Zapomniany dorobek Polskiego Października

0
53


Środowisko “Po Prostu” propagowało wtedy “powołanie drugiej obok Sejmu izby – izby wytwórców”, która miałaby reprezentować tworzone masowo w zakładach pracy w okresie Polskiego Października samorządy [1]. Domagano się również kierowania gospodarką “zgodnie z wymogami praw ekonomicznych”, zredukowania liczby ministerstw do kilku. Wreszcie postulowano “wprowadzenie w życie zasady podporządkowania rządu Sejmowi, odpowiedzialności rządu wobec Sejmu” [2]. Wokół były pozostałe po niedawnej wojnie ruiny i wciąż groziła radziecka interwencja zbrojna. Przywódca robotników żerańskiej FSO Lechosław Goździk, wcześniejszy odpowiednik Lecha Wałęsy powtarzał, że dbał o to, żeby nie doszło do zburzenia dopiero co zbudowanego Mariensztatu. Swój cel osiągnął, wojska sowieckie powróciły do baz, ale sam lider, wkrótce zwolniony z fabryki musiał zatrudnić się jako rybak na kutrze w Świnoujściu, bo jak mówił… dalej pociąg nie szedł [3].  

I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka wprawdzie wynegocjował ze swoim odpowiednikiem z KPZR Nikitą Chruszczowem powrót jego sołdatów do koszar, ale powiadamiając o tym 400 tys uczestników mityngu na placu Defilad 24 października 1956 r. wezwał równocześnie: – Dość wiecowania.

Nowe kierownictwo partyjno-państwowe przystało na uwolnienie prymasa Stefana Wyszyńskiego z trwającego trzy lata internowania. Pod naciskiem protestów na ulicach i w fabrykach, najmocniejszych w żerańskiej FSO, gdzie na licencji pobiedy produkowano wtedy samochód warszawa – zdecydowano, że Konstanty Rokossowski, wtedy marszałek Polski i minister obrony narodowej powróci do Moskwy, gdzie zresztą czekało na niego stanowisko tylko o jeden szczebel niższe. 

Droga do socjalizmu nierówna ale polska

Zaczęto wtedy mówić o polskiej drodze do socjalizmu. Hasło to zaakceptował Gomułka, ale wcześniej rzucili je manifestanci, a może publicyści z “Po Prostu” czołowego pisma rodzimej “odwilży”, jak w całym bloku od tytułu książki znakomitego rosyjskiego prozaika Ilii Erenburga nazywano ciąg wydarzeń, zapoczątkowanych po śmierci Józefa Stalina (w marcu 1953 r) odsunięciem i zgładzeniem odpowiedzialnego za czystki i zbrodnię katyńską zwierzchnika służb specjalnych Ławrientija Berii przez Nikitę Chruszczowa, działającego w sojuszu ze zdobywcą Berlina marsz. Georgijem Żukowem. Nie frakcje partyjne jednak decydowały o przyszłości świata między Łabą a Pacyfikiem, tylko masy – czasem w krwawej konfrontacji jak 17 czerwca 1953 r. w NRD, tegoż roku w czechosłowackim Pilznie, w czerwcu 1956 r. w Poznaniu oraz w październiku i listopadzie na Węgrzech, czasem drogą roztropnego i stanowczego zarazem nacisku, jak w polskich październikowych dniach, gdy napięcie sięgnęło zenitu, a radzieckie czołgi stały w gotowości pod Sochaczewem, zaś Kazimierz Witaszewski szef głównego zarządu politycznego ludowego Wojska Polskiego na ćwierć wieku przed generałem Wojciechem Jaruzelskim szykował listy proskrypcyjne z nazwiskami robotniczych przywódców, pisarzy oraz oponentów w samej partii. Krew się jednak nie polała.

A polska droga do socjalizmu? Wojciech Młynarski śpiewał: “To co z tego, że nierówna. Przyjdzie walec i wyrówna…”. Wszyscy wiedzieli, o jaką drogę chodzi. Młynarski miał ten dar do końca, by zawrzeć w krótkiej frazie odczucie zbiorowe, pamiętamy już z ostatnich czasów słynny song “Wina Tuska”.

W rozpisanych na 20 stycznia 1957 r. wyborach do Sejmu Gomułka wezwał do głosowania bez skreśleń. Sugerował, że każda inne decyzja może zagrozić suwerenności kraju. Podobnie generał Wojciech Jaruzelski straszył w 1981 r. interwencją radziecką, chociaż w bardziej zakamuflowany sposób.

