Impuls dali biznesmeni i Kuba Błaszczykowski, ale to kibice przywracają nadzieję na odrodzenie

Akcje Wisły Kraków jej kibice kupowali tak szybko, aż nie wytrzymały serwery obsługującej operację platformy internetowej. To pierwszy u nas przykład reanimowania znanej marki przez crowdfunding.

Tylko w trakcie pierwszej doby emisji akcji zebrano z nich rekordowe jak na cały polski crowdfunding 4 mln złotych, co oznacza, że schodziły szybciej, niż prognozował główny ratownik Wisły prezes specjalizującego się w nowoczesnych technologiach Synerise Jarosław Królewski, któremu biznesowego wyczucia raczej trudno odmówić. Przeznaczone do sprzedaży 5,1 proc wszystkich akcji zostało nabyte przez 9,1 tys kibiców, których przekonał argument: Zostań 12 zawodnikiem Wisły Kraków.

Przy czym akcje są symboliczne – nie dadzą podstawy do udziału w zyskach, tyle, że kto ich kupił więcej niż za stówę mógł dostać klubowe koszulki lub gadżety [1]. Pozostaje to zgodne z definicją crowdfundingu, który tym różni się od zwykłej zbiórki publicznej, że nagradza się fundatorów, choćby symbolicznie. Crowdfunding rozwinął się z subskrypcji – metody, z której zastosowaniem rozpowszechniano dzieła kompozytorów w XVIII wieku, ale również w latach 60 w PRL 12-tomową Wielką Encyklopedię Powszechną PWN.

Prawdziwe możliwości przyniósł mu Internet. W USA pierwszym wielkim przedsięwzięciem crowdfundingowym stało się opłacenie przez 60 tys fanów trasy koncertowej rockmanów z brytyjskiej grupy progresywnej Marillon. Przy crowdfundingu społeczność skupia się wokół projektu, który finansuje.

Nieco mniejszą niż Wisła kwotę zebrał wcześniej podobną drogą Browar Jastrzębie. Prezes operatora zbiórki na krakowski klub Beesfundu, Arkadiusz Regiec wylicza „Pulsowi Biznesu” walory crowdfundingu udziałowego: „(..) posiadając w portfelu kilkadziesiąt złotych możemy zainwestować w spółkę. Świat finansów, w którym w akcje mogli inwestować tylko ludzie mający duży kapitał już się skończy” [2]. W Wielkiej Brytanii przez crowdfunding finansuje się co trzecia spółka. W Polsce zaś w tym roku wielkim powodzeniem cieszą się zbiórki społecznościowe, jak słynna Ostatnia Puszka Prezydenta Adamowicza na WOŚP na facebooku Patrycji Krzemińskiej oraz tej samej animatorki na rzecz niezależności Europejskiego Centrum Solidarności.

Komentatorka „Pulsu Biznesu” Anna Bełcik ocenia, że zrzutka na Wisłę „to zbiórka sercem, ale może ono okazać się równie wielkie, jak inwestorskie ryzyko” [3]. Wcześniej, przed sprzedażą akcji, kibice już dali swojemu klubowi 2 mln zł z własnych zbiórek. To kwoty za duże, żeby skwitować je żartobliwym przypomnieniem kwestii białostockiego taksówkarza Łapińskiego z „Piłkarskiego pokera” Janusza Zaorskiego: – Społeczeństwo mamy ofiarne.

Operacja ratunkowa jednak dopiero się zaczyna, optymiści podają, że zadłużenie klubu sięga 21 mln zł, pesymiści że 81 mln zł, rację mają jedni i drudzy, zależy w jaki sposób liczyć. Pierwsza kwota obejmuje zadłużenie zewnętrzne, druga również zobowiązania… jednych struktur Wisły wobec innych noszących jej nazwę, bo przez lata aż tak wszystko się skomplikowało. Najważniejsze jednak, że zespół gra dalej w ekstraklasie, choć po zawirowaniach właścicielskich groziło mu, że nie zostanie dopuszczony do rundy wiosennej.

