczba polskich sklepów zmniejszyła się o ¼ czyli o ponad 100 tysięcy. Dodajmy, że w nabywanych przez Polaków dobrach konsumpcyjnych ponad 20% stanowi podatek VAT, który „wróci” do budżetu państwa. Pomniejsza on konsumpcję.

Dlatego od lat apeluję i powtarzam. Jeśli chcemy podnosić konsumpcję najuboższych, to należy radykalnie obniżyć podatek VAT na dobra konsumowane przez tę część obywateli. W przeciwnym razie stymulowanie popytu i wzrostu gospodarczego przez wzrost płacy minimalnej skutkuje  podniesieniem dochodów kapitału zagranicznego i umocnieniem jego pozycji na polskim rynku, przy pogarszającej się konkurencyjności polskich przedsiębiorstw.

Moim zdaniem analiza wydajności pracy i płac w Polsce w skali mikro, w odniesieniu do polskich małych i średnich przedsiębiorstw prowadzi do wniosku, że marża zysku w przedsiębiorstwie jest z reguły niska i pole na podwyżki płac niewielkie. A kryzys sytuację bardzo pogorszył. Jednocześnie w sektorach zmonopolizowanych, państwowych i zagranicznych wydajność pracy nijak się ma do astronomicznych wynagrodzeń.

W skali makro wydajność pracy w Polsce jest niska ze względu na niską skłonność do podejmowania zatrudnienia, co jest efektem anarchizującej polityki dochodowej prowadzonej przez państwo wynikającej zarówno z przepisów prawa, jak systemu podatkowego i innych.

Dlatego ujęcie teoretyczne Pana Profesora, posługiwanie się współczynnikami krańcowymi prowadzi do wniosków nijak mających się do rzeczywistości.

Mam nadzieję, że Pan Profesor Ryszard Domański, którego znam od lat i cenię nie zamierza dołączyć do grona apologetów obecnej władzy z profesorskimi tytułami, którzy wychwalają zarówno Narodowy Bank Polski pod rządami prezesa Adama Glapińskiego, jak i rząd Mateusza Morawieckiego.     

PEŁNY TEKST PROF. RYSZARDA DOMAŃSKIEGO

1. Jeśli  pracownicy są wynagradzani poniżej ich krańcowej produkcyjności to znaczy, że można  bezpiecznie podnosić płace , bez groźby  presji inflacyjnej, w tempie wyższym od tempa wzrostu wydajności pracy i robić tak dopóki, dopóty rosnąca płaca nie zrówna się z krańcową wydajnością pracy.  To oczywista  prawda wynikająca z “praw ekonomii”. ( Abstrahuje od tego,że  nie znam przypadku  by w Polsce kiedykolwiek  płace realne rosły  prędzej niz wydajnośc pracy)

2. Jeśli  firmy/pracodawcy kierują sie kryterium maksymalizacji stopy zysku, (ew. maksimu rentowności rzoumianej jako zysk/sprzedaż)  a nie krterium maksimum zysku, (a chyba  to jest generalna bollączka  ekonomii polkiej po 1989 r) to w sposob oczywisty i ZAWSZE  dyktują płace  na poziomie  niższym niż krańcowa produkcyjnośc  pracy. I wracamy do punku 1.

3. Jeśli  rynek pracy i rynek w ogóle (tzn “prawo” – bo  nie ma rynku “w ogóle” – poza idealnym  systemem gdzie jest  tylko dziesięcioro przykazań i  samoregulacja zachowań w obawie przed  wiecznym potępiniem w piekle) ma charakter  monopsonistyczny (Tak jak w ewngelicznej  przypowieści o ogrodniku i robotnikach) – a tak jest  w   przypadku Polski i NIC się tu nie zmieniło  od 1989 r, to ustalenie  płacy minmalnej  na “danym poziomie” . wyższym od płacy “bez minimum” dyktowanej przez pracodawców PODNOSI  – zgodnie  “prawami ekonomii”  POPYT na pracę ze strony  pracodwaców. Dzieje sie tak dlatego,że wtedy punkt rownowagi popytu na pracę występuje w punkcie zrównania  kralńcowej produkcyjności pracy z płacą minimalną podyktowaną “z zewnątrz”  a nie w punkcie zrównania krańcowej produkcyjności pracy z  krańcową płacą. Innymi słowy, wprwadzenie  płacy minimalnej  prowadzi do  rozwiązania   po stronie popytu na pracę takiego, jakie daje wolny rynek. Ergo posuniecia “dobrej zmiany”  wytrącają  gospdarkę z  platformerskiej konstrukcji równowagi monopsonistycznej na rzecz sytuacji  wolnorynkowej.

4. Jeśli krańcowa skłonność do konsumpcji osób  otrzymujacych płacę minimalną  jest  wyższa od średniej (i wynosi np 90%), to podniesienie płacy  minimalnej szybciej podnosi  popyt  niż koszty   produkcjii rosnące tylko w cześci  w jakiej place stanowią koszty (np w Polsce średnio około 40%). Wtedy zyski moga rosnąć  nawet gdy wydjaność pracy rośnie wolniej  od wzrostu płacy minmalnej bo -patrz punkt 1- .i gdy  nie rosną ceny pruktów.  Może  natomiast obniżyć się stopa zysku, przy rosnącej masie zysku.

Tyle z ELEMENTARZA praw ekonomii.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 4 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here