W poszukiwaniu straconego czasu

0
140

Tamte dziesięć lat czyli kiedy Polska dostała zadyszki

Jaką godzinę wskazuje zegarek na przegubie Jarosława Kaczyńskiego, co tą samą ręką, którą przez osiem lat twardo rządził czterdziestomilionowym krajem, nie umie nawet porządnie czasomierza założyć? Bo jak się okazało, nosi go z cyferblatem odwróconym do góry nogami. 

Tego nie wiemy. Jedno wydaje się pewne: czasu straciliśmy już wystarczająco wiele, nie tylko z winy PiS, któremu prezesuje Kaczyński. Nie ulega to wątpliwości również w chwili, gdy w kraju powiał wreszcie pomyślny wiatr, za to od wschodu odczuwamy niezmiennie ten mroźny, pomimo wiosennej pory. 

Jak co roku kolejną, teraz 35. już rocznicę zakończenia Okrągłego Stołu, akurat w dniu poprzedzającym ciszę przed wyborami samorządowymi obchodzą jego zwolennicy, a oponenci przekonują, że świętować nie ma powodu. Dziś krytykują Okrągły Stół ci, co przy nim zasiadali (Jarosław Kaczyński, Mariusz Kamiński, Jarosław Sellin) bronią zaś jego negocjacyjnego dorobku przy nim nieobecni: Donald Tusk, Radosław Sikorski czy Bronisław Komorowski. Nie ich spór okazuje się najważniejszy ani nawet jego przedmiot jako kość niezgody. 35 lat to czas równy temu, jaki upłynął od zakończenia II wojny światowej do Sierpnia 1980 roku. Wystarczył do tego, aby całe pokolenia Polaków przeniosły się ze wsi do miast, które w międzyczasie odbudowały, zaś kraj za ich sprawą, nie rządzących, pod względem poziomu życia i stopnia swobody mieszkańców odbiegał na korzyść od reszty bloku wschodniego. Spojrzenie wstecz przez pryzmat efektów 1989 roku nie upoważnia do stwierdzenia, że czas bardziej nam sprzyjający został skutecznie a tym bardziej optymalnie wykorzystany.

                                          Która godzina? Pękła sprężyna

Sławomira Nowaka, dawnego ulubieńca Donalda Tuska, wtedy uwikłanego w aferę zegarkową (dostał w prezencie kosztowny chronometr, którego nie wpisał do oświadczenia majątkowego) dziennikarka radiowa spytała, gdy wchodził do Sejmu.

– Która godzina?

– W pół do komina – odpowiedział przytomnie polityk, pozostający wówczas prawą ręką premiera Tuska, mającego swój urząd sprawować przez rekordowe siedem lat (dla porównania w międzywojniu Felicjan Sławoj-Składkowski utrzymał się w fotelu szefa rządu ledwie trzy i pół roku) a teraz powtórnie od ponad stu dni, które usłużne media świętowały, jakby było co. To tylko rytuał, staje przed nami potrzeba odpowiedzi na dalece ważniejsze pytania, dotyczące współczesności a nie historii. 

35 lat polskiej transformacji to szmat czasu. Tyle, o czym była już mowa, ile go upłynęło od przejęcia władzy przez komunistów w zgruzowanej Warszawie i powracającym do Polski Gdańsku do zakwestionowania jej przez robotników z drugiego z tych miast, przeciwstawiającego partii komunistycznej i to w pokojowym proteście utworzony naprędce międzyzakładowy komitet strajkowy. O początku solidarnościowej drogi do wolności zadecydowały załogi zakładów zbudowanych już po wojnie. Jej finałem po dekadzie “walki i porozumienia” jeśli użyć słów jednego z ówczesnych prominentów Mieczysława F. Rakowskiego, okazał się Czerwiec 1989 r. Od tego momentu – bez patosu – czas liczymy od nowa. Bo też zmieniła się nazwa państwa, jego ustrój i godło oraz wszyscy sąsiedzi a także niebawem przynależność do sojuszy ekonomicznych (Unia Europejska zamiast Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej) i militarnych (NATO w miejsce Układu Warszawskiego). 

Zastanowić się więc warto, na ile ten ostatni wciąż trwający czas wykorzystaliśmy, a w jakim stopniu okaże się on stracony. Niedługo po 4 czerwca 1989 r. Polska zeszła z czołówek światowych gazet i headline’ów przekazów telewizyjnych. A jeśli od dwóch lat tam powraca, to bardziej niż za sprawą nas samych dzięki sąsiedztwu z Ukrainą. 

