Historykami z wykształcenia są: premier Mateusz Morawiecki, prezydent zjednoczonej Europy Donald Tusk oraz były szef państwa Bronisław Komorowski. Nieproporcjonalnie wielu polskich polityków ma za sobą studia historyczne. Zapatrzenie w przeszłość sprzyja ideologicznemu spojrzeniu na współczesne życie publiczne i niedostrzeganiu realnych problemów: drożyzny i pogarszania się warunków działalności gospodarczej.

Lukasz Perzyna

Koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński pisał na wydziale historii UW pracę magisterską o sztyletnikach – patriotycznych zamachowcach z czasów Powstania Styczniowego. Nowa szefowa MSWiA Elżbieta Witek również kończyła historię, tyle, że we Wrocławiu (temat jej dyplomu stanowiła sytuacja mniejszych państw na Konferencji Paryskiej z 1919 r, poprzedzającej Traktat Wersalski) – tam, gdzie Morawiecki.

Praca magisterska w 11 dni, czyli dyplom Komorowskiego

Obecny premier podobnie jak minister obrony Mariusz Błaszczak i były szef dyplomacji eurodeputowany Witold Waszczykowski to absolwenci historii trzech różnych uniwersytetów (we Wrocławiu, Warszawie i Łodzi), którzy potem dodali jeszcze do tytułów magistra bliżej związane z zarządzaniem studia podyplomowe. Temat pracy Morawieckiego brzmiał „Geneza i pierwsze lata Solidarności Walczącej”, więc niechętni mu szydzą, że opisał działalność własnego ojca Kornela, a materiały zbierał w domu.

Absolwentem historii UW jest Antoni Macierewicz. Donald Tusk nie tylko skończył ten sam kierunek w Gdańsku dyplomem o kształtowaniu się legendy Józefa Piłsudskiego w czasopismach międzywojnia, ale wydał ceniony album o historii miasta oraz eseistyczną książkę „Solidarność i duma”, której jedynym mankamentem pozostaje fakt, że opublikował mu ją Janusz Palikot. Historykiem z dyplomem z 1977 r. jest Bronisław Komorowski. Chwali się, że pracę o buncie generała Lucjana Żeligowskiego, za sprawą którego przyłączono do nas Wilno, napisał w 11 dni, a jej obronę przyspieszono, bo za magistrantem zaangażowanym w opozycyjny Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela chodziła Służba Bezpieczeństwa i istniała obawa, że ukończenie przez niego studiów udaremni.

Wydaje się, że w sytuacji gdy brak polskiego odpowiednika francuskiej ENA, Ecole Normale d’Administration – najlepszą przepustką do polityki okazują się studia historyczne. Zwłaszcza z czasów, gdy nauki polityczne zdominowane były jeszcze przez marksizm, zaś ekonomia – poza bardziej swobodną i otwartą na Uniwersytecie Warszawskim – stanowiła w ówczesnej Szkole Głównej Planowania i Statystyki raczej kuźnię kadr dla aparatu partyjno-rządowego i licznych, zwłaszcza za Gierka, central handlu zagranicznego.

Autor wydanej przez Akces prekursorskiej książki o fenomenie drugiego obiegu i antropologii środowisk niezależnych „Nielegalna polityka” historyk Andrzej Anusz łączy dominację historyków w życiu publicznym z opozycyjnym rodowodem znacznej części polityków. – Jednym z elementów nielegalnej polityki była walka o prawdę historyczną. Ale też Jerzy Giedroyć już wtedy podkreślał, że Polską rządzą dwie trumny, Piłsudskiego i Dmowskiego – zauważa dr Anusz.

Smutek zwycięzców, czyli jak powiększała się przestrzeń wolności

Andrzej Anusz bezskutecznie próbował demokratyzować Kaczyńskiego, co oczywiście się nie udało i zakończyło rozłamem w niedoszłej partii władzy – Porozumieniu Centrum.

Czytaj więcej

Nie ma sprawy, lokomotywy tanieją

Agenda sporów polskiej klasy politycznej nie uwzględnia dziś tego, o czym naprawdę mówią ludzie: drożyzny na targowiskach i w sklepach (rządzący wzorem Gomułki pocieszają nas optymistycznymi wskaźnikami, pierwszy sekretarz w takiej sytuacji wykazywał, że staniały lokomotywy), pogarszania się warunków codziennej działalności gospodarczej i twórczej, nieuczciwej konkurencji, z jaką styka się polski rolnik czy przedsiębiorca, psucia rynku pracy przez przybyszów ze wschodu. Wiąże się to z zapatrzeniem w przeszłość, postrzeganą również jako źródło współczesnych podziałów.

Politycy wciąż spierają się o historię, choćby przy okazji rocznicy wyborów z 4 czerwca 1989. Jakby nie zauważyli, że już minęła.

Dziejopisom z wykształcenia pozostającym u władzy w Polsce zawdzięczamy też wyjątkowo niefortunny kult polityki historycznej, zwłaszcza ideologicznie zdeterminowanej. Dlatego przynosi ona skutki odwrotne do zamierzonych.