Gomułka natychmiast jednak znalazł oponentów, również w głównym nurcie ruchu odwilżowego, którego sumieniem pozostawał Tygodnik “Po Prostu”. Jakub Karpiński stwierdzał, że “zgodnie ze stanowiskiem “Po Prostu” wybory przynajmniej w pewnym stopniu miały mieć charakter autentyczny. Miały polegać na tym, by spośród kandydatów Frontu Jedności Narodu wybierała nie władza, lecz wyborcy, decydując, kto według nich rokuje większe lub mniejsze nadzieje realizacji programu polskiego października” [4]. Jak bilansował Karpiński, “Po Prostu opowiedziało się więc za wybieraniem osób z list i okazało niewrażliwość na Gomułkowe powiązanie interesów państwa polskiego ze skreślaniem lub nieskreślaniem partyjnych kandydatów” [5]. 

Wyśpiewany przez Młynarskiego walec jednak wyrównywał. W wyborach do Sejmu tylko w Nowym Sączu jeden mandat poselski pozostał nie obsadzony i głosowanie trzeba tam było powtórzyć już bez pechowych kandydatów PZPR, którzy w pierwszym rozdaniu zawiedli.

W arsenałach broni było ma dwa tygodnie

Przepadł Lechosław Goździk, przywódca robotników w fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu, któremu dano odległe miejsce na liście. Dlaczego ludzie Października na to przystali? – W arsenałach było broni na dwa tygodnie. (..) Nie chcieliśmy obracać w gruzy dopiero co odbudowanego Mariensztatu – wyłuszczał w pół wieku później Lechosław Goździk [6]. Przedtem wypytywany przez przywódcę żerańskich robotników, jak zakłady państwowe uspołecznić Gomułka oganiał się: a co za różnica, własność społeczna czy państwowa…

Zaś Goździk rychło przestał być pracownikiem FSO (za pretekst posłużyło rozbicie zakładowego samochodu) i udał się do Świnoujścia, bo dalej już pociąg nie jechał. 
A na wakacje akademickie 1957 r. – bo przypomniano sobie, że to pismo studenckie – “Po Prostu” zostało zawieszone. Gdy wywczasy się skończyły, nie wznowiono go, a protestujących przeciw temu na ulicach i pl. Narutowicza studentów Gomułka niemal w przeddzień rocznicy Października kazał rozpędzić.

Zanim to jednak nastąpiło, “Po Prostu” ogłosiło swój program. Na własnych jeszcze łamach, w artykule “Czego społeczeństwo polskie oczekuje od Sejmu Anno Domini 1957?”. Stanowi dowód, że to nie Leszek Moczulski – z całym dla jego odwagi i głębi myśli szacunkiem – pierwszy w powojennej Polsce zaczął pisać o niepodległości, tworząc w 1979 r. KPN.

Ludzie “Po Prostu” widzieli to tak: “Nie może być w pełni suwerenny kraj, który skazany jest na “łaskę i niełaskę” gospodarczą innego państwa. I dlatego społeczeństwo polskie, pragnąc w równym chyba stopniu wolności – niepodległości – jak i chleba (..) wysuwa pod adresem Sejmu (..) kategoryczny postulat: opracujcie konstruktywny program gospodarczy dla naszego kraju” [7]. 

Miała temu służyć Rada Ekonomiczna, powołana wprawdzie uchwałą rządu, ale składająca się z pracujących społecznie fachowców z nazwiskami oraz naukowych autorytetów. Pełniła rolę gremium eksperckiego, doradczego. Dziś byśmy powiedzieli: think tank. W składzie, ogłoszonym 29 stycznia 1957 r. a więc już po wyborach, znaleźli się: Michał Kalecki, Czesław Bobrowski, Edward Lipiński i Edmund Pszczółkowski, przewodniczył zaś Oskar Lange, z którego podręczników uczyły się ekonomii politycznej kolejne studenckie pokolenia, a z rad korzystały rządy licznych państw Trzeciego Świata: również za sprawą Października Polska zyskała tam dobrą markę, bo nasz proces wybijania się na coraz większą suwerenność pokrywał się z dekolonizacją w krajach Azji a z czasem i Afryki. Zaś poglądy jednego z członków Rady Włodzimierza Brusa obok węgierskiego ekonomisty Janosa Kornaia wywarły spory wpływ na… późniejsze o dwie dekady reformy Deng Xiaopinga w postmaoistowskich już Chinach.  U  nas ogłaszająca swoje tezy Rada Ekonomiczna zwracała uwagę, że liczy się rentowność jako kryterium istnienia przedsiębiorstwa a oprócz narodowego planowania istotna pozostaje realizacja celów cząstkowych. Żywot zakończyła w 1963 r. bo po upływie kadencji premier Józef Cyrankiewicz zwyczajnie… nie powołał następnej. 