Fakt stania się państwem przyfrontowym czyni dyskusję o timingu, jeśli tak rzec można, polskich zmian ustrojowych całkowicie aktualną, bo mowa wciąż o procesie trwającym a nie zakończonym, który – chociaż wolelibyśmy tego uniknąć – zweryfikować mogą dramatyczne wydarzenia. Nie zawsze przewidywalne, co wiemy nie tylko za sprawą 24 lutego 2022 r, pierwszego dnia rosyjskiej “pełnoskalowej” inwazji na zaprzyjaźnioną z nami Ukrainę.     

Transformacja ustrojowa czyli bez czasu trwania i celu        

Andrzej Machalski, który poprowadził zwycięską kampanię Komitetu Obywatelskiego (wyborczej emanacji Solidarności) do zwycięstwa 4 czerwca 1989 r. co do dziś uchodzi za główną datę przełomu, uważa, że Polsce w dobie zmiany ustrojowej najlepiej udało się pierwsze dziesięć lat. Potem osłabły zarówno tempo jak jakość przemian [1].

Z poglądem Andrzeja Machalskiego warto się zmierzyć nie tylko dlatego, że stał się współtwórcą najbardziej spektakularnego sukcesu w całej historii obozu Solidarności. 

Podobnie jak z samym pojęciem transformacji ustrojowej. Ekonomista i przedsiębiorca Dariusz Grabowski od dawna zauważa, z czym trudno się nie zgodzić, że jeśli o transformację chodzi, nie wyznaczono czasu jej trwania ani nawet, co dalece bardziej istotne – jej celu.

Wyjście z socjalizmu stało się faktem, podobnie jak ustanowienie w Polsce demokracji, kapitalizmu, wolnego rynku, niezależnie od rozlicznych mankamentów ich polskiej odmiany. Punkt dojścia wskazać trudniej: w powszechnej opinii dawał się on wyrazić pragnieniem “żeby było jak w Ameryce”, w oczywisty sposób niemożliwym do zrealizowania. Przy czym pomimo udanej akcesji Polski do Sojuszu Atlantyckiego – akurat w kluczowym dla interpretacji Machalskiego roku 1999 r. w dziesięć lat po Czerwcu, czego ćwierćwiecze niedawno obchodziliśmy – którego główną siłę stanowią Stany Zjednoczone i czego dobroczynnych następstw doświadczamy od dwóch lat w dobie pełnoskalowej wojny na sąsiadującej z nami Ukrainie, dla sterników polskiego życia publicznego punktem odniesienia i naśladownictwa stały się nie USA lecz Unia Europejska. Co znalazło wyraz w przyjęciu nas do niej w 2004, roku, akurat dla Polski trudnym, choćby ze względu na rekordowe dla całej transformacji bezrobocie  sięgające 21 proc wedle oficjalnych wskaźników, a ściślej w lutym 2004 r. aż 20,6 proc; więcej było tylko rok wcześniej, bo 20,7 proc. Otwarcie dla nas europejskiego rynku pracy zaowocowało zmniejszeniem liczby obywateli daremnie poszukujących pracy ale oznaczało zastąpienie jednej wielkiej społecznej bolączki przez inną, a konkretnie problemu bezrobocia masową emigracją z czasem objawiającą się nie tylko drenażem mózgów, wśród programistów komputerowych, ale również brakiem fachowców o najwyższych kwalifikacjach w branżach takich jak budownictwo. Przy czym na potoczne utyskiwania uzyskiwało się żartobliwą ale nieśmieszną odpowiedź: – Gdzie fachowcy? – W Irlandii?. W praktyce zaś oznaczało to, że wprawdzie Francuzi sami mogą ocenić, czy mają powody obawiać się polskiego hydraulika, ale za to my u siebie mamy kłopoty ze skutecznym naprawieniem przeciekającego zlewu. 

Inny wskaźnik rozwoju cywilizacyjnego, jaki stanowi dynamika produktu krajowego brutto, świadczy na korzyść przemian w Polsce. Po raz pierwszy PKB, malejący w wyniku zarówno dogorywania kolosów gospodarki socjalistycznej jak błędów nowych ekip, wzrastać zaczął w kwietniu 1992 r. za rządu Jana Olszewskiego co dla milionów ludzi stanowiło czytelny sygnał, że warto było zmieniać ustrój. Czyli konkretne uzasadnienie mitycznej i czasem sprawiającej wrażenie bytu dla siebie transformacji. Premier-Mecenas, chociaż publicznie deklarował, że na gospodarce się nie zna – osiągnął w jej dziedzinie właśnie efekt na miarę “rządu przełomu”, powierzając ster polityki ekonomicznej fachowcom o różnorodnych poglądach i rodowodach. Ministrem finansów był u Mecenasa Andrzej Olechowski, pracy – Jerzy Kropiwnicki zaś doradcą gospodarczym Dariusz Grabowski. Jan Olszewski zarazem starał się zastąpić kluczowe dla wcześniejszych ekip pojęcie “woli politycznej” kategorią racji stanu, ale na utrwalenie tej zmiany czasu już zabrakło.         

