Wybór Czarzastego, wybór Święcickiego

0
63

Włodzimierza Czarzastego z pewnością większość zwolenników Koalicji 15 Października nie zabrałaby ze sobą na bezludną wyspę. Dla wielu pozostaje bohaterem afery Lwa Rywina.  Nawet jeśli rzeczowe wydaje się doradzanie znanej z Ewangelii zasady: “po owocach ich poznacie”, nie da się pominąć emocji. Wybór Czarzastego na marszałka Sejmu można więc uznać za podanie piłki pisowskiej propagandzie na własnym polu karnym w grze, która się toczy.

Za to wybór Czarzastego rozumiany jako jego własna decyzja, by się o tę funkcję ubiegać i w tym zamiarze wytrwać, okazuje się całkiem racjonalny. Lider Nowej Lewicy wie, co robi: liczy na to, że wzmocniony pełnieniem stanowiska marszałka poprowadzi za dwa lata swoją formację do skutecznego sforsowania pięcioprocentowego progu wyborczego. Którego w wielu niedawnych sondażach wcale ona nie przekracza. Co oznacza kolejny – jak w latach 2015-19 – Sejm bez postkomunistów. Scenariusz, żeby temu zapobiec pozostaje czytelny i oczywisty. Tyle, że niekoniecznie to, co dobre dla Czarzastego, musi się takim okazać również dla kraju.

Wybór Czarzastego, dawnego szefa komunistycznego Zrzeszenia Studentów Polskich na Uniwersytecie Warszawskim i wiceprzewodniczącego tej samej organizacji w całym kraju, przyprawia – jeśli użyć określenia z repertuaru Witolda Gombrowicza – całej Koalicji 15 Października niezasłużenie postkomunistyczną gębę. W sytuacji, w której funkcję premiera pełni przecież Donald Tusk, który kiedy trwał w sierpniu 1980 r. wspomagany przez niego strajk w Stoczni Gdańskiej, przed jej bramą wraz z innymi młodymi ludźmi w tym pisarzem Pawłem Huellem, ogłaszał zamiar powołania niezależnej organizacji akademickiej, później nazwanej Niezależnym Zrzeszeniem Studentów. 

Za to Włodzimierz Czarzasty wielu starszym wyborcom, którzy do historycznych rozróżnień przykładają wagę, kojarzy się z “komuną”. I to taką, która po porażce PZPR w wyborach z 4 czerwca 1989 r. spadła na cztery łapy. Dorobił się, prowadził duże wydawnictwo Muza, został milionerem, aż prezydent Aleksander Kwaśniewski powołał go do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Wtedy przyszła afera Lwa Rywina, o której była już mowa. Sejm, oczywiście innej niż obecna kadencji, uznał, że istniała “grupa trzymająca władzę”, która stała za korupcyjną propozycją, jaką producent telewizyjny i celebryta (w serialu “Ekstradycja” zagrał rosyjskiego gangstera)  Lew Rywin złożył Adamowi Michnikowi, naczelnemu “Gazety Wyborczej”: możliwość zakupu przez wydającej ją  Agorę telewizji Polsat w zamian za łapówkę. I że Czarzasty należał do wspomnianej grupy. W ślad za tym nie poszły rozstrzygnięcia sądowe, ale też wiadomo, jakie w tej aferze wyroki zapadły: śmieszne.

Sceptycyzm wobec sprawy sprzed prawie ćwierćwiecza nie zmienia faktu, że PiS zyskuje nową płytę do stałego odgrywania. I tym razem nie są to kwestie bez znaczenia dla opinii publicznej jak domniemana przyjaźń Tuska z Władimirem Putinem dokumentowana witaniem się obu polityków w zamierzchłych czasach ogólnoświatowego “resetu” w dawnym programie pisowskiej TVP o takiej właśnie nazwę. .

Macierzysty klub parlamentarny Czarzastego liczy zaledwie 21 posłów. W znacznej mierze to jego wina, skoro w tej kadencji doprowadził do odejścia pięciorga z nich. Ale znowu nie w tym tkwi główny problem.

Jeszcze żaden marszałek Sejmu w czasach odrodzonej po 1989 r. polskiej demokracji nie wywodził się z tak małego klubu. Nawet Wiesław Chrzanowski, wybrany na tę funkcję w 1991 r. przez izbę poselską niezwykle rozdrobnioną, za to w całości wyłonioną w wolnych wyborach bez kontraktu – miał za sobą poza uzgodnioną z innymi klubami większością ponad czterdziestu posłów macierzystego Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego.

Rządzący przekonują nas teraz, że tak zapisano w umowie koalicyjnej, więc inaczej być nie może: Czarzasty musi tym marszałkiem zostać. Złośliwi czy tylko wnikliwi w odpowiedzi wypomną im, co oni sami zawarli we własnych programach przed 15 października 2023 r. i ile z tego wprowadzili w życie już po tej dacie. 

Znana lekarska zasada głosi: primum non nocere. Po pierwsze: nie szkodzić. Również sobie, tak to można odczytać. Politycy jednak mają inne standardy. W odróżnieniu przy tym od medyków, nie są depozytariuszami cenionej wiedzy i umiejętności, lecz wybranymi przez nas przedstawicielami. Ludźmi dobranymi do zadań. Nie cechem rzemieślniczym ani zamkniętą grup wtajemniczonych.  

Politycy rządzącej większości mówią teraz o zasadach, ale jest coś gorszącego w tym, że wzajemne zobowiązania stawiają wyżej od tych, które powzięli wobec wyborców.  To uwaga ogólna. I w żadnej mierze nie przesądzająca o tym, jakim marszałkiem Sejmu okaże się Włodzimierz Czarzasty. 

Pamiętam, jak w trakcie warszawskiej konwencji Unii Demokratycznej przed pierwszymi wolnymi wyborami do Sejmu jesienią 1991 roku na jednej z uczelni warszawskich, znajdujący się na liście kandydatów Marcin Święcicki wstąpił na mównicę i zamiast przewidzianej prezentacji ogłosił, że rezygnuje z ubiegania się o mandat. I że zdecydował tak, bo nie chce – ponieważ wcześniej był sekretarzem KC PZPR – by jego osoba stała się pretekstem do ataków na Unię w kampanii wyborczej. Marcin Święcicki dostał za to gromkie brawa, głośniejsze niż liderujący wtedy partii Tadeusz Mazowiecki. Uczestnicy konwencji i niedoszli koledzy z listy wyborczej odnosili się do niego z ostentacyjnym ale i szczerym szacunkiem. Niedawno rozmawiałem ze Święcickim, b. ministrem w rządzie Mazowieckiego na temat tamtego zdarzenia, dowiedział się, że wielki szacunek dla niego zachowałem do dzisiaj, chociaż sam byłem w KPN a nie PZPR i nigdy nie głosowałem na Unię Demokratyczną.  

Na szacunek jednak trzeba zasłużyć, to już pod adresem obecnych polityków…     

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 6

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here