  Od Wyklęty powstań ludu Ziemi, do niech przeklęty będzie ucisk

Najcenniejszym owocem Października – w naturze to pora, kiedy dojrzewają zimowe jabłka – okazała się usankcjonowanie rad robotniczych w ustawie przyjętej przez Sejm 19 listopada 1956 r, masowo tworzonych w zakładach pracy. Jej artykuł 2.1 stwierdzał, że “rada robotnicza zarządza w imieniu załogi przedsiębiorstwem będącym własnością ogólnonarodową”. Przy czym rada robotnicza jest odpowiedzialna przed załogą przedsiębiorstwa i składa przed nią sprawozdania” [8].

Gdyby tak zostało, mielibyśmy socjalizm bliższy modelowi jugosłowiańskiemu niż radzieckiemu, przy czym warto oczywiście pamiętać, że żaden z nich nie przetrwał próby przemian geopolitycznych z lat 1989-91, kiedy to przestały istnieć zarówno Jugosławia jak jej ustrój ale także Związek Radziecki i jego model. Warto też pamiętać o ówczesnych proporcjach: fala destalinizacji szła ze Wschodu, a nie odwrotnie, ZSRR znajdował się u szczytu potęgi, od paru lat dysponował bronią jądrową, zaraz miał wysłać w kosmos Sputnika a za kilka lat Jurija Gagarina, powodując za Oceanem szok posputnikowy, wzmocniony jeszcze rychłym uzyskaniem przez ZSRR niezatapialnego lotniskowca w postaci castrowskiej Kuby u amerykańskich wybrzeży.

To wtedy w USA masowo budowano schrony przeciwatomowe. Nie tylko dla Polski Chruszczow stanowił problem. Równocześnie jednak Rosja pokazywała za granica swoją najlepszą, refleksyjną i wrażliwą twarz: Borys Pasternak dostał właśnie literackiego Nobla za “Doktora Żiwago” (zresztą dyspozycyjni krytycy zatruli mu ostatnie lata życia, bo powieść o rewolucji ogłosił wprawdzie u lewicowego wydawcy, ale za granicą), w Cannes nagrodzono Złotą Palmą przejmujące “Lecą żurawie” Michaiła Kałatozowa z Tatianą Samojłową o pokoleniu przeoranym przez wielką wojnę ojczyźnianą, a w literaturze wchodziła dynamicznie do gry generacja “sziestdiesiatnikow”. Od tego czasu datuje się również głęboki sentyment i kult, jaki młoda inteligencja moskiewska i leningradzka żywiła dla polskiej kultury i języka: z nabożeństwem czytywała docierający do tamtejszego odpowiednika empików “Przekrój”, w Polsce przez intelektualistów traktowany wprawdzie z przekąsem (określenie “przekrojowa inteligencja” pozostawało ówczesną wykładnią filistrów z czasów Tadeusza Boya-Żeleńskiego), ale drukujący tłumaczenia opowiadań zachodnich pisarzy, w ZSRR niedostępnych.   

Nie był to jeszcze zmurszały Związek Leonida Breżniewa, blokujący kolejne przemiany w okresie Solidarności w Polsce. Wzbudzał respekt a nie tylko strach. Na wielu październikowych wiecach śpiewano “Międzynarodówkę” a “Po Prostu” pisało o klasie robotniczej nie z przekonania, ale dla kamuflażu i alibi wobec potężnego wielkiego brata. Lewicowa narracja stała się sztafażem, nie celem samym w sobie. Zresztą “Międzynarodówkę” i “Gdy Naród do boju” śpiewali jeszcze robotnicy Wybrzeża w 1970 r. gdy szli podpalać komitety partyjne. Zabrakło jej dopiero w Stoczni w 1980 r.
Prawdziwa rewolucja demokratyczna ustępowała jednak po 1956 r. biurokracji. Kolejna ustawa z 20 grudnia 1958 r. o samorządzie robotniczym zniwelowała odnowicielski format poprzedniej. Nie narządzili się robotnicy swoimi zakładami długo, można powiedzieć. 