Co do produktu krajowego brutto jako miernika nasuwają się oczywiście wątpliwości, których przejawem od półwiecza stała się słynna książka Edwarda Mishana “Spór o wzrost gospodarczy”. Gdyby bowiem wyłącznym miernikiem szczęścia zbiorowości pozostawała dynamika PKB, wymarzonym miejscem do życia pozostawałyby Chiny zwłaszcza sprzed dekady względnie afrykańska, obfitująca w surowce Botswana. Również wskaźnik produktu krajowego brutto na głowę mieszkańca okazuje się zawodny i trudno się spodziewać, by wielu zapytanych wahało się czy wybrać życie we Włoszech czy w Izraelu, nawet jeśli dane o PKB przemawiają za Jerozolimą a nie Rzymem.

Polska jednak, odkąd Olszewskiemu i jego pluralistycznie dobranym współpracownikom udało się przełomu dokonać, notuje stały wzrost produktu krajowego brutto poza końcówką rządów Jerzego Buzka, kiedy to dynamika zmierzała do zera za sprawą zarówno globalnej bańki internetowej, kryzysu wynikającego z przewartościowania związanych z nowymi technologiami spółek na światowych giełdach jak polityki wewnętrznej (koszty reform zwanych wielkimi) oraz – co oczywiste – czasem pandemii.  

Obecny wzrost produktu krajowego brutto – wedle najnowszych danych GUS za czwarty kwartał 2023 – o 1 proc w skali rok do roku nie wywołuje optymizmu. Jeśli bowiem ktoś przez rok zwiększy swoje zarobki o jeden procent, to zwykle towarzyszy temu jego własne poczucie, że przez ten czas zbiedniał a nie się wzbogacił. Wyobraźmy sobie, że zarabiamy 5 tysięcy miesięcznie a przez ostatni rok dołożono nam pięćdziesiąt złotych.  

Nasze mniej więcej 45. miejsce w świecie jeśli chodzi o produkt krajowy brutto na głowę mieszkańca nie upoważnia nas na pewno, abyśmy z zazdrością spoglądali na wyżej w tym rankingu ulokowane Trynidad i Tobago a tym bardziej z wyższością na pozostającą w nim za nami Grecję.  

Niewiele bardziej miarodajne okazuje się porównywanie samooceny naszej i innych społeczeństw, bo porównanie podobnych danych bardziej oddaje różnice charakteru narodowego niż rzeczywistego dobrostanu a tym bardziej dobrobytu.

Nie sposób też nie uwzględnić, że pandemia koronawirusa dotknęła niemal wszystkich na kuli ziemskiej zaś obecny deficyt bezpieczeństwa, związany z rozpoczętą 24 lutego 2022 r. i wciąż trwającą pełnoskalową wojną Rosji przeciw Ukrainie – nas w szczególności. Ze względu na geopolityczną bliskość centrum konfliktu oraz obecność milionów uchodźców. Tych prawdziwych, wojennych, a nie fałszywych z Trzeciego Świata, wcześniej szturmujących Europę i niedawno naszą granicę wschodnią. 

Żadne przeciwności nie zwalniają nas jednak od potrzeby oceny transformacji ustrojowej, zwłaszcza, że jeśli chodzi o konieczność odbudowy gospodarki i zaufania społecznego po realnym socjalizmie można wskazać wiele analogii z obecnym nadrabianiem strat, wywołanych przez pandemię, “putinowską inflację” oraz erozyjne następstwa rządów PiS (2015-23) szczególnie w kwestii obciążenia przedsiębiorców i klasy kreatywnej kosztami rozbudowanego socjalu jako inżynierii społecznej pisowskiej władzy. 

Zaś poglądy Andrzeja Machalskiego nie brzmią ekscentrycznie ani egzotycznie. Potwierdzają raczej potoczne doświadczenie. Zaś wielość ról przez niego pełnionych umożliwia mu szeroki ogląd sytuacji: był przedsiębiorcą jeszcze w niełatwych warunkach lat 80, w spółdzielni pracy Unicum zatrudniał wtedy nie mogących znaleźć zajęcia opozycjonistów, organizował środowisko tworząc Towarzystwo Gospodarcze, kierował zwycięską kampanią Komitetu Obywatelskiego przed wyborami czerwcowymi, zaś po nich sprawował mandat senatora z Częstochowy. Znalazł się też – można dodać: niestety – wśród parlamentarzystów OKP, którzy nie oddali głosu przeciwko wyborowi gen. Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta. 

