Wszystkie kłamstwa z Białorusi

0
140

czyli racja stanu i racja internetu

Propozycja Mateusza Morawieckiego zwołania szczytu Unii Europejskiej w sprawie Białorusi została odrzucona – jak nieoficjalnie wiadomo – ponieważ zgłasza ją rząd, który sam nie ma najlepszej reputacji w kwestii przestrzegania demokratycznych zasad. To kolejna porażka polskiej polityki wschodniej. Jednak dużo większym problemem wydaje się szum informacyjny, skutecznie przykrywający wszystko to, co naprawdę dzieje się w Mińsku i innych białoruskich miastach.

Faktycznie przez cały poniedziałek – wobec wyłączenia białoruskiego internetu i innych utrudnień – politycy w Polsce i innych krajach Unii Europejskiej aż do wieczora komentowali wydarzenia z niedzieli, nie dysponując niezbędną aktualizacją obrazu zaistniałej sytuacji. Poddawali się też gotowym interpretacjom, przygotowanym przez zwycięzców starć ulicznych i powielali podrzucane przez nich fake newsy. Stereotyp mieszał się w tym informacyjnym chaosie z pobożnymi życzeniami, budujące pogłoski z groźnymi i porażającymi. W globalnej wiosce cofnęliśmy się nagle do czasów chat krytych strzechą. Przemoc na ulicach Mińska znalazła odbicie w dezorientacji demokratycznego świata, jak na nią zareagować, w sytuacji gdy wiadomo, że informacja ma swoją cenę, tyle, że wyłącznie wówczas, gdy okazuje się pewna i zgodnie z regułami potwierdzona. Od dziennikarza wymaga się przecież dwóch niezależnych od siebie źródeł, od dyplomaty… dużo więcej, by uznał przekaz za odzwierciedlający rzeczywistość.

W kwestii propagandy górą są bez wątpienia Aleksander Łukaszenka i Władimir Putin. Świadczy to o słabości systemów demokratycznej komunikacji, jakie można było zbudować… w lepszych dla regionu czasach. Zaniedbano je, bo ścierało się zbyt wiele koncepcji. Od podawania braciom ze Wschodu gotowego modelu demokracji po ustępowanie im we wszystkim, z polityką historyczną i prawami mniejszości włącznie. Sternicy krajów położonych na zachód od Białorusi i Ukrainy (gdzie przed 7 laty mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją, jak teraz na ulicach Mińska) występowali albo w roli mentorów albo wieloletnich krzywdzicieli, przepraszających za wszystko, czego dokonali ich przodkowie – a miarą paradoksu stało się, że wielokrotnie te niby sprzeczne role godzili.

Dyktatorzy rządzą… nawet przekazem

Nagle okazało się, że dyktatura nie musi być wcale nowoczesna ani oświecona żeby otumanić lub przynajmniej wprowadzić w błąd światową opinię publiczną. Rządzi jej narracja, wobec blokady lub słabości pozostałych kanałów. Gotowy przekaz z Mińska lub Moskwy świat bierze z dobrodziejstwem inwentarza, wszystko jedno czy pochodzi od władzy czy demokratów. Politycy i media skłonni też są akceptować wykluczające się wzajemnie wersje: choćby prezydent Aleksander Łukaszenka z występuje równolegle jako marionetka swojego rosyjskiego odpowiednika Władimira Putina oraz – wprost przeciwnie – w roli ostatniej instancji białoruskiej niepodległości, po której obaleniu nieuchronnie nastąpi aneksja rosyjska. Prawda wydaje się taka, że wzajemnej relacji obu przywódców – sprawujących władzę odpowiednio od 26 i 20 lat – unijna Europa ani Ameryka wciąż nie potrafią zdefiniować, pomimo mnogości instytutów i ośrodków badawczych oraz obfitości raportów wywiadu i wyspecjalizowanych komisji parlamentarnych czy rządowych. Bezradność analityków dotyczy też wielu innych kwestii węzłowych dla tego obszaru geopolitycznego.  Brakuje sokratejskiej mądrości i pokory, zdolności powiedzenia: wiem, że nic nie wiem.