Wcześniej legendarny klub znalazł się nad przepaścią, chociaż na boisku radzi sobie nieźle. Stąd pytanie, czy sytuacja, w której mitoman z Kambodży mógł kupić 13-krotnego mistrza Polski w piłce nożnej a bracia Karnowscy ubiegać się o Radio Zet – to przejaw wolności gospodarczej czy raczej jej zaprzeczenie. Gdy przed 18 laty cenione „Życie” przejęli garbarze, okazali się… grabarzami dziennika, bo charyzmatycznego Tomasza Wołka zastąpili operetkowym Pawłem Fąfarą, którego odrzucili czytelnicy. Kibice nie dopuścili, by los Wisły okazał się podobny: impulsem dla ich ofiarności okazała się akcja ratownicza, zapoczątkowana przez dawnego gracza krakowskiej drużyny Jakuba Błaszczykowskiego i biznesmena od nowych technologii Jarosława Królewskiego. Ten pierwszy przystał na pensję 500 zł miesięcznie, bo uznał, że swoje już w życiu zarobił, więc teraz może pomóc innym. Ten drugi nie ukrywa, że wprowadza w życie marzenie: – Kręci mnie zmiana rzeczywistości, odbudowanie Wisły, kiedy każdy jest przekonany, że to niemożliwe [4].

Wielkie serce kibica

A kibiców Wisła ma z charakterem. W lutym ogłoszono, ze klub pozyskał zdolnego zawodnika z Ghany Emmanuela Kumaha, doskonale rokującego 19-latka. Co w tym dziwnego, skoro finezyjni Afrykanie od dawna aklimatyzowali się w naszej ekstraklasie, a imiennik Kumaha Nigeryjczyk Olisadebe po otrzymaniu obywatelstwa strzelił nawet dla reprezentacji Polski pierwszą bramkę po smutnych 16 latach jej nieobecności na piłkarskich mistrzostwach świata?

Ewenement polega na tym, że pieniądze na Kumaha wyłożył – w całości! – za pośrednictwem stowarzyszenia fanów kibic, który zastrzegł sobie anonimowość [5]. Stereotypowi wyjącej kibolskiej tłuszczy, przed którą najlepiej uciekać z daleka zaprzecza też zorganizowana pod auspicjami klubu w dniu marcowego meczu ze szczecińską Pogonią akcja oddawania krwi dla potrzebującego jej 96-letniego generała Armii Krajowej Tadeusza Bieńkowicza ps. Rączy. Dopóki kombatant miał siłę, przychodził kibicować na stadion przy Reymonta [6].

Bo Wisła Kraków to nie tylko marka, ale jeden z klubów, które kochamy. Z pucharów europejskich wyrzucała tak renomowane firmy jak włoska Parma, Schalke 04 z Gelsenkirchen (kiedyś ulubiony zespół Adolfa Hitlera), Celtic Glasgow i Real wprawdzie nie z Madrytu, tylko z Saragossy. W kultowej jedenastce Kazimierza Górskiego, która w 1974 roku wywalczyła trzecie miejsce w świecie występowało dwóch wiślaków (Antoni Szymanowski i Adam Musiał), cztery lata później u Jacka Gmocha w piątym zespole świata zagrali Adam Nawałka i Henryk Maculewicz, zaś w ekipie Antoniego Piechniczka, która w eliminacjach kolejnego Mundialu pokonała dwa razy NRD po boisku biegali wiślacy Jan Jałocha i Piotr Skrobowski.

Ten drugi okazał się chlubnym wyjątkiem i w odróżnieniu od kolegów wszystko, co zarobili marnotrawiących w kasynach i barach – po zakończeniu kariery pieniądze zainwestował w znaną w Krakowie sieć pizzerii, a przy poprzednich perypetiach Wisły ratował dawnego pracodawcę, podobnie jak dziś czyni to Jakub Błaszczykowski, wspomagany przez przedsiębiorcę z branży IT Jarosława Królewskiego (firma Synerise), przypominającego wyglądem Harry’ego Pottera.

