Tusk za żółwiem

0
36

czyli czas ucieka

Rządzenie Polską przez Donalda Tuska to nie tyle strata czasu, co kupowanie czasu. A czas ucieka. Wystarczy prosty bilans: nowa ekipa sprawuje władzę od grudnia ub. r. Przez podobny czas rząd Jana Olszewskiego zdążył osiągnąć pierwszy po zmianie ustrojowej wzrost gospodarczy. A gabinet Jerzego Buzka zaczął reformę samorządową, jedyną bez zastrzeżeń udaną w 35-leciu polskiej transformacji ustrojowej. 

Nietrudno wyliczyć, co udało się ekipie Donalda Tuska przez czas, który dotychczas był jej dany, bez porównania trudniej – nazwać którekolwiek z tych osiągnięć sukcesem.

Koalicja 15 Października przejęła TVP z rąk następców Jacka Kurskiego a przede wszystkim sam sygnał telewizyjny, kładąc kres najbardziej złowrogiej i nienawistnej propagandzie od czasów stanu wojennego, jaka wylewała się z ekranów. Podobnie postąpiono z prokuraturą, najbardziej zagrażającym demokracji segmentem rządów PiS. W obu wypadkach Koalicja Obywatelska zresztą bez protestów sojuszników z rządu przystała na drogę na skróty, rodzącą liczne wątpliwości prawne. Odblokowano Krajowy Plan Odbudowy, ale wiadomo, że środki nim objęte to pieniądze znaczone, na co zwracają uwagę wybitni eksperci samorządowi (jak Grzegorz Kubalski) – a w dodatku część z nich trzeba będzie zwrócić. 

Drużyna bez gwiazd

Donald Tusk powołuje do rządu postaci otwarcie operetkowe jak przypominająca bohaterkę najbardziej zmurszałych żartów o blondynkach Barbara Nowacka (ministra edukacji), po prostu niedokształcone (ministra pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk) bądź narażające go na straty z powodu uzasadnionych zarzutów o potajemny  lobbing (ministra środowiska Paulina Hennig-Kloska ze świeżym bagażem afery wiatrakowej). A także celebrytów i narcyzów, brylujących zamiast pracować – taką postawę symbolizuje Radosław Sikorski w roli szefa dyplomacji. Wreszcie starych druhów, których trudno skojarzyć z nowymi resortami, jak Sławomira Nitrasa ze sportem, choć właśnie nadchodzi olimpiada.

Nazwać ten rząd drużyną bez gwiazd – to nic nie powiedzieć. Rzec można raczej, że wszystkie treningi tego zespołu służą sytuacji, w której sam premier Donald Tusk okaże się jedyną gwiazdą ekipy rządzącej. Do tego jednak niezbędne okazują się sukcesy, a tych na horyzoncie nie widać.

Mierny efekt wizyty w Polsce kanclerza Niemiec Olafa Scholza uświadomił obserwatorom nawet najbardziej Koalicji 15 Października życzliwym, że również na optymalnym dla tej ekipy kierunku zachodnioeuropejskim a ściślej berlińskim, jej możliwości okazują się nikłe. Radosne pohukiwania, że nastąpił powrót do stałych konsultacji polsko-niemieckich nie zwiodą nawet najbardziej gorliwych zwolenników, tych co w czasach pogardy nie opuścili żadnego marszu Komitetu Obrony Demokracji. Nie tego się jednak spodziewaliśmy, tylko konkretów w sprawie zadośćuczynień, jeśli  nie wprost reparacji wojennych, projektu pomocy dla Ukrainy idącej przez Polskę a wreszcie oficjalnych przeprosin za podrzucanie na nasze terytorium przez niemieckich policmajstrów pozbieranych gdzieś uprzednio nielegalnych imigrantów, co niemal w przeddzień 85. rocznicy wybuchu II wojny światowej wydaje się minimum przyzwoitości. Ale nie tylko to.

Ile czasu pochłania odbudowa

Komuniści rządzili przez 45 lat, jeśli liczyć czas “Polski Lubelskiej” jak okres władzy PKWN na wschód od Wisły określił Tadeusz Żenczykowski. Odbudowa kraju po rządach PPR i PZPR trwa już niewiele krócej, niż one same – bo 35 lat. A końca nie widać. 

Z kolei Prawo i Sprawiedliwość administrowało krajem, bo o rządzeniu w wypadku partii Jarosława Kaczyńskiego trudniej mówić, przez osiem lat (2015-23), wcześniejszych rządów (2005-7) radzę do tego czasu nie doliczać, ponieważ przynajmniej pierwszy wyłoniony wtedy gabinet Kazimierza Marcinkiewicza, w którym szefem dyplomacji pozostawał mówiący po francusku jak po polsku wybitny historyk rewolucji 1789 r. Stefan Meller, a ministrem w kancelarii był Ryszard Schnepf – liczne chociaż nie wszystkie standardy demokracji spełniał. Skoro więc czas pogardy się zakończył, to wypadałoby, aby Donald Tusk powiedział obywatelom, kiedy im się wreszcie poprawi. Bo z całym dla Tuska jako przywódcy szacunkiem, to nie geniusz lidera, lecz polscy obywatele niespodziewanie masowym udziałem w wyborach październikowych odesłali PiS na śmietnik historii. 