Co łączy 4 czerwca 1989 r. z 15 października 2023? Zapewne powszechna świadomość, że tak dalej być nie mogło. I pragnienie poprawy sytuacji. Nie chodzi tu o porównywanie rządów PZPR i PiS. Zestawiać za to można i trzeba nadzieje kolejnych polskich pokoleń. 

Zwycięzcy nie sprostali wtedy zadaniu. Jakby się efektów korzystnego dla nich głosowania przestraszyli. Stąd oddanie komunistom mandatów z listy krajowej, chociaż padła w całości poza dwoma tylko nazwiskami oraz wybór Jaruzelskiego, do którego i Machalski przyłożył rękę. To lekceważenie własnego zaplecza z czasem wzmagało się i sprawiło, że plan Leszka Balcerowicza wprowadzano nie tylko bez działań osłonowych ale i zapytania o zdanie. W dłuższej perspektywie dało to efekt, że energii starczyło raptem na dekadę, później jej zabrakło. Chociaż po stronie zysków mogliśmy już zapisać stabilną walutę, rynek bez znanych sprzed 1989 r. niedoborów, powrót do historycznej nazwy państwa i godła, demokratyczne wybory do władzy wszystkich szczebli (najwcześniej do samorządu w maju 1990 r, najpóźniej do Sejmu jesienią 1991 r, bo te czerwcowe objęte były jeszcze kontraktem politycznym), również Konstytucję uchwaloną w 1997 r, wprawdzie daleką od francuskiej czy amerykańskiej ale stanowiącą przynajmniej “instrukcję obsługi demokracji” i jak wykazały lata 2015-23, kiedy łamała ją pisowska władza – wartą obrony. Wreszcie akcesję do NATO, dziś bardziej doceniany niż przed ćwierćwieczem filar naszego bezpieczeństwa.

Od Nowego Roku 1999 r. weszła w życie najbardziej udana z polskich reform czasu przełomu – samorządowa. Rychło zaowocowała dobrostanem licznych “Małych Ojczyzn”. A najbliższa mieszkańcom władza lokalna zdobyła autorytet w sondażach nawet dwa i pół raza przekraczający korzystne oceny parlamentu: wedle sondażu CBOS z 4-11 września ub. r. (bo obecną kadencję posłów i senatorów oceniać za wcześnie) 69 proc z nas pozostaje przeświadczonych, że samorząd dobrze pracuje, podczas gdy tego samego zdania o Sejmie jest zaledwie 29 proc Polaków. Trudniej datować inny bezsprzeczny polski sukces: boom edukacyjny, sprawiający, że chociaż przed zmianą ustrojową we wskaźnikach skolaryzacji na poziomie studiów wyższych ustępowaliśmy całemu blokowi wschodniemu, to potem szybko wyprzedziliśmy w tych statystykach wiele wyżej rozwiniętych krajów “starej” Unii Europejskiej. Niezmiennie twórczego potencjału Polaków dowodzą – już w ostatnich latach, a nie pierwszym dziesięcioleciu przemian, przywoływanym przez Machalskiego – literacki Nobel dla Olgi Tokarczuk, filmowy Oscar dla “Idy” Pawła Pawlikowskiego oraz nominacja dla miniaturowej “Katedry” Tomasza Bagińskiego wedle opowieści Jacka Dukaja. Klęskę ponieśliśmy za to w dziedzinie demografii: za cezurą wyznaczaną przez Machalskiego przemawia wyludnianie się niemal wszystkich miast (z wyjątkiem Warszawy i Rzeszowa) od końca lat 90 oraz dramatyczne starzenie się wsi co oznacza utrwalanie się tam dominacji modelu życia związanego nierozłącznie z socjalem jako głównym źródłem dochodu. Trudniej za to oceniać kwestie mniej wymierne, jakich nie określają badania opinii publicznej ani statystyki.    

Niewątpliwie po 1999 r. zabrakło przewodniej idei państwowej. Nie chodzi o ideologizację, lecz o myśl przewodnią. Taką jak wcześniej racja stanu, pojęcie odświeżone przez mec. Olszewskiego. Nie ma co nad tym biadać, to bardziej stwierdzenie faktu. Kolejnym ekipom przyświecała już tylko technologia polityczna. Bez woli dalszej naprawy państwa. Za rządów PiS nastąpił dodatkowy regres, zaufanie społeczne do państwowych instytucji uległo bezprzykładnej – oczywiście w skali po 1989 roku – erozji. Ale też poprzednicy PiS u władzy powinni zastanowić się, dlaczego ją stracili. Tym bardziej, że znowu ją sprawują.  