Silni zamiast paplać, robią swoje

Nikt o polityce historycznej nie mówi we Francji i w USA, chociaż państwa te mają się doskonale, nikt też poważny w świecie nie zniesławia ich przeszłości. Absurdalne byłoby, gdyby rząd francuski polecał swoim ambasadorom propagowanie dorobku Resistence, a przemilczanie spuścizny reżimu z Vichy, lansowanie pamięci gen. Charlesa de Gaulle’a, a zacieranie śladów po marszałku Philipie Petainie, nie mówiąc już o wydawaniu aktów prawnych w tej materii.

Tyle, że państwo francuskie i tak wszystko to robi, tyle że skutecznie i dyskretnie, za pośrednictwem administracji i dyplomacji, instytucji kulturalnych i koncernów państwowych, sponsorowania badań i dofinansowania filmów. Podobnie Amerykanom nie przychodzi do głowy wprowadzanie kary więzienia za nazywanie ich mordercami z My Lai (gdzie podczas wojny wietnamskiej ich żołnierze masowo zabijali cywilów), zamiast tego podkreślają zasługi dla demokracji w świecie i eksportu praw człowieka do krajów rozwijających się.

Paragrafem zamiast perswazją czyli cep i historia

W Polsce ekipa rządząca od 2015 r. uczyniła historię polem konfliktu, a nie – wzorem wymienionych krajów – łagodnej acz niezawodnej perswazji. Zamiast zabiegać o to, żeby amerykańscy turyści zaczęli nareszcie odróżniać Powstanie Warszawskie od Powstania w Getcie – wprowadzano paragrafy, a potem się z nich wycofywano pod obcym naciskiem, jak w wypadku ustawy o IPN. Prawdę o rzezi wołyńskiej i jej niewinnych ofiarach złożono na satanistyczno-banderowskim ołtarzu wsparcia dla euromajdanu.

Wzorem państw bałtyckich, gdzie fundamentem polityki historycznej pozostaje kult „leśnych braci”, walczących po wojnie w partyzantce antysowieckiej – oktrojowano administracyjnie cześć dla Żołnierzy Wyklętych, zaniedbując promocję dobrego imienia Armii Krajowej, którą niemiecka telewizja państwowa w obrzydliwym serialu („Nasze matki, nasi ojcowie”) przedstawia jako naszpikowaną antysemitami, co faktycznie oznacza, że jak w krzywym zwierciadle odwraca się obraz II wojny światowej i infekuje kolejne pokolenia.

Swoją tromtadracją PiS tylko pogarsza obraz Polski w świecie i wzmacnia tendencyjnie niechętne interpretacje naszej historii. Historycy u władzy i co z tego? Szewc bez butów chodzi, chciałoby się powiedzieć… gdyby sprawa nie była zbyt poważna, by z niej żartować.

Trudno jednak, żeby patriotyzm skutecznie upowszechniała partia, która za głównego jurystę ma prokuratora stanu wojennego Stanisława Piotrowicza, albo telewizja narodowa w nazwie, a socjalistyczna w treści, gdzie dyżurnym komentatorem pozostaje były sekretarz KC PZPR Marek Król.

Inna rzecz, że również opozycja, świętująca rocznicę 4 czerwca i pielęgnująca solidarnościowe wartości nie znajduje w tej kwestii narracji, przekonującej nie tylko dla zagranicy, ale nawet dla własnych współobywateli. Kult mądrości Okrągłego Stołu i genialności rządu Tadeusza Mazowieckiego głoszony przez środowisko, które uosabia „Gazeta Wyborcza”, kierowana też przez historyka z wykształcenia Adama Michnika służy pomijaniu głównych autorów przełomu sprzed 30 lat – robotników Nowej Huty, śląskich górników, gdańskich stoczniowców oraz warszawskich studentów, którzy swoimi protestami jeszcze w 1988 r. zmusili władzę do ustępstw.

Mit komunistów, którzy dobrowolnie oddali władzę, bo chcieli do zjednoczonej Europy, nie jest dużo mądrzejszy od pisowskich fejków, że Lecha Wałęsę do Stoczni przywiozła milicyjna motorówka albo mistyfikacji Jarosława Kaczyńskiego, że to jego brat „faktycznie kierował Solidarnością”. Również od enuncjacji premiera Morawieckiego, który na spotkaniu w Sandomierzu przypisał samemu sobie… rolę negocjatora przystąpienia Polski do UE, choć w Brukseli nic o tym nie wiedzą. Może przezywany dziś Pinokiem szef rządu stał wtedy za kotarą i podpowiadał? Prawicowy intelektualista dr Zbigniew Girzyński zauważa, że Mateusz Morawiecki chciałby zostać głównym historykiem kraju, do czego – pomimo wykształcenia – nie ma predyspozycji.

Kwestia sumienia, nie kwestionariusza

Problem wydaje się szerszy. Jan Paweł II podczas krótkiej wizyty w Polsce w 1995 r. przy okazji kanonizacji Jana Sarkandra apelował o obecność ludzi sumienia. Ćwierć wieku później wciąż mamy zbyt mało ludzi idei, zbyt wielu ludzi ideologii – i ta kwestia wydaje się pewnie ważniejsza od tego, co ma polityk wpisane w kwestionariuszu w rubryce, dotyczącej wykształcenia. Do historyków u władzy – jak do Morawieckiego – można zaś mieć pretensję, że zamiast historię tworzyć, chętnie ją wykoślawiają czy tendencyjnie interpretują. Papieski apel wydaje się więc dziś równie aktualny co przed ćwierćwieczem.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen / 5. ilość głosów

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here