Nakładają się na to własne kompleksy i partykularyzmy polityków i magnatów medialnych.     
Rządowa telewizja w Polsce w gorący, pełen wydarzeń poniedziałek zamiast informować o białoruskich wydarzeniach skupiła się na krytykowaniu niedawnego kandydata na prezydenta i gospodarza stolicy Rafała Trzaskowskiego za porównanie tego, co dzieje się na Białorusi z polityką władz w Polsce.

W poniedziałek rano poważne środki przekazu powielały niedorzeczną pogłoskę o ucieczce prezydenta Aleksandra Łukaszenki samolotem do Turcji. Jak się okazało – poleciał tam rzeczywiście samolot, ale bez głowy państwa na pokładzie. Przypomina się tekst starej reklamy: prawie czyni różnicę…
Długo podtrzymywano też wersję, że śmiertelna ofiara zajść w Mińsku przyjechała uprzednio z Polski. Jak się okazało – przybysz z Gdańska został rzeczywiście skopany i skatowany przez OMON, ale na szczęście przeżył.

                                     Legenda, która szkodzi demokracji

Niebezpieczna jest też legenda demokratyczna, tająca – dla dobra sprawy – swarliwość środowisk białoruskiej opozycji, jej wzajemne oskarżenia o agenturalność, niezdolność do kompromisu.

W latach 80. słynna stała się zamieszczona na łamach “Paris-Matcha” historia zatytułowana”Śmierć polskiego Gavroche’a”. Dramatyczny fotoreportaż, który wstrząsnął francuską opinią publiczną opisywał przypadek młodego chłopaka, podczas demonstracji solidarnościowej we Wrocławiu potrąconego specjalnie przez ciężarówkę milicyjną. Zgadzało się wszystko, poza losem bohatera zdarzenia, porównanego do ulicznika z powieści Victora Hugo “Nędznicy”(“Les Miserables”) ginącego bohatersko w trakcie paryskiej rewolucji. Sponiewierany przez zomowskiego stara chłopak przeżył, a ja w 30 lat później miałem nawet zaszczyt… uczestniczyć w jego weselu. Aktywności publicznej… i ulicznej nie zaprzestał, niedawno organizował demonstracje Komitetu Obrony Demokracji przeciw polityce rządu PiS. Obyśmy zawsze mylili się w ten sposób, co autor pamiętnego tekstu dla francuskiego tygodnika, którego intencje były jak najlepsze.

Ale też nie miała złych intencji autorka, która już w wolnej Polsce na łamach dziennika – a jakże – etosowego i broniącego wolności oraz wartości pomyliła Antka Rozpylacza, młodego bohatera akowskiej konspiracji czasu wojny, z Kubą Rozpruwaczem – seryjnym mordercą londyńskim sprzed stulecia. Jej tekst powstawał w pełnym komforcie. Kto dziś zabiera się do podjęcia tematu powyborczych protestów na Białorusi, ten nim w oczywisty sposób nie dysponuje. Ale nie usprawiedliwia to błędów ani uproszczeń, bo im sytuacja trudniejsza, tym odpowiedzialność za słowo większa.

Bez sieci jak bez ręki

Władza na Białorusi odcięła internet, dokładnie tak, jak generałowie wprowadzający 13 grudnia 1981 r. stan wojenny w Polsce wyłączyli telefony, poza własną łącznością milicyjną i wojskową. W praktyce więc do liczby ofiar stanu wojennego na którą składają się zabici w trakcie demonstracji ulicznych i w następstwie podbić dokonanych przez “nieznanych sprawców” doliczyć trzeba wszystkich tych, do których nie dojechały karetki pogotowia, bo nikt po nie mógł zadzwonić… Teraz Łukaszenka, każąc odłączyć sieć, pogodził się zarazem z nieuniknionym paraliżem gospodarki, który wiąże się z taką operacją. Rzec można, że wliczył to w koszty.