Tyle, że jeśli pamiętacie Państwo modne w latach 70. japońskie filmy o potworach, to Hedora, zła rywalka oswojonej przez ludzi Godzilli, niespodziewanie odrodziła się właśnie z brudu, śmieci i wysypisk. Jeśli kogoś razi to porównanie, proponuję bardziej eleganckie, chociaż podobnie drastyczne słowa Alberta Camusa, że bakcyl dżumy nie umiera. Pamiętajmy też, że teraz na gruncie polskim to Grzegorz Braun, dumny zwycięzca czerwcowych wyborów do europarlamentu, obiecuje rodakom, że wytyczy im drogę między dżumą a cholerą. A jeśli Tusk zawiedzie masy głosujące pamiętnego 15 października, nietrudno przewidzieć, jak zachowają się za następnym razem kolejne roczniki mające przy urnach wybór między Tuskiem i jego blond-ministerkami oraz narcyzem Sikorskim, a swoimi chłopami: lubiącym piwo inwestorem giełdowym (na razie tylko na rynku New Connect ale od czegoś trzeba zacząć, nie każdemu jak Janowi Kulczykowi pierwszy milion przekaże tato) Sławomirem Mentzenem, wicemarszałkiem Krzysztofem Bosakiem i filmowcem Braunem. Nawet jeśli żadnego PiS-u już wtedy nie będzie, bo jego działacze powykańczają się wzajemnie jak teraz w Małopolsce. 

Partia Kaczyńskiego szczeznąć do końca się jednak nie kwapi. A zwolennikom porównywania lidera z Leonidem Breżniewem przypomnę, że wymieniony sekretarz generalny KPZR najwięcej zła uczynił w ostatnim okresie swoich rządów: wtedy nastąpiła inwazja na Afganistan, nacisk na stan wojenny w Polsce i eskalacja represji wobec dysydentów. Kto liczy, że Kaczyński z upływem lat złagodnieje, niewiele wie o jego osobowości. Tym bardziej los Polski nie powinien zależeć od tego, co dzieje się w głowie “emerytowanego zbawcy narodu” jak niegdyś sam siebie określił prezes wszystkich prezesów.  Nie trzeba więc dodawać: Tusku. musisz – bo już to przed laty z wdziękiem napisał Jacek Żakowski. Nie ulega też jednak wątpliwości, że zbyt słabą motywacją do mobilizowania obywateli okazuje się przeświadczenie o tym, iż Koalicja 15 Października stanowi ostatnią alternatywę dla rządów PiS. 

Nie można tego argumentu powtarzać w nieskończoność. Chociaż używa go i Rafał Trzaskowski w Warszawie dla maskowania niepowodzeń, bo z powodu politycznych ambicji prezydenta stolica jak mało kiedy odczuwa brak gospodarza. Centrum miasta slumsuje, w nowych dzielnicach króluje “patodeweloperka”, w przestrzeni dominuje chaos. Pustostany straszą na Trakcie Królewskim i Chmielnej, zamyka się nastrojowe kawiarnie, księgarnie i użyteczne sklepy, zastępują je sieciowe kafeterie, kebabownie, “ministerstwa śledzia” oraz gastronomia formatu “meta, seta, galareta” – to dominująca w tych okolicach onomastyka. Jeszcze gorsze świadectwo wystawiają Polsce i stolicy seks-biznesy ulokowane akurat na elitarnej już przed wojną i zaraz po niej ulicy Foksal, kiedyś skupiającej księgarnie oraz agencje wcale nie towarzyskie lecz prasowe i fotograficzne. A mieszkańcy mają być Trzaskowskiemu wdzięczni z tego powodu, że to on miastem rządzi a nie któryś z burleskowych kandydatów PiS: kibic Odry Opole Patryk Jaki bądź “człowiek bez właściwości” Tobiasz Bocheński o którego walorach nawet aparat partyjny nic konkretnego nie jest w stanie powiedzieć.

Sławojki, orliki i jeden wielki brak

Poprzednik w fotelu premiera Mateusz Morawiecki rządził przez sześć lat (2017-23), Donald Tusk władzę sprawuje od grudnia ale w sumie już ósmy rok (poprzednio 2007-14), więc nie da się przy bilansie uniknąć porównań, które korzystnie dla niego nie wypadają. Zwłaszcza, że już rządzi ponad dwa razy dłużej niż rekordzista z międzywojnia Felicjan Sławoj-Składkowski (1936-39). Po pierwszym mandacie Tuska pozostały autostrady, stadiony na piłkarskie Euro (2012) oraz przyszkolne boiska “orliki”. Jeśli o najnowszy czas rządzenia chodzi, trudno nawet wyrazistych symboli się doszukać. Po wspomnianym Sławoju-Składkowskim pozostały przynajmniej nazwane od jego nazwiska wiejskie toalety, za brak których w gospodarstwie nakładał na chłopów drakońskie mandaty. Nowa ekipa co najwyżej zarządza i administruje.