Pozbywaliśmy się za to obciążeń, wynikających z podległości sojuszniczej. Jak opisuje biograf premiera Józefa Cyrankiewicza Piotr Lipiński: “W listopadzie 1956 r. do Moskwy wyjechała polska delegacja. Ustalono zasady stacjonowania wojsk radzieckich na terytorium Polski, omawiano sprawę repatriacji Polaków, a także renegocjowano ceny eksportu polskiego węgla, do tej pory znacznie zaniżone. W trakcie rozmów polska tłumaczka Wiesława Wojtyga – Zagórska, przekładająca fragment, mówiący o tym, że Związek Radziecki kupował w Polsce węgiel z “rabatem”, przez pomyłkę posłużyła się słowem “grabioż”, czyli rabunek. Podczas przerwy Józef Cyrankiewicz pocieszał skonfundowaną tłumaczkę, żeby nie martwiła się błędem. Powiedziała przecież prawdę” [9]. Nie był za to anegdotą przyjazd do Polski 230 tys. repatriantów, na który wcześniej władze radzieckie nie wydawały zgody. To obok uwolnienia 35 tys. więźniów politycznych drugi największy sukces Polskiego Października, efekt robotniczej i studenckiej determinacji, a nie planu którejkolwiek z rywalizujących frakcji PZPR: odnowicielskich choć kosmopolitycznych puławian oraz narodowych i zarazem betonowych natolińczyków. 

Żaden aparatczyk nie rozwiązywałby odgórnie tworzonych przedtem na obraz i podobieństwo kołchozów w ZSRR rolniczych spółdzielni produkcyjnych, gdyby sami chłopi masowo z nich nie występowali. Dzięki nim zachowaliśmy – jedyni w bloku wschodnim – fenomen indywidualnej własności gospodarstw, co ułatwiło nam biologiczne przetrwanie w okresie masowych niedoborów żywności po wprowadzeniu stanu wojennego.     
Zaś gospodarkę próbowano pod naciskiem społecznym reformować w stronę jej decentralizacji, co opisuje Jakub Karpiński: “uchwała nr 611 z 3 października 1956 r. dotyczyła “dalszego rozszerzenia uprawnień rad narodowych w dziedzinie kierowania gospodarką narodową”, uchwała nr 704 z 10 listopada 1956 rozszerzenia uprawnień przedsiębiorstw państwowych” [10]. A wcześniejsza, nr 518, – dyrektorów centralnych zarządów przemysłu. Głos “Po Prostu” w sprawie zmiany zarządzania przedsiębiorstwami państwowymi czy jak to wtedy pojmowano uspołecznienia ich nie był wołającym na puszczy.

Ekonomiczny sens Października nie sprowadza się więc do szlachetnych, ale zarzuconych później koncepcji inteligentów, zaowocował realnymi zmianami, choć nie wszystkie okazały się trwałe. Zwyczajni Polacy w postaci tłumów na ulicach i fabrykach współtworzyli przełom i na nim zyskali. Gdy zmiany się zaczynały, Katowice nazywały się jeszcze Stalinogród, imię generalissimusa nosił też świeżo postawiony warszawski Pałac Kultury i Nauki, później scenografia do najbardziej dramatycznej z inscenizacji październikowych: 400-tysięcznego wiecu z przemówieniem Gomułki. 

Gdy zmiana już nadeszła, Polskie Radio nadało transmisję pasterki z Kościoła Świętego Aleksandra na Placu Trzech Krzyży, zaś członkowie klubu młodej inteligencji z Nowego Sącza opracowali plan rozwoju regionu, oparty na aktywności gospodarczej samorządu. Kluby takie masowo powstawały tam, gdzie diabeł mówił dobranoc, a wytłumaczenie ich fenomenu okazało się proste: w dobie obowiązywania nakazów pracy nieprawomyślnych absolwentów zsyłano na prowincję, gdzie rozrabiali ze zdwojoną energią. Polska lokalna bardzo na tym zyskała.  Jeszcze w styczniu 1957 “Po Prostu” legalne i przechodzące przez cenzurę przypominało, że opinia publiczna domaga się “inwestowania kapitałów państwowych zgodnie z zasadą maksymalnej efektywności finansowej” a nawet “przestawienia w stopniu możliwie największym przemysłu obronnego na produkcję cywilną” [11].