Jeszcze bardziej dotkliwy okazał się brak umowy społecznej, nie w patetyczno-publicystycznym znaczeniu, ale jak najbardziej konkretnym socjo-psychologicznym. Ani w dekadzie 1989-99 ani kolejnym bardziej jałowym ćwierćwieczu w odrodzonym państwie polskim nie podjęto prób ustanowienia czytelnych reguł gry, możliwych do zaakceptowania przez większość Polaków. Chociaż państwo to wyrastało z ducha Porozumień Gdańskich z 1980 i konkretu umowy okrągłostołowej z 1989 r. Wszystko to się zdezaktualizowało nieuchronnie, choćby za sprawą rozwiązania PZPR i słabnięcia Solidarności, aktywnej jeszcze do 2001 jako zaczyn i głównej siły AWS, zaś po tej dacie już tylko przybudówki PiS. NSZZ “S” stał się cieniem dawnego dumnego i pisanego wielką literą Związku. 

Nowa umowa określić powinna relacje nie tyle między rządzącymi a rządzonymi jak obie poprzednie (przy czym w wypadku drugiej z nich strony rychło… wymieniły się miejscami, jak w tytule popularnego filmu), co pomiędzy wytwórcami produktu krajowego brutto (kluczowa dla rozwoju gospodarki warstwa przedsiębiorcza, tworząca też miejsca pracy) oraz wartości wyższego rzędu (klasa kreatywna) a beneficjentami świadczeń społecznych. Zaniedbanie w tej sferze doprowadziło do demagogicznego przeciwstawienia “Polski solidarnej” i “liberalnej” w podwójnej kampanii 2005 r. co zaowocowało bezprzykładną werbalną brutalnością – efekt dziadka z wermachtu – i powtórki tej sytuacji w 2015 r, kiedy ogłoszono już nie socjalny, lecz plemienny podział: 

Zabrakło instytucji pośredniczących. W latach 1988-89 rolę mediatora odegrał Kościół. Teraz mogłaby ją przejąć reprezentacja polskich przedsiębiorców – odrodzony Powszechny Samorząd Gospodarczy – jeśli uda się jego odbudowa. Na swoją emanację czeka też klasa kreatywna, której rola w miarę unowocześnienia gospodarki może tylko wzrastać. Rada Dialogu Społecznego, potomek sławetnej Komisji Trójstronnej nie poradzi sobie przecież z moderowaniem sporów w dobie sztucznej inteligencji.

Ważne raczej, by nie zawiodła nas ta naturalna. Skoro zaś przy tym jesteśmy, poparcie literackiej noblistki Olgi Tokarczuk dla strajku nauczycieli pokazało, że pozorni znawcy pochopnie odesłali do lamusa pojęcie inteligencji jako grupy społecznej. Miała się rozpaść na awansującą i aspirującą klasę średnią oraz walczącą o codzienny byt sferę budżetową. W krytycznej chwili jednak ludzie uczęszczający do teatru a nie tylko supermarketu i czytający książki zamiast wyłącznie Pudelka niespodziewanie objawili wspólnotę interesów. Bez nich nie stałby się możliwy cud wysokiej frekwencji 15 października ub. r. a rolą nowej ekipy pozostaje i tej odradzającej się wspólnoty nie zmarnować. Chociaż sposób traktowania nauczycieli przez zwycięzców tych właśnie wyborów nie zapowiada wiele dobrego.         

Demokracja jest dla wszystkich

Meksykański myśliciel Octavio Paz, literacki noblista z 1990 r, obiektywny w tym sensie, że kochający Amerykanów dokładnie tak, jak my wówczas towarzyszy radzieckich napisał lapidarnie w trudnym 1982 roku: “Wysiłki Polaków (..) można sprowadzić do jednego zdania: walczą o prawo do tego, by być tym, czym są” [2].

Latynoamerykański intelektualista nie uchylił się oczywiście od szerszej wykładni naszej ówczesnej sytuacji: “Robotnicy polscy walczą o prawa, które pracownicy całego niemal świata zdobyli już przed wiekiem. Jednocześnie ruch związkowy w Polsce przekracza ramy walki klas. Bez demokracji, robotnicy czy to w Czechosłowacji, czy w Argentynie, w Chile czy w Bułgarii, nie mogą ani organizować się, ani się bronić. Ale demokracja nie ogranicza się do jakiejś jednej grupy czy klasy – demokracja jest ustrojem swobód i obowiązków politycznych dla wszystkich. Tak więc walka robotników o ich prawa klasowe, jest walką całego narodu o wspólne swobody (..). Naród polski ma przeciwko sobie nie tylko władzę miejscowej biurokracji, ale również zagraniczną dominację. Walka o demokrację jest więc tym samym walką o niepodległość narodową. Ponadto Polacy bronią nie tylko demokracji i niepodległości swojego kraju, lecz także narodowej kultury, która w ich przypadku jest niepodzielnie związana z ludową tradycją katolicką” – rozwija myśl laureat literackiego Nobla Octavio Paz [3].