Internet, trwała z pozoru zdobycz cywilizacyjna bez której większość z nas nie wyobraża sobie życia codziennego przestał funkcjonować na mocy jednej decyzji rządzących. To dowód na względność frazesów o społeczeństwie informacyjnym i stałym postępie. Przekonaliśmy się jak łatwo może go powstrzymać dawny dyrektor sowchozu, wcześniej wicedyrektor zakładu przemysłowego i kołchozu w czasach radzieckich, jednym słowem Aleksander Łukaszenka. Wyciągnął wnioski z wielu współczesnych rewolucji, od arabskiej wiosny (Egipt, Tunezja, Bahrajn) po protesty w Hongkongu, których uczestnicy zwoływali się przez internet. Sieć jest zabawką i narzędziem przeciwników Łukaszenki. Nie jego zwolenników. Dla białoruskiego prezydenta zmorą pozostaje euromajdan, którego organizatorzy na Ukrainie masowo korzystali z nowinek techniki.

Jak się wydaje – zarówno zachodni demokraci jak białoruscy opozycjoniści nie docenili przeciwnika.

Gdy potwierdzono wiadomość o jednej ofierze śmiertelnej wśród demonstrantów, protestujących przeciw podanemu oficjalnie wynikowi wyborów prezydenckich (80 proc głosów za Łukaszenką, niespełna 10 proc za jego rywalką Swietłaną Cichanouską) – oficjalna wersja głosiła, że uczestnik zginął od ładunku wybuchowego, który sam miał przenosić. Bzdura? Tak, ale nie poznaliśmy wersji prawdziwej, którą tę oficjalną dałoby się zastąpić.
Pojęcie fake newsa pojawiło się stosunkowo niedawno, nazywając jednak praktyki od dawna utrwalone w życiu publicznym.

Bohater powieści Władimira Wołkowa “Montaż”, którą na zajęciach w latach 80 rekomendował studentom warszawskiej polonistyki adiunkt Michał Boni, widział te kwestie następująco: “Nasz towarzysz Mao Tse-tung powiada, że świadomości społecznej przeciwnika trzeba nadać formę. Ponieważ to my sami sporządzamy tę matrycę, przeciwnik jest odtąd uzależniony od nas (..). – Myślę, że mogę panu wyjawić, iż posługujemy się pięcioma różnymi technikami: pozwalającymi kierować postępowaniem naszego przeciwnika. Po pierwsze: biała propaganda, polegająca po prostu na stałym powtarzaniu: “jesteśmy od was lepsi”. Można to powtarzać miliony razy. Dalej, czarna propaganda, do której trzeba partnerów: przypisuje się przeciwnikowi zamiary, których on wcale nie żywi, a które nie będą się podobały temu trzeciemu, to dla niego gra się tę komedię. Dalej, intoksykacja. To może być dwóch lub trzech partnerów. Chodzi o oszukiwanie za pomocą metod subtelniejszych, niż zwykłe kłamstwo. Na przykład nie podrzucam panu fałszywych informacji, ale zaaranżuję coś takiego, że pan mi je wykradnie. Wreszcie dezinformacja, pojęcie, którego używamy też dla oznaczenia wszystkich tych metod. W węższym sensie dezinformacja jest w stosunku do intoksykacji tym, czym strategia wobec taktyki (..). Piąty sposób polega na wywieraniu wpływu (..). Socjologia poczyniła znaczne postępy i teraz wiemy już, że można rozpocząć rewolucję nie tylko wychodząc od obiektywnych uwarunkowań socjo-ekonomicznych, ale także od czyjegoś przekonania, jakoby uwarunkowania te zaistniały, choćby przeczyło to faktom” – tłumaczy mistrz adeptowi sztuki w powieści Wołkowa, mądrzejszej niż niejeden teoretyzujący traktat [1].  Po co ją cytować w rzeczywistym a nie fikcjonalnym kontekście?

Łukaszenka oznajmił, że uzyskał w wyborach prezydenckich 80 procent głosów, choć wystarczyłoby, żeby ogłosił, że zdobył ich 60 proc, aby reakcja społeczeństwa okazała się łagodniejsza. Za to podanie jeszcze mniejszej różnicy wzmogłoby podejrzenia o fałszerstwa. 
Broniący fotela prezydent Białorusi być może po prostu chciał sprowokować przeciwników do wystąpień ulicznych, by ich zidentyfikować, spacyfikować i izolować. Zaś Władimir Putin, który zaraz po koreańskim Kimie pogratulował zwycięstwa białoruskiemu odpowiednikowi, którego szczerze nie znosi i chętnie by się pozbył, zrobił to zapewne po to, żeby skłonić Zachód go bardziej gwałtownego i nerwowego działania.

Nie wszystkie przesłanki obserwowanych politycznych zachowań pozostają oczywiście tak złożone i wielopiętrowe. Propagandą czasem wciąż rządzi zasada Josepha Goebbelsa, w myśl której kłamstwo sto razy powtórzone staje się prawdą. “Nikt nie zginął na Placu Tienanmen” – drwił w 1989 r. z oficjalnego przekazu chińskich komunistów, którzy zmasakrowali tam protestujących studentów późniejszy wiceminister kultury w wolnej Polsce Tomasz Merta, wtedy dziennikarz ukazującego się poza cenzurą KPN-owskiego “Orła Białego” [2]. I zaraz opisywał, co dzieje się w Chinach naprawdę: “Tych, którzy przeżyli masakrę, wywleka się z kryjówek i stawia przed przesłuchującymi, mrużących oczy w świetle telewizyjnych kamer. Część z nich ma ogolone głowy i tabliczki, informujące o ich zbrodniach. Są tacy, którzy zgłosili się sami, innych wydali sąsiedzi lub krewni (..). W jednym z miast prowincji Xian, Zhou Warong wydała swego brata – przywódcę demonstrujących studentów” [3]. Porównanie ma rację bytu. Niewykluczone, że Łukaszenka łudzi się, iż zostanie europejskim odpowiednikiem Deng Xiaopinga.

Białoruskie cierpienie, polskie zaniechanie

Na dramatyczne wydarzenia w sąsiednim, dziesięciomilionowym kraju Polska ma reagować w sytuacji, gdy minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz zapowiedział swoją dymisję a nie znamy jego następcy

Read more

Kraje, gdzie pracuje się za miskę ryżu, pozostają zresztą przedmiotem podziwu nie tylko na wschód od Bugu. Przypomina się słynne nagranie naszego obecnego premiera, którego również ta prosta transakcja zachwyca.

Białoruś znajduje się dziś za zaciągającą się coraz bardziej kurtyną. 
Mińsk leży jednak bez porównania bliżej Polski niż Pekin. Pojawia się w powieściach Józefa Mackiewicza. Tam też, w gimnazjum prof. Massoniusa pobierał nauki Jerzy Giedroyc. Dla Polaków Białoruś to żadna egzotyka, to sąsiad, z którym czasem wiążą się rodzinne, turystyczne czy biznesowe wspomnienia.

Dlatego nie pozwólmy sobie narzucić gotowej narracji. Czas wypracować własną. Nie służą temu czysto emocjonalne porywy, a także budzenie w sąsiadach ze wschodu płonnych nadziei, których – z coraz słabszą pozycją w Europie – nie będziemy w stanie spełnić. Zwłaszcza krytykowani za naruszenia praworządności przez pisowski rząd i z szefem dyplomacji faktycznie w stanie dymisji bo prof. Jacek Czaputowicz ogłosił przecież zamiar odejścia.

Zdrowy rozsądek i zobowiązanie

Nie odblokujemy z dnia na dzień białoruskiego internetu ani nie zbudujemy ad hoc samodzielnych kanałów komunikacji. Pozostaje więc jedna rada: nie dajmy się zwariować. Los Polaków mieszkających na Białorusi, tamtejsze działania naszych przedsiębiorców, uzasadnione aspiracje Kresowian, związane z ziemią ich przodków oraz bezpieczeństwo polskich obywateli muszą pozostać ważniejsze od sensacyjnych i emocjonalnych doniesień, których prawdziwość szybko weryfikuje rzeczywistość. Na tym dzisiaj polega polska racja stanu w polityce wschodniej. Rządzący muszą o tym pamiętać, a my ich kontrolować, czy sprostają zadaniu.     

[1] Władimir Wołkow. Montaż. Myśl, Warszawa 1986, s. 41-42
[2] Tomasz Merta. Chińskie kłamstwo. “Orzeł Biały” nr 17 z 1989 r.
[3] ibidem

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 7

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here