Ten drugi postulat szedł dalej niż żądania legalnej “Solidarności” z lat 1980-81. Bliższy za to późniejszemu o prawie ćwierćwiecze programowi Samorządnej Rzeczypospolitej – jeśli odrzucić polor slangu marksistowskiego jako trybut złożony (zresztą skutecznie) cenzurowi, żeby to przepuścił – pozostaje inny pomysł “Po Prostu”: “uspołecznienie, przejęcie przez klasę robotniczą, upaństwowionych w latach 1946-47 środków produkcji – przede wszystkim poprzez rozwój ruchu samorządu robotniczego, który biurokracja usiłuje obecnie zdławić” [12]. Szło więc, jeśli najkrócej rzecz ująć, o oddanie przez komunistów tego, co zawłaszczyli w toku walki z PSL Stanisława Mikołajczyka i “trzyletniego planu odbudowy”, kiedy to na czele partii stał Władysław Gomułka, ten sam, co rządził ponownie wtedy, gdy słowa te publikowano.

Kogo zaś razi pseudomarksistowski język enuncjacji “Po Prostu”, temu można przypomnieć piosenkę jeszcze z Sierpnia 1980: “gdy przestała nagle być sloganem dyktatura proletariatu”. 

Gomułka wkrótce nazwał te poglądy rewizjonizmem, esbecy zaś doszukiwali się w nich nawet trockizmu zwłaszcza, że wielu ideologów Polskiego Października, korzystając ze wzmożonej swobody, jeździło – jak Jan Kott – do Paryża, gdzie portret głównego antagonisty Stalina wciąż ozdabiał salon niejednego intelektualisty, mającego serce po lewej stronie i wpatrzonego jak w obraz w polskie przemiany. 

Na wiecu solidarności z poznańskimi robotnikami w Paryżu 12 lipca 1956 r. przemawiał Albert Camus, jeden z największych pisarzy XX wieku, którego “Dżuma” teraz w czas pandemii bije rekordy popularności we francuskich księgarniach, chociaż krytycy i historycy literatury udowadniają, że zaraza jest tam tylko alegorią faszyzmu, a nie tematem samym w sobie.

Zaś właśnie Jan Kott, teoretyk literatury, który podczas wiecu na Politechnice żarliwym wystąpieniem zahipnotyzował 20 tys. uczestników, tak opisywał swoje październikowe doświadczenie: “(..) pamiętam tylko tłumy na ulicach i nieprzerwanie skandujące okrzyki: “Wiesław i Wyszyński, Wyszyński i Wiesław” [13]. Wiesław to pseudonim Gomułki jeszcze z czasów przedwojennej walki o socjalizm.

Co jeszcze zapamiętał Jan Kott, wcześniej konspirator z Armii Ludowej a później emigrant i jeden z najwybitniejszych na świecie znawców Szekspira? “Na Politechnice i sąsiednich ulicach trwały wiece przez trzy dni. Miałem przemawiać drugiego dnia. Nie mogłem się przedostać. W końcu ktoś wysłany przez Goździka mnie przeprowadził. Pierwszy i ostatni raz przemawiałem do dziesiątków tysięcy. W wielkiej auli Politechniki i (..) przez megafony na ulice. (..) Tego dnia, a może już następnego, wyszedłem z domu późną nocą. Na ulicach były jeszcze tłumy. Noc była jak na połowę października ciepła. Organizowały się jakieś grupy, wołano, żeby iść pod ambasadę sowiecką. Mieszkałem na alei Róż, tuż przy Alejach Ujazdowskich, niedaleko gmachu Komitetu Warszawskiego Partii (..). Z KW wyjechały jedna po drugiej ciężarówki. W jednej z nich w szoferce wydawało mi się zobaczyłem Putramenta. Miał w ręku ogromną tubę. Putrament krzyczał do tłumu, wlewającego się w Aleje Ujazdowskie, teraz już dobrze rozpoznałem jego doniosły głos: “Kurwa wasza mać, kiedy pójdