W rozgrzebanym mrowisku

0
123

Przed rozstrzygnięciem wyborów prezydenckich Rafał Trzaskowski rozmawiał przez telefon z Barackiem Obamą, a Donalda Trumpa odwiedził w Białym Domu Andrzej Duda. Tymczasem to obóz demokratyczny w Polsce powinien uczyć się od Trumpa. Mniejsza o ekstrawagancje prezydenta USA: ważne, jak zjednoczył klasę pracującą, przełamując stereotyp, że wybory w Ameryce wygrywało się – całkiem jak teraz w Polsce – za sprawą beneficjentów świadczeń społecznych. Hasła obrony demokracji a zwłaszcza wolnych sądów – gdy wiadomo, jakie z nimi doświadczenia ma zwykły Polak – nie posłużą przełamaniu dominacji PiS. To za mało.

Zarówno plany głównych poza Dudą beneficjentów wyborów prezydenckich – Trzaskowskiego i czarnego konia, Szymona Hołowni, jak walka buldogów pod dywanem w obozie władzy, której oznaką stał się atak TVP na Mateusza Morawieckiego, pokazują, że warto się spieszyć. Na kolejne wybory, teraz parlamentarne, możemy pójść wcześniej niż za trzy lata. Zresztą nie vox populi o tym zdecyduje, tylko Jarosław Kaczyński jako lider PiS: partii trzymającej całą poza Senatem, największymi miastami i połową sejmików wojewódzkich pulę władzy. 

Największym przeciwnikiem rządzących staje się nie ruch społeczny, który ma się uformować wokół drugiego w wyborach prezydenckich Rafała Trzaskowskiego ani budowana już Polska 2050 ich rewelacji Szymona Hołowni, lecz drożyzna, której efekty odczuwają wszyscy Polacy, w pierwszym rzędzie zaś ci, którzy żyją z pracy własnej, bo jej owoce brutalnie zniwelowała pandemia i związane z nią nieliczone biurokratyczne ograniczenia.

Skoro o owocach mowa, to… zdrożały przez rok o 27 proc, chociaż pozostajemy światowym potentatem w produkcji jabłek czy owoców miękkich. Coraz częściej jednak nie ma ich kto zbierać, bo beneficjentom świadczeń społecznych pracować się nie opłaca. Nie da się pominąć niebezpieczeństwa jakie ten akurat wzrost cen niesie w czasach pandemii dla zdrowia Polaków.    

Pieczywo i wędliny zdrożały z kolei przez ostatni rok o 10 proc. Codzienny koszyk śniadaniowy okazuje się coraz cięższy do udźwignięcia. 

W Unii Europejskiej jeszcze niedawno ogłaszaliśmy się prymusem, co znajdowało pewne podstawy w korzystnych choć bezdusznych statystykach unijnych agencji. Ten czas minął. Za rządów PiS siedzimy w oślej ławce. Przodujemy, ale w inflacji.

Polskę według Eurostatu dotknął największy wzrost cen konsumpcyjnych w całej Unii Europejskiej liczony w skali roku od czerwca do czerwca – 3,8 proc. W niechlubnym rankingu drożyzny znajdujemy się przed Czechami (3.4 proc), Węgrami (2,9 proc), Rumunią (2,2 proc) i Słowacją (1,8 proc), a więc unijnymi pariasami w komplecie. Zupełnie inne wskaźniki odnotowali potentaci: Niemcy – 0,8 proc i Francja – 0,2 proc, a Włochom zmierzono nawet deflację 0,4 proc! Liczby nie kłamią, metodologia mierzenia inflacji pozostaje zgodna z założeniami traktatu z Maastricht.

Dlaczego warto uczyć się od Trumpa

Obóz uważający się – nie bez podstaw – za obrońcę polskiej demokracji (niewiele potrzeba, żeby dziś na to miano zasłużyć, wystarczy sprzeciwić się PiS), odnotował wyborcze rozczarowanie, przeciwstawiając wieloletniemu zawodowemu urzędnikowi a wcześniej wykładowcy akademickiemu Dudzie… innego zawodowego urzędnika i wieloletniego wykładowcę Trzaskowskiego. Jeśli o aparycję i wizerunek chodzi, różnili się nawzajem nie bardziej niż niegdyś car i Dymitr Samozwaniec. Jeden podpatrywał, jak umiał, drugiego. Łączy ich zaś to, że obaj na wolnym rynku nie zarobili ani złotówki. Inaczej, niż wyborcy, do których adresowali przekaz. Dudzie to nie zaszkodziło. Zgarnął rentę władzy. Trzaskowskiemu tak, bo nie stał się wybawicielem po smutnej pięciolatce rządów PiS, chociaż pozbierał rozproszoną już Platformę Obywatelską. Pomysł ruchu społecznego wskazuje, że teraz rozgoni ją powtórnie albo przynajmniej zaszachuje. To już problem jej aparatu. Nie wyborców.