Pierwszy niekomunistyczny premier po wojnie Tadeusz Mazowiecki nie był z pewnością perfekcyjnym szefem rządu, za sprawą nieufności do stanowczych działań zyskał sobie nawet przydomek żółwia. Dlatego Lech Wałęsa, gdy z pomocą Jarosława Kaczyńskiego budował swoją nieudaną przyszłą partię prezydencką (Porozumienie Centrum) rzucił hasło przyspieszenia, wypowiadając “wojnę na górze”, czego jedynym efektem okazał się rozłam w obozie zwycięzców z 4 czerwca 1989 r. oraz wprowadzenie egzotycznego emigranta Stanisława Tymińskiego do drugiej tury wyborów. Zdobywszy już urząd – Wałęsa pozbył się kompromitujących sojuszników (w tym obu bliźniaków Kaczyńskich) i przystąpił do odbudowy “lewej nogi” co sam publicznie ogłosił.

Rządowi Mazowieckiego, chociaż za sprawą opisanych zdarzeń szybko przeszedł do historii, przyznać jednak trzeba, że już w pierwszym półroczu funkcjonowania zmienił nazwę i symbolikę państwa (z PRL na RP, zaś orłowi z godła przywrócono koronę) i uchwalił w ekspresowym tempie pakiet dziesięciu ustaw składających się na gospodarczy plan Leszka Balcerowicza, niezależnie od społecznych następstw realizacji tego projektu. Przygotował też grunt pod pierwsze od 1928 r. zupełnie wolne wybory w Polsce: samorządowe. 

Z kolei premier pierwszego rządu wyłonionego w następstwie całkowicie wolnych wyborów parlamentarnych, mecenas Jan Olszewski, chociaż w “Polskim ZOO” występujący jako miś Koala a przez  Wałęsę wykpiwany, że lubi długo pospać – mimo że sprawował władzę zaledwie przez pół roku, osiągnął przez ten czas pierwszy po zmianie ustrojowej wzrost gospodarczy. Mecenas, chociaż sam utrzymywał, że na ekonomii się nie zna, sukces zawdzięczał umiejetnemu i dokonywanemu ponad ideowymi podziałami doborowi współpracowników. Ministrem finansów został liberał Andrzej Olechowski, pracy – wywodzący się z ruchu związkowego Jerzy Kropiwnicki zaś głównym doradcą gospodarczym prospołeczny ekonomista Dariusz Grabowski. Ich doświadczenia i kompetencje zsumowały się z korzyścią dla Polski. A obywatele uzyskali już w kwietniu 1992 r. namacalny dowód, że warto było zmieniać ustrój państwa, skoro Polska znów znalazła się na ścieżce wzrostu. Nie zeszła z niej przez ponad 30 lat, jeśli pominąć krótkie załamanie w pandemii koronawirusa, bo dotyczyło całej globalnej gospodarki.  Zaś teraz wciąż mamy jednak co robić, skoro z niedawno ogłoszonych danych wynika, że pod względem poziomu życia ustępujemy Rumunii.

Podobnie rząd Jerzego Buzka pierwsze miesiące po zwycięskich dla AWS wyborach z 1997 r. wykorzystał do zbudowania zrębów reformy samorządowej. Już latem następnego roku obejmujące ją projekty za sprawą Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności znalazły się w parlamencie, chociaż prezydent Aleksander Kwaśniewski wywodził się z nieprzyjaznego rządzącym obozu politycznego tak samo jak teraz Andrzej Duda.  

Jaki pomnik pozostawi po sobie Donald Tusk? Oby nie był to pomnik straconych lub choćby tylko nie wykorzystanych szans. Tuskowi wciąż wypada życzyć powodzenia, zwłaszcza jeśli diabelską alternatywę stanowić na powrót do władzy PiS. Jednak słabnące zainteresowanie kolejnymi głosowaniami (w kwietniu br. do samorządów i w czerwcu do europarlamentu) pokazuje, że na żarliwość obywateli w kolejnych wyborach nie ma już co liczyć. Raz zagłosowali tłumnie i dumnie.  Nie chodzi nawet o to, czy się zawiedli. Tylko, że im się nie poprawiło. Po co więc po raz kolejny mają ustawiać się w kolejce do punktów wyborczych, nawet jeśli ktoś życzliwy im tam nocą pizzę dowiezie…         .                       

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 5

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here