Kubie Błaszczykowskiemu raczej nie zależało na publicity, bo i tak cieszy się powszechną sympatią, zrozumiałą przy jego osobistej historii. Jego ojciec zabił jego matkę, zaś na piłkarza wychował go wujek Jerzy Brzęczek, obecny trener naszej drużyny narodowej. Na tyle skutecznie, że Błaszczykowski w reprezentacji, którą wtedy jeszcze wujek nie kierował, wystąpił ponad 100 razy. Zanim został też gwiazdą Borussi Dortmund, klubową karierę zaczynał w Wiśle, do której ma sentyment. Teraz pożyczył dawnemu klubowi 1,3 mln zł, podobnie postąpiło dwóch jeszcze ryzykantów: prezes Synerise Jarosław Królewski oraz prezes Gremi Media Tomasz Jażdżyński. Z crowdfundingu od wiernych kibiców pozyskano więc podobną kwotę co od wspomnianych trzech muszkieterów.

Przedtem równie roztropni w biznesie nie okazali się jednak włodarze klubu. Przez chwilę nie wiadomo było nawet, kto Wisłą rządzi. Zasłaniający twarz parasolem na widok aparatów fotograficznych niczym bohater listu gończego kambodżański biznesmen z Francji Vanna Ly nie przelał na klubowe konto środków za nabyte akcje Wisły. Mimo to jego wspólnik Mats Hartling utrzymywał, że pozostaje właścicielem klubu. Prezesem z ramienia tandemu Ly-Hartling zostać miał pośrednik transferowy Adam Pietrowski, zaś gdy transakcja nie wypaliła – powołano na tę funkcję Rafała Wisłockiego. Galimatias z tym związany wydaje się wskazywać na niedoskonałość… jeśli nie litery polskiego prawa to przynajmniej sposobów jego stosowania.

Jak nie zostać klubem bez piłkarzy

Na piłkarzy, którzy od miesięcy nie widzieli pensji – już wtedy zrzucili się kochający ich kibice. Zbiórki wśród nich pozwoliły zatrzymać przy Reymonta część zawodników. Pomimo zawieszonej przez pewien czas licencji, która uprawnia do gry w Ekstraklasie, Wisła za sprawą kibicowskiej ofiarności nie stała się klubem bez piłkarzy. Fani pokazali, jak krzywdzące są dotyczące kiboli stereotypy i uogólnienia. Przed laty media obarczały grupy fanów odpowiedzialnością za zabójstwo, chociaż dokonano go wprawdzie w dniu derbów z Cracovią, ale po drugiej stronie Wisły na Dębnikach, kilka kilometrów od stadionu, a na meczu nie byli ani sprawca ani jego ofiara, chodziło raczej o porachunki handlarzy narkotyków…

Co nie znaczy, że jednym z problemów Wisły nie pozostają praktyki części jej radykalnych wyznawców zwanych Sharksami. Gdy policja wkraczała na Reymonta, szukała tam flag, odebranych przemocą kibicom innych zespołów, a znalazła 300 tys sztuk papierosów bez akcyzy. Wiadomo, że wypełniający trybuny chłopcy z Salwatora czy nowohuckich osiedli manierami i ekspresją różnią się od bywalców filharmonii, co nie znaczy, że obce im są uczucia wyższego rzędu.

Największy spośród miłośników sportu pod Wawelem Jan Paweł II kibicował wprawdzie Cracovii, a podczas audiencji kapitan tej drużyny Piotr Bania przekazał nawet Papieżowi przeznaczoną dla niego koszulkę z numerem 1 – ale po śmierci Jana Pawła II kibice obu zwaśnionych zespołów splatali klubowe szaliki Wisły i Cracovii w geście rytualnego pojednania, które zakończyć miało towarzyszącą derbom wojnę. Niedawny głośny reportaż Szymona Jadczaka [7], pokazujący związki kibiców Wisły ze światem przestępczym dowodzi, że nie wszyscy wyciągnęli wnioski z tamtego aktu.