Andrzej Machalski, który w 1989 r. poprowadził zwycięską kampanię przed czerwcowymi wyborami, nie ukrywa, że: “Polacy, również zaangażowani w opozycję, a przecież od 1980 r. był to już ruch masowy, nie dysponowali wiedzą, jak ma wyglądać przyszłe państwo ale chcieli trafić do świata normalnego. Pod koniec lat 80 rzeczywistość polityczna, ta opozycyjna, formowana była przez ludzi pełnych dobrej woli, ale pozbawionych informacji, jak wygląda świat współczesny poza strefą ustroju socjalistycznego. Nie wiedzieli, co konkretnie trzeba zrobić, ale mieli doskonałe motywacje, oparte na przekonaniu, że działają po to, żeby ludziom było dobrze. A tu trzeba było formować państwo, dokonywać jego rekonstrukcji” – konkluduje jeden z architektów zwycięstwa z 4 czerwca 1989 r.  [4].     

Odzyskać ideę równości

Przed podobnym zadaniem i zbliżoną skalą wyzwań staje, również w świetle jej własnych deklaracji koalicja parlamentarno-rządowa uformowana po 15 października 2023 r. Nie ulega wątpliwości, że musi mieć propozycje dla wszystkich obywateli – co oczywiste, skoro dali jej władzę za sprawą masowego stawiennictwa przy urnach – ale zarazem szczegółowo dla środowisk, dzięki którym Polska przetrwała pandemię, napięcia związane z wojną na Ukrainie oraz fatalną ośmiolatkę rządów PiS. Chodzi o pracowników służby zdrowia i animatorów akcji społecznej na rzecz uchodźców ukraińskich, przedsiębiorców w najtrudniejszych warunkach wytwarzających produkt krajowy brutto i ocalających miejsca pracy, nauczycieli i uczestników rozmaitych nieformalnych działań, które przesądziły o tym, że Polacy nie dali się pokonać koronawirusowi ani zastraszyć Władimirowi Putinowi zaś złych rządów PiS nie uznali za danych im na wsze czasy. Nie chodzi oczywiście o nagradzanie tylko zasłużonych grup, na uwadze mieć trzeba społeczeństwo obywatelskie jako całość, skoro wieczorem przy urnach 15 października ub r. okazało się, że wbrew wątpliwościom nie tylko istnieje ale ma się bez porównania lepiej niż ówczesna instytucjonalna opozycja. Nie idzie też o pakiety ustaw, bo każdą z nich przy obecnej parlamentarnej arytmetyce zawetuje prezydent Andrzej Duda. 

Czekamy raczej na całościową wizję przywracania państwu wiarygodności a obywatelom poczucia sensu ich pracy. Na strategię a nie tylko taktykę. Ta ostatnia wystarczyła do pozbawienia władzy Jarosława Kaczyńskiego. Ta pierwsza okaże się niezbędna, żeby do steru nie powrócił ani on sam ani żaden jego sukcesor. 

“To właśnie długotrwałe lekceważenie potrzeb i obaw sporej części społeczeństwa przez III RP przywiodło PiS do władzy” – przyznaje, szkoda, że tak późno Marek Beylin z “Gazety Wyborczej” w recenzji “Pandemii populistów” Wojciecha Sadurskiego [5]. Tyle, że Trzecia Rzeczpospolita nie była tworem anonimowym a decyzje w niej podejmowali konkretni ludzie, kierujący się interesem swoich partii, środowisk i grup nacisku. Aż najbystrzejsi z nich przyznać mieli po upływie dziesięcioleci, jak nieżyjący już historyk idei Marcin Król, całkiem już lapidarnie: – Byliśmy głupi [6].

Do końca zresztą Marcin Król powtarzał: – Musimy się ruszyć. Odzyskać ideę równości. Bo inaczej przyjdzie to coś i będziemy wisieć na latarniach [7].

Warto więc znowu powrócić myślą do źródeł zmarnowanego – w znacznej mierze – zwycięstwa z 4 czerwca 1989 r by mechanizm ten nie powtórzył się po 15 października ub. r.

Szło doskonale… więc dlaczego przestało…     

W ocenie Andrzeja Machalskiego, z którym rozmowa stała się inspiracją tego skromnego szkicu: “Przez pierwsze dziesięć lat wszystko szło doskonale. Okazało się że to. co się wtedy pojawia, ma sens. Polska zrobiła wielki krok do przodu. A ja kupiłem sobie konia. I jeździłem. Przejeździłem z nim 40 000 km” – wspomina w osobistym tonie jeden z autorów czerwcowego zwycięstwa [8]. 