Warto uważnie posłuchać Nassima Taleba, amerykańskiego wykładowcy pochodzenia libańskiego, bo to jedyny myśliciel, który w słynnej teorii czarnego łąbędzia przewidział światowy kryzys i obecną pandemię. Zwierza się on tak w książce zatytułowanej – nomen omen – „Na własne ryzyko”: „Mam tendencję do oglądania telewizji z wyłączonym dźwiękiem. Kiedy zobaczyłem Donalda Trumpa w prawyborach Partii Republikańskiej stojącego obok innych kandydatów, nabrałem pewności, że wygra (..) bez względu na to, co powie lub zrobi. Właściwie to właśnie dlatego, że jego niedostatki widać było jak na dłoni. Dlaczego? Ponieważ był prawdziwy, a społeczeństwo – składające się z ludzi, którzy zwykle podejmują ryzyko, a nie z pozbawionych życia (i ryzyka) analityków (..) zagłosowałoby w każdej chwili na kogoś, kto rzeczywiście wykrwawił się po wbiciu sobie szpikulca w rękę, zamiast na kogoś drugiego (..). Zauważam, że nawet fakt, iż Trump wyrażał się w niekonwencjonalny sposób, był sygnałem, że nigdy wcześniej nie miał szefa, żadnego przełożonego, którego musiałby przekonywać, imponować mu lub uzyskiwać jego aprobatę: osoby, które były pracownikami, ostrożniej dobierają słowa” [1]. Trzaskowski nie mógł w podobny sposób zyskać przewagi nad Dudą, bo obaj mają znanych szefów… partyjnych. Nominalnie bezpartyjny prezydent – jednego (w znanym serialu głowa państwa  jako Adrian wyczekuje bez końca na audiencję u prezesa, przy którego tytułowym uchu zawsze są jednak inni), nieudany challenger całe kombo.  

Donald Trump przemawiał ciekawiej, nawet jeśli czasem niezbornie czy mniej konkretnie od konkurentki, wiecznej prymuski Hillary Clinton, kojarzonej nie z biznesem lecz z urzędem – byłej Pierwszej Damy. Potwierdziło się też, że niezamożni chętnie głosują wcale nie na wypowiadających frazesy o socjalu ludzi polityki, lecz na praktyków, którym powierzyliby własne oszczędności. U nas ten efekt wykorzystał w 2000 r. bankowiec Andrzej Olechowski, który wprawdzie przegrał z Aleksandrem Kwaśniewskim, ale pokonał związkowca z obozu ówczesnej władzy Mariana Krzaklewskiego: wtedy to Wilanów wygrał z Kolbuszową pod Rzeszowem, inaczej niż teraz.    

Duda obiecał wspólnotę, zburzył ją i wygrał

Dla zrozumienia zachowań wyborczych również w Polsce ostatnich tygodni kluczowe pozostają inne słowa Nassima Taleba: „Główną ideą, stojącą za złożonymi systemami jest to, że zespół zachowuje się w sposób nieprzewidywalny dla jego składników. Interakcje znaczą więcej, niż natura jednostek. Badanie poszczególnych mrówek prawie nigdy nie da nam wyraźnego wskazania, w jaki sposób działa cała kolonia. Do tego trzeba rozumieć kolonię mrówek właśnie jako kolonię mrówek, ni mniej ni więcej, a nie jako zbiór poszczególnych osobników” [2].