Dwie dekady temu podczas meczu na Reymonta niejaki „Misiek” ranił rzuconym z trybun nożem słynnego Dino Baggio. Prawniczka „Miśka” – Marzena Sarapata pozostawała do niedawna prezeską Wisły. Zarabiała co miesiąc 36 tys zł netto, kwotę niewątpliwie godziwą nie tylko jak na Kraków, ustępujący pod względem płac nie tylko Warszawie, ale także Wrocławowi. Beneficjentką budżetu klubu stała się również IKropka, firma męża mecenas Sarapaty – Roberta Czekaja. Za rządów prezeski przestano na czas płacić piłkarzom i regulować inne należności. Za to dziewczyna „Miśka” Agnieszka Kawalec pracowała w klubie jako księgowa, a on sam dzierżawił na wiślackich terenach siłownię.

Smutna to degradacja wielkiej legendy. Bo gdy był to jeszcze klub gwardyjski (ten dziwaczny eufemizm oznaczał własność milicji, CWKS Legia była wtedy wojskowa) – Wiśle zaledwie 18 minut zabrakło do wyeliminowania z Pucharu Europy szwedzkiego Malmoe FF. W półfinale rozgrywek w 1979 r. czekała dużo słabsza od Szwedów Austria Wiedeń. Gdyby koledzy Adama Nawałki utrzymali korzystny wynik przez pozostający do końcowego gwizdka sędziego kwadrans z okładem– zagraliby w maju o najcenniejsze trofeum z Nottingham Forest, co stanowiłoby największy w historii sukces polskiego zespołu. Górnik Zabrze z Włodzimierzem Lubańskim w składzie wystąpił wprawdzie w finale, ale mniej prestiżowego Pucharu Zdobywców Pucharów.

Niebieski mundur, u boku pałka, sierżant milicji Adam Nawałka – wyśpiewywali kibice gospodarzy tam, gdzie Wisła grała na wyjeździe. W praktyce piłkarze milicyjne mundury zakładali raz do roku na akademię. Legię też znienawidzono wszędzie poza stolicą, bo jako klub wojskowy ściągała do woli zawodników z całego kraju w ramach poboru. Historia obu klubów nie zaczęła się jednak w PRL, ta wiślacka biegnie od czasów galicyjskich, Legię zaś założyli żołnierze Piłsudskiego. W Polsce Ludowej wszystkie kluby zdominowane były przez działaczy PZPR, resortów siłowych bądź zjednoczeń górniczych i hutniczych.

Po latach znowu Wiśle zabrakło trzech minut, żeby wystąpić w elitarnej Lidze Mistrzów – ale w 2011 r. na Cyprze pozwoliła sobie strzelić bramkę kelnerom, jak w slangu piłkarze określają słabych graczy, z APOEL Nikozja i w gronie 32 najmocniejszych w Europie wystąpili wyspiarze, a ściślej – międzynarodowa zbieranina zakontraktowana przez cypryjskiego właściciela, bo graczy o greckich nazwiskach prawie tam nie było. Wstyd to wielki, bo kiedyś Wisła wyrzucała z Pucharów marki takie jak belgijskie Brugge czy Celtic z Glasgow.

Ale Wisła to nie rozdział futbolowych statystyk. To również dobro polskiej kultury.

Trenowali ze strzelcami Piłsudskiego

Polska piłka nożna rodziła się na krakowskich Błoniach, tam pierwsze mecze rozgrywali zawodnicy powołanych w 1906 r. Wisły i Cracovii. Dwa kroki dalej ćwiczyli wtedy padnij-powstań strzelcy Józefa Piłsudskiego. Prawo do znaku Wisły – to część polskiej historii. Hymnem jej pozostaje do dzisiaj „Jak długo na Wawelu” z lekko tylko odmienionym zakończeniem: zwycięży nasza Wisła, bo to krakowski klub…

Kilkanaście lat temu wydrukowałem w związkowym tygodniku, dziś niestety nie tyle spsiałym co spisiałym, tekst o wiele mówiącym tytule „Dlaczego Wisła wyschła” – bo zawirowania z klubem związane powtarzają się co jakiś czas. Kiedyś ratował go Piotr Skrobowski, potem pieniądze właściciela Telefoniki z Myślenic Bogusława Cupiała produkującego kable. Teraz pomoc obiecał „Kuba” Błaszczykowski, ikona polskiej piłki, choć środki które oferuje wraz z dwoma biznesowymi partnerami oczywiście nie wystarczą do reanimacji żywej legendy. O przyczynie katastrofy wiele mówią analizy branżowego portalu Weszło: „Doszło do tego, że Wisła w pewnym momencie miała na utrzymaniu trzech szkoleniowców: Dariusza Wdowczyka (..), Kiko Ramireza i Joana Carillo (…). Carillo zatrudniono z pensją wynoszącą około 100 tys. zł miesięcznie plus kosztowny sztab” [8].