Zapewne Machalski ma rację, że większość projektów łączonych z transformacją wyłoniło się i przybrało konkretny kształt w pierwszej jej dekadzie. Kolejne ekipy już raczej Polską zarządzały i administrowały, chociaż i wtedy pojawiały się ożywcze pomysły – jak spóźniona ale korzystna reforma podatkowa Zyty Gilowskiej za pierwszych rządów PiS, a w okresie, kiedy u władzy znalazła się Platforma Obywatelska – budowa sieci autostrad i boisk “orlików” oraz udana i wspólna z Ukrainą organizacja Piłkarskich Mistrzostw Europy w 2012 r, stanowiących dla naszego kraju znakomitą promocję. Zarazem narastały jednak społeczne problemy, dla których kolejne ekipy znajdowały tylko doraźne rozwiązania – jak podniesienie wieku przechodzenia na emeryturę za rządów PO-PSL czy transfery społeczne do beneficjentów socjalu kosztem grup, tworzących wzrost gospodarczy i miejsca pracy, kiedy u władzy ponownie znalazł się PiS. O ile planowi Leszka Balcerowicza zabrakło równoległych działań osłonowych a przede wszystkim zgody społecznej wokół niego (nie na to głosowali przecież wyborcy 4 czerwca 1989 r, a przy Okrągłym Stole obowiązywała jeszcze ekonomia zwana księżycową ze sławetną indeksacją płac włącznie) to już “Polski Ład” Mateusza Morawieckiego okazał się przedsięwzięciem bardziej ze sfery marketingowej niż realnej gospodarki.    

Współczesne podstawy i gwarancje bezpieczeństwa kraju zbudowano również w pierwszym dziesięcioleciu – akcesja do NATO następuje w 1999 r: towarzyszy jej jednak niemalże likwidacja polskiego sektora zbrojeniowego. Los Radomia przez lata pozostawał przykładem społecznej bezduszności kolejnych ekip. Teraz dostrzegamy, że stanowi również symbol krótkowzroczności, skoro rodzimą “zbrojeniówkę” zgruzowano, podobnie jak sektory motoryzacji i elektroniki, a broń kupować musimy w odległej Korei. 

Tymczasem już w zachwalanej przez Andrzeja Machalskiego pierwszej dekadzie transformacji okazało się, że wydarzenia w naszej części świata nie rozwijają się w myśl harmonijnych scenariuszy lecz toczą od paroksyzmu do paroksyzmu. Zaświadcza o tym urodzony w również dalekim od spokoju społecznego Belfaście dawny szef biura “Washington Post” w Warszawie i Moskwie Michael Dobbs, gdy opisuje w swojej książce “Precz w Wielkim Bratem” moskiewski poranek 19 sierpnia 1991 roku, co trafnie oddaje stawkę ówczesnych wydarzeń: “Krótko po szóstej rano najstarsza córka Jelcyna, Tania, wpadła do jego sypialni, krzycząc: “Papo, wstawaj! Zamach stanu!”

“To nielegalne” – odparł Jelcyn, na wpół śpiąc. Niespełna sześć tygodni temu został zaprzysiężony jako pierwszy wybrany w powszechnym głosowaniu prezydent w tysiącletniej historii Rosji, a teraz jego dzieci żartują o zamachu.

Tania opowiedziała ojcu, co słyszała w telewizji. Gorbaczowa usunięto z powodu złego stanu zdrowia. Powołano komitet o dziwnie brzmiącym skrócie, do kierowania krajem w warunkach stanu wyjątkowego (..). Teraz Jelcyn był już całkiem rozbudzony. Jego pierwsza reakcja na zamach była taka, jak milionów obywateli radzieckich, kiedy usłyszeli wiadomość w telewizji bądź od znajomych, przez telefon: “Chyba żartujesz?”.

Wciąż w piżamie, Jelcyn podszedł do telewizora. Sroga matrona w średnim wieku odczytywała coś ze sterty leżących przed nią dekretów”  [9].

“Nie śpij, bo cię przegłosują” – z kampanii przed 4 czerwca 1989 r. przed wyborami w Polsce pamiętamy plakat z wizerunkiem budzika i tym właśnie hasłem. Ale też w Polsce, chociaż zainicjowała przemiany w całym bloku, przez osiem długich lat bez żadnego puczu podobne androny podawała z ekranu prezenterka o cechach podobnych co opisana przez Dobbsa, tyle, że porównywana nie do rosyjskiej lecz północnokoreańskiej. Przywoływanie budzika sprzed 35 lat ma więc sens, zwłaszcza, gdy wreszcie zadziałał a Rosjanie podobnego szczęścia nie mieli, chociaż zasługi Michaiła Gorbaczowa dla poluzowania okowów bloku docenić wypada, mimo że jego intencją pozostawało nie zlikwidowanie lecz wzmocnienie ustroju komunistycznego. Niczym diabeł z “Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa a wcześniej inspirującego wielkiego rosyjskiego prozaika “Fausta” Johanna Wolfganga Goethego – ostatni sekretarz generalny okazał się więc siłą, co zła pragnąc, dobro czyni.  