Duda wygrał pięć lat temu, bo obiecał budowę wspólnoty. A teraz zwyciężył powtórnie, ponieważ tę wspólnotę poszatkował: na „warszawkę” i nas tutaj. Na tych, co wierzą Niemcom, którzy chcą nam prezydenta wybierać oraz na przykładnych oglądaczy swojskich mediów narodowych, których nie razi nawet Danuta Holecka, porównywana do prezenterki z Korei Północnej, bo nie za bardzo wiedzą, jaki ustrój tam panuje…

Według słynnej dykteryjki księcia Radziwiłła o demokracji, jego służąca głosowała na komunistów, ponieważ ktoś jej powiedział, że są to tacy, którzy codziennie przystępują do komunii.

Polscy wyborcy – co nie jest ich winą, tylko polityków i mediów, którzy im decyzji nie ułatwiają i wspólnie odpowiadają za fatalną jakość życia publicznego – kierują się niekiedy trudnymi do zrozumienia motywacjami. Znany mi casus: pięć lat temu pracownica korporacji z Agorą i Springerem w CV, mogąca uchodzić za wzór transformacyjnego awansu, bo z wiejskiej biedy wyrwała się za sprawą możliwości otwartych przez historyczny czas i przyjacielskiego wsparcia profesorskich dzieci na studiach – zagłosowała na Dudę, bo „Komorowski coś tam powiedział”. A potem i tak biegała w mróz na demonstracje KOD.

Szklany sufit partyjnej polityki

Wynik wyborów da się zinterpretować jako skrajnie pesymistyczny, jeśli ograniczyć się do stwierdzenia, że reelekcję uzyskał słaby prezydent, zależny bez reszty od swojej dawnej partii. Fakty są jednak bardziej złożone. Rezultat pokazuje, że partie polityczne wyczerpują swoje możliwości. Żaden z dwóch głównych kandydatów, ani z PiS ani z PO nie zrealizował swojego celu. Andrzej Duda […]

Read more

Kultury demokratycznych zachowań nie buduje się z dnia na dzień. Praca potrzebna jest tu naprawdę pozytywistyczna albo jak z Żeromskiego… Tymczasem samozwańcze elity obrażają na potęgę zarówno „czerń” z przekonaniem głosującą na Dudę jak zakompleksionych „awansiarzy”, kierujących się motywami podobnymi co wspomniana beneficjentka transformacji ustrojowej – co przynosi skutek odwrotny do zamierzonego. Bluzganie na wyborców pojawiło się po raz pierwszy gdy Stanisław Tymiński w 1990 r. wszedł do drugiej tury z Lechem Wałęsą zamiast Tadeusza Mazowieckiego. Bajdurzono z całą powagą, że „społeczeństwo nie dorosło”, chociaż pretensję trzeba było kierować nie do niego, tylko do Leszka Balcerowicza, który wypełniając sklepowe półki zarazem uczynił leżące na nich towary niedostępnymi dla sporej części Polaków – oraz do ministra pracy Jacka Kuronia, który nie zadbał o towarzyszący reformom równie mocny program osłonowy. Wtedy właśnie podczas spotkania na Politechnice ekonomista i doradca Regionu Mazowsze Solidarności Dariusz Grabowski zarzucił Kuroniowi, że woli rozdawać bezrobotnym zupę zamiast aktywizować ich zawodowo, ale ten głos praktyka gospodarki okazał się odosobniony. Kuroń podobnie jak Balcerowicz pozostawał wówczas szamanem. Na zgubę całego plemienia. Bo to z balcerowiczowskiego monetaryzmu na zasadzie reakcji odwrotnej zrodził się werbalny populizm pisowski, polegający na  rozdawaniu obywatelom w formie różnorodnych świadczeń pieniędzy, wcześniej pod postacią danin i podatków odebranych im samym lub ich sąsiadom. Nie przeszkadza to tak prospołecznemu w deklaracjach pisowskiemu Sejmowi zabrać emerytom i rencistom bonu wakacyjnego, przyznanego im przez Senat. Zaś dawny bankier Mateusz Morawiecki jako premier zakazał na czas pandemii imprez masowych, pracy siłowni, teatrów i kin oraz dyskotek ale nie działalności firm lichwiarskich i windykacyjnych, nękających ich pozbawionych bez własnej winy dochodów właścicieli. Gołym okiem widać priorytety rządu…          

Kto scali to, co się rozpadło

Efekt Tymińskiego może się jednak powtórzyć, jeśli beneficjenci świadczeń społecznych przekonają się o ich słabnącej sile nabywczej. Samochody ze szrotów w Niemczech już kupili. Ale to nie wystarczy. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. A ceny żywności – była już o tym mowa –  drastycznie idą w górę.