Niech sobie polski przedsiębiorca wyobrazi, że angażując nowego dyrektora płaci równocześnie dwóm jego nieudolnym poprzednikom, który budżet to wytrzyma? Zwłaszcza, że osobnym problemem Wisły stali również jej niedoszli zbawcy. Swego czasu w tej roli pojawił się trzydziestoletni biznesmen Jakub Meresiński. Towarzyszył mu były piłkarz i obecny radny PiS z Podlasia Marek Citko. „Dżolo z molo” – podsumował krótko styl Meresińskiego tygodnik „Nie”.

Prezes zniknął szybko z pieniędzmi z klubowej kasy, ma sprawę w sądzie. Wisła zaś – pomimo ofiarności fanów – wciąż pozostaje w trakcie akcji ratunkowej. Casting na zbawcę trwa, zgłosił się do niego – raczej nieproszony – były prezes warszawskiej Legii Bogusław Leśnodorski, za którego rządów legioniści wprawdzie awansowali do Ligi Mistrzów jako pierwszy po dwóch dekadach polski zespół, ale w inauguracyjnym meczu u siebie bili rekordy tych rozgrywek w tempie tracenia bramek. Z Borussią Dortmund skończyło się na 0:6, wyniku w futbolu oznaczającym różnicę nie klasy, lecz galaktyki. Leśnodorski albo nie ma co robić albo uznał casus krakowskiej Wisły za ciekawy. Wyklęto go za to w Warszawie, bo kibice Legii nie wybaczają wspierania krakowskiego rywala.

Klub jak dobro narodowe

Klubów, które kochamy, jest więcej. Powstałe po transformacji Amica Wronki czy Groclin Grodzisk Wielkopolski okazały się chwilowymi kaprysami oligarchów i pomimo paru sukcesów zeszły ze sceny, nie zastępując znanych marek. Lata historii i tradycji to atut, wiele waży w tym biznesie kapitał społeczny. Real, Barcelona i Juventus mają swoje kluby kibica nawet w Chinach, co przekłada się na masową sprzedaż koszulek i gadżetów.

Widzew Łódź, kiedyś eliminujący z pucharów Liverpool, Manchester czy Juventus – przeżywał jeszcze trudniejsze od Wisły chwile, a dziś za sprawą ofiarnych kibiców sprzedaje więcej karnetów na mecze niż mistrzowska Legia. Pnie się do góry i o awans do I ligi walczył będzie na wiosnę z Radomiakiem, kiedyś też zagrożonym, na rzecz którego skuteczną akcję ratowniczą inicjował przed laty eurodeputowany z Mazowsza Dariusz Grabowski.

Gdy jako maturzysta, a potem student byłem we Francji – uderzały mnie całe kwartały zabudowy przy Polach Elizejskich wykupione za mocne wówczas petrodolary przez arabskich inwestorów. Szejkowie urządzali je po swojemu, nie zawsze to raziło, dużą przyjemnością było w 30-stopniowy upał wypić kawę na dziedzińcu, którego trzy ściany tworzyła wodna kaskada – bo beneficjenci kryzysu naftowego umieli dogadzać sobie i klientom. Dobre adresy zmieniały właścicieli, ale nikt we Francji nie wpadł wtedy na pomysł sprzedaży Łuku Triumfalnego ani Wersalu.

Co więcej – właśnie wtedy w latach 80. gdy najlepszy francuski piłkarz Michel Platini miał opuścić ojczyznę i zamiast w Saint-Etienne grać we Włoszech w Juventusie wraz z naszym Zbigniewem Bońkiem, pojawił się całkiem poważnie projekt, by zawodnika – niczym dzieła z Luwru – uznać za… dobro ogólnonarodowe i w ten sposób transfer uniemożliwić. Oczywiście to skrajność, z której dzisiaj się śmiejemy.