Następcą Borysa Jelcyna został jak wiemy – z jego woli i wyboru – Władimir Putin, więc powyższa historia happy endu nie znajduje. Zaś stłumienie neostalinowskiego puczu nie stanowi wyłącznej zasługi pierwszego i jak dotąd ostatniego w dziejach Rosji demokratycznego prezydenta lecz co najmniej w równej mierze trzech młodych moskwiczan, którzy w tamtych sierpniowych dniach zginęli na Sadowym Kolcu pod czołgami, i tłumów tych, co mieli szczęście przeżyć, chociaż wyszli na ulice, by bronić tego, co już udało się osiągnąć w procesie demontażu “imperium zła”, po latach przez Putina nazwanym “katastrofą geopolityczną”. 

W Polsce nie mieliśmy jak w Rosji czy wcześniej w Rumunii czołgów na ulicach ani ofiar zamieszek, jednak wnioskowanie na tej podstawie o optymalnym przebiegu nawet tylko pierwszej dekady transformacji ustrojowej pozostaje zabiegiem mocno na wyrost. Chociaż społeczeństwo obywatelskie u nas wykazało się wyjątkową cierpliwością i przedsiębiorczością. Bez wątpienia zwłaszcza w pierwszym dziesięcioleciu zmian. Doceniają to bardziej roztropni spośród ich autorów. 

W sumie bowiem, zdaniem Andrzeja Machalskiego: “Ważne, że nowa rzeczywistość kształtowała się w procesach świadomie skonstruowanych. To był fascynujący okres. Sprawił, że przyjemnie żyje się w naszym kraju. Pozostaję przekonany, że generalnie już tej Polski nie zmarnujemy” [10]. 

Oby tak pozostało, ale przecież dopiero co pozwoliliśmy doprowadzić ją na skraj przepaści. Tym bardziej więc warto się ocknąć zanim jak w wierszu Władysława Broniewskiego nocą kolbami w drzwi załomocą źli ludzie, zapewne z sąsiedniego kraju. Co w istniejącej na Wschodzie sytuacji nie pozostaje wyłącznie hipotezą geopolityczną. Nic nie jest bowiem dane raz na zawsze, efekt 15 października również. Nawet na 4 czerwca 1989 roku wielu Polaków – których miejsc pracy pozbawił plan Leszka Balcerowicza lub poczucia jej sensu i standardu życia towarzyszący mu “popiwek” (podatek od wzrostu wynagrodzeń) spogląda w kategoriach zawiedzionych nadziei. Jesienią ub. r. znów za sprawą obywatelskiej mobilizacji zostały obudzone. Na ich realizację jednak nikt nie zamierza czekać w nieskończoność.

[1] por. Pierwsze dziesięć lat wyszło nam doskonale. Z Andrzejem Machalskim, działaczem opozycji antykomunistycznej, szefem Akcji Gospodarczej, szefem kampanii Komitetu Obywatelskiego Solidarność przed wyborami 4 czerwca 1989 r. rozmawiają dr Andrzej Anusz i Łukasz Perzyna. “Opinia” nr XXXIX (137) jesień 2022

[2] Octavio Paz. Pochmurno. Wydawnictwo SPACJA, Warszawa 1990, przeł. Rajmund Kalicki i Elżbieta Komarnicka, s. 191  

[3] ibidem, s.190-191

[4] Pierwsze dziesięć lat wyszło nam doskonale. Z Andrzejem Machalskim, działaczem opozycji antykomunistycznej, szefem Akcji Gospodarczej, szefem kampanii Komitetu Obywatelskiego Solidarność przed wyborami 4 czerwca 1989 r. rozmawiają dr Andrzej Anusz i Łukasz Perzyna. “Opinia” nr XXXIX (137) jesień 2022, s. 173

[5] Marek Beylin. Populiści. Międzynarodówka bezprawia i uprzedzeń. “Gazeta Wyborcza” z 25 marca 2024; por. Wojciech Sadurski. Pandemia populistów. Znak, Kraków 2024

[6] por. Marcin Król. Byliśmy głupi. Wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2015

[7] Marcin Król w rozmowie Grzegorza Sroczyńskiego pt. Byliśmy głupi. “Gazeta Wyborcza” z 7 lutego 2014

[8] Pierwsze dziesięć lat.. op. cit, s. 183

[9] Michael Dobbs. Precz w Wielkim Bratem. Upadek imperium radzieckiego. Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 1998, przeł. Paweł Kwiatkowski, s. 452

[10] Pierwsze dziesięć lat… op. cit, s. 185

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 4.6 / 5. ilość głosów 12

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here