Noblista Elias Canetti w eseju „Masy i władza” uznawał inflację za jedną z przyczyn narastania tendencji autorytarnych we współczesnych społeczeństwach. Potwierdzały to zarówno przykłady z Europy lat 20 i 30 ubiegłego stulecia, jak późniejsze z krajów Trzeciego Świata. W Argentynie. Wenezueli czy Boliwii inflacja torowała drogę populistom, którzy po dojściu do władzy… jeszcze bardziej ją nakręcali.

Zawiedzeni beneficjenci świadczeń społecznych raz zrażeni do Dudy i Kaczyńskiego nie pójdą przecież do Trzaskowskiego ani Hołowni. Zaś pojawienie się jakiegoś rodzimego odpowiednika węgierskiego Jobbiku może stać się kolejną troską naszej demokracji. To kolejny bodziec, by szukać nowych ofert, a nie stawiać na wypróbowane, które… właśnie przegrały.

Nowych pomysłów nie wykreują środowiska socjalne. Mogą to zrobić wyłącznie ci, którzy tworzą miejsca pracy. Mają motywację, bo to oni ze swoich podatków utrzymują państwo z jego rozbuchanym budżetem i rozedrganą polityką społeczną, która z jednej strony płaci za rodzenie dzieci, z drugiej – dyskryminuje jak ZUS i sądy przedsiębiorcze matki, które w majestacie prawa skorzystały z zaoferowanych im ułatwień, za co teraz prześladują je komornicy.

Zmienia się specyfika protestów społecznych. Po rolnikach i hodowcach, górnikach i nauczycielach na ulice wylegli przedsiębiorcy i organizatorzy koncertów. Organizują się środowiska najcenniejszych dla państwa płatników podatków i klasa kreatywna – dotąd walczące co najwyżej z pomocą adwokatów z urzędami skarbowymi. Determinacja rośnie wraz ze spustoszeniem, jakiego w życiu gospodarczym i społecznym dokonuje wciąż szalejąca – pomimo zaklinania optymistycznymi komunikatami władzy – pandemia.

Charakterystyczne, że COVID-19 pozostaje głównym tematem rozmów Polaków, ale nie niedawnej kampanii wyborczej. To kolejny dowód wyobcowania klasy politycznej, która kisi się we własnym sosie. W dobie zaawansowania technik internetowych i komunikacji bezpośredniej politycy przez kilka dni paplali o debatach telewizyjnych (w końcu i tak każdy gadał tylko do swoich), a redaktorzy naczelni do znudzenia zlecali ten temat podwładnym, chociaż mnóstwo młodych ludzi nie ma już w domach telewizora nie dlatego, że ich nie stać, tylko ponieważ do niczego nie jest im potrzebny. Nie zrozumiał tego zupełnie sztab Trzaskowskiego oburzający się na kolejne ustawki TVP. Świetnie poradzili sobie za to ignorowani nie tylko przez popularną szczujnię ale i przez prywatne stacje Szymon Hołownia i Krzysztof Bosak, przenosząc przekaz do Internetu. Z sukcesem, skoro w wyborach wzięli trzecie i czwarte miejsce przed „telewizyjnymi” Władysławem Kosiniak-Kamyszem i Robertem Biedroniem, kandydatami sporych partii. To dowód, że jak się chce i umie, to można… I wzór na przyszłość. Hołownia udowodnił, że dziennikarz i celebryta wkraczający do polityki wcale nie musi błaznować ani hamletyzować jak odgrywający rolę męskiej lalki Barbie prezenter wszystkich możliwych stacji Tomasz Lis. Zaś Bosak pokazał, że w polskiej polityce – wbrew wspólnemu przekazowi obu braci Kurskich – jest miejsce dla radykałów i ludzi ideowych, jeśli tylko zachowują się rozsądnie, a nie jak kiedyś Janusz Korwin-Mikke dosiadają słonia, chociaż nie na dyrektora ZOO kandydują.

Ta kampania to już jednak przeszłość. Zostajemy z kiepską władzą i z trwającą pandemią, która ani myśli ustępować, żeby sprawić przyjemność rządzącym.

Polska nie pęka… na dwie

czyli wspólna nieprawda PiS i PO o wojnie plemiennej Andrzej Duda przegrał zarówno w macierzystym Krakowie jak w komisji przy ul. Mackiewicza, do której przypisany jest jako wyborca – chociaż w kraju odsadził rywala o kilkanaście punktów procentowych. W komisji na Mokotowie, w której w Warszawie głosuje premier Morawiecki a także na rodzinnym Żoliborzu Jarosława […]

Read more

Słoweński myśliciel Slavoj Żiżek w świeżo opublikowanej książce „Pandemia! Covid-19 trzęsie światem” przestrzega: „Hegel pisał, że jedyną rzeczą, jakiej możemy nauczyć się z historii, jest fakt, że niczego nie nauczymy się z historii, wątpię więc, czy dzięki epidemii staniemy się mądrzejsi. Jasne jest tylko to, że wirus zburzy fundamenty naszego życia, powodując nie tylko ogromną ilość cierpienia, ale też spustoszenie gospodarcze, potencjalnie gorsze niż Wielka Recesja. Nie ma powrotu do normalności, nową normalność trzeba zbudować na ruinach naszego starego życia albo znajdziemy się w epoce nowego barbarzyństwa, której oznaki już teraz są wyraźnie widoczne” [3]. Wynik wyborów w Polsce nie jest jednym z nich, nie przesadzajmy. Spokojnie, to tylko awaria, a nie ostateczny koniec demokracji. Zaś co do barbarzyństwa – przypomina się słynny wiersz Konstantinosa Kawafisa „Czekając na barbarzyńców”. Jak pamiętamy, oni w końcu nie przyszli, co kwitują słowa: „ci ludzie byliby jakimś rozwiązaniem”. Po przegranych kampaniach Trzaskowskiego, Kosiniak-Kamysza i Biedronia – bo Hołownia i Bosak, mniej reaktywni, własne pomysły jednak zgłaszali – można było się zorientować, że barbarzyńcy z PiS dla kandydatów nie tyle rozwiązaniem, co… jedyną racją ich istnienia w życiu publicznym.

Wiele razy w najnowszej historii odbywał się casting na odnowiciela. Nie o to jednak chodzi. Łatwiej wskazać grupy społeczne, mogące wykreować siłę, zdolną zmierzyć się zarówno z pandemią jak z nieprawościami nie radzącej sobie z nią złej władzy, dodatkowo obciążonej (afera Szumowskich) niegodnymi próbami zarabiania jej przedstawicieli na trapiącym Polaków nieszczęściu. Alternatywy nie zbudują nigdy środowiska biernie czekające na społeczne beneficja. Inicjatywa stanowi domenę tych, którzy pomimo utrudnionych warunków pracują – wszystko jedno na swoim, na etacie czy umowie śmieciowej – i utrzymują państwo polskie. Wystarczy, by poczuli się wspólnotą. Metafora mrowiska powraca, zwłaszcza, gdy wobec nikłych różnic między kandydatami Polacy przekonali się dobitnie o znaczeniu własnego głosu.

Donald Trump jeszcze przed pandemią przekonał do siebie amerykańskich wyborców wcale nie patetycznym hasłem „Przywróćmy wielkość Ameryce” czy „Uczyńmy Amerykę znów wielką” (żadne tłumaczenie nie odda urody przesłania Make America Great Again), które jednak niewiele znaczy – tylko jasnym wyartykułowaniem interesów klasy pracującej w USA. Jej bunt przeciw nieuczciwej konkurencji imigrantów na rynku pracy, kosztownym i niezbyt produktywnym eksperymentom społecznym (obamacare – chybiona reforma ubezpieczeń zdrowotnych) oraz konieczności utrzymywania wegetującej całkiem wygodnie na socjalu drugiej, mniej pracowitej Ameryki – stworzył masę krytyczną i energię pozwalającą na zwycięstwo egzotycznego na pierwszy rzut oka kandydata, celebryty wśród zawodowych polityków. Do zwykłych obywateli (Middle Americans) z pasa rdzy, gdzie pozostaje ulokowany tradycyjny przemysł, przemówiła nie tyle godnościowa retoryka co obietnica wprowadzenia ceł na towary z Chin, bo żyjące z własnej pracy niebieskie kołnierzyki czują się pokrzywdzone przez globalizację.  Wyjście naprzeciw ich lękom odebrane zostało jako empatia, a ludzkie słabości Trumpa mu nie szkodzą, bardziej czynią go w oczach wyborców „jednym z nas”, zwłaszcza nieszkodliwe dziwactwa. Jak relacjonuje krytyczny biograf prezydenta Michael Wolff: „Od lat się obawiał, że ktoś mógłby go otruć. To między innymi dlatego lubił jadać w McDonaldzie, gdzie nikt się nie spodziewał jego przybycia i gdzie serwowano jedzenie przygotowane z wyprzedzeniem” [4]. Znani adwokaci również są bohaterami zabawnych dykteryjek, ale to do nich zgłaszamy się, by nasze sprawy załatwili.  

W USA podobnie jak w Polsce nie wygrywa się wyborów opowiadaniem anegdot ani wzniosłymi perorami  o wartościach tylko odwołaniem się do dynamicznych grup społecznych. Jak ujmuje to Michael Wolff w książce „Ogień i furia”, do zwycięstwa poprowadziło Trumpa  „gospodarczo-kulturowe przesłanie kierowane do białych przedstawicieli klasy pracującej Florydy, Ohio, Michigan i Pensylwanii” [5].  

Konkret, nie abstrakt. Interes a nie slogan. Tym obecny prezydent USA zmobilizował grupę, która od lat już – podobnie jak teraz zwolennicy demokracji i rynku w Polsce – uchodziła za notorycznie przegrywającą wybory. Wygrana Trumpa, choć zgorszyła świat, oznacza przywrócenie normalności: prezydenta wybrali ci, którzy płacą podatki. A tym samym utrzymują jego administrację. Udała się wyborcza mobilizacja osób zawodowo aktywnych. Policzyli się przy urnach, przekonali, że stanowią większość. Ekscentryczny republikanin dogadał się z nimi za pośrednictwem Twittera, a nie związków zawodowych. Zaś rządy Trumpa – wbrew histerii oponentów – pomimo pandemii i napięć rasowych nie przyniosły katastrofy. Masowy udział jego zwolenników w niedawnym mityngu w Tulsie, pomimo ograniczeń związanych z COVID-19 pokazuje, że wciąż umie trafić do wyobraźni i portfeli wyborców. Aktor Clint Eastwood, który grał w westernach, więc w słowach nie przebierał dostrzegł w Trumpie przeciwwagę dla „pokolenia pierdołów”, w którym „wszyscy chodzą na palcach”. Subtelnym politykiem kontrowersyjny republikanin nie jest ale nazywa rzeczy po imieniu. Dlatego grupy skazywane na wymarcie czy uznane za statystycznie nieistotne uznały, że ich sprawy załatwi. I ponad pozornymi antagonizmami skutecznie zbudowały nową większość.      

W tym sensie polska opozycja uczyć się powinna od Trumpa, chociaż u nas miejsca pracy zabierają nie Meksykanie tylko Ukraińcy (nikt nawet nie policzył, ilu ich tu jest), a politykiem przywracającym nadzieję i wpływ na rzeczywistość uczciwym płatnikom mnożonych przez obecną władzę danin nie okaże się raczej znany z telewizji milioner. Potrzeba nie charyzmy, lecz wspólnoty.

Zapewne Trzaskowskiemu, zamyślającemu teraz o własnym ruchu, bliższy wydaje się francuski przykład Emmanuela Macrona. Tyle, że różnica pozostaje jedna i podstawowa: Macron wybory wygrał, Trzaskowski poniósł porażkę. Dlatego raczej nie on będzie scalał to, co przy okazji zostało porozbijane. Polska czasów pandemii potrzebuje lekarza, chociaż – jak wykazuje przykład innego przegranego Kosiniak-Kamysza – niekoniecznie w sensie dosłownym…                                 

[1] Nassim Nicholas Taleb. Na własne ryzyko. Zysk i S-ka, Poznań 2019, s. 183 przeł. Alicja Unterschuetz       
[2] ibidem, s. 111
[3] Slavoj Żiżek. Pandemia! Covid-19 trzęsie światem. Wyd. Relacja, Warszawa 2020, s. 13, tł. Jowita Maksymowicz-Hamann
[4] Michael Wolff. Ogień i furia. Biały Dom Trumpa. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018, s. 137.. Tł. M. Witkowska, B. Sałbut, M. Moltzan-Małkowska         
[5] ibidem, s. 101-102

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here