Jeśli jednak nie chcemy, żeby utrwalił się obraz Polski jako kraju, w którym państwo przejmuje banki za symboliczną złotówkę, a cenną nie tylko dla kibiców markę da się zachachmęcić nie wydając nawet tyle – jakieś bezpieczniki znaleźć musimy. Nie przeciw wolności gospodarczej, tylko takie, które ją naprawdę zagwarantują, a renomowane firmy uchronią przed komisarzami politycznymi gotowymi je kupić na kredyt od kolegi partyjnego z banku czy mitomanami bez kasy, odgrywających rolę jednodniowych inwestorów.

Kapitalizm nie polega na realizacji zasady wszystko na sprzedaż – w dodatku za dowolną cenę. Opinia publiczna w przetargu na Radio Zet nie kibicowała zapewne pożyczającym na ten cel pieniądze i usłużnym wobec władzy braciom Karnowskim. Nawet, jeśli ich konkurentami pozostali oligarchowie, skłonni kupować co się da, byle tanio. U schyłku rządów AWS „Życie” po meandrach właścicielskich przekształceń przejęte zostało przez garbarnię Chemiskór.

Garbarze okazali się grabarzami. Charyzmatycznego Tomasza Wołka w fotelu redaktora naczelnego zastąpił operetkowy Paweł Fąfara. Druga dotychczas gazeta w Polsce została rychło odrzucona przez czytelników z powodu rażąco niskiego poziomu oraz paskudnego koniunkturalizmu, a później zamknięta. Wiele razy potem słyszałem, często od osób na łamach „Życia” w jego lepszych czasach mocno i często atakowanych, że to jednak dobra gazeta była… Bez niej pozostała na rynku jedna tylko profesjonalna „Wyborcza”, co oznacza monopol, prowadzący też nieuchronnie do demoralizacji lub przynajmniej poczucia bezkarności jego beneficjenta. Mądry Polak po szkodzie…

Ofiarność kibiców Wisły wniosła promień nadziei. Za sprawą rzutkich biznesmenów licencję klubu odwieszono. Gra normalnie w ekstraklasie, wygrywa lub przegrywa, ale los klubu rozstrzygnie się na zielonej murawie, a nie w biurze syndyka masy upadłościowej. Sentymenty, tradycję i legendę wpisano do biznesplanu, który na razie się udaje. Gdy zabrakło kapitału bankowego, pozostał ten społeczny i jak się wydaje do uratowania Wisły może on wystarczyć. Niezwykły to będzie happy end po mnóstwie smutnych lub niemoralnych historii zagrożeń, które dotknęły legendę polskiej piłki.

Przeczytaj o Jarosławie Królewskim, przedsiębiorcy, prezesie Synerise, który niedawno sam grał w piłkę w Gliniku, a teraz reanimuje Wisłę Kraków. “Wisła, czyli przedsiębiorca, który uratował legendę”


[1] Konrad Bagiński. Nowy rekord zbiórek internetowych. Wisła Kraków dostała od kibiców 4 mln złotych na dobę. INNPoland.pl z 6 lutego 2019
[2] Anna Bełcik. Wisła Kraków idzie na rekord crowdfundingu. „Puls Biznesu” z 5 lutego 2019
[3] ibidem
[4] Rozdaję 80 procent tego, co zarabiam. Wywiad Izabeli Koprowiak z Jarosławem Królewskim. „Przegląd Sportowy” z 8 lutego 2019
[5] por. na ten temat: łg. Wisła Kraków pozyskała nowego piłkarza. Zapłacił za niego kibic! Sport.pl z 23 lutego 2019
[6] por. Oddaj krew dla Bohatera. Oficjalny serwis klubu Wisła Kraków SA www.wisla.krakow.pl/pl z 1 marca 2019
[7] Superwizjer, emisja TVN 24 z 15 września 2018, godz. 20,30
[8] Najgorsze i najbardziej kuriozalne ruchy Sarapaty. Weszlo.com z 8 stycznia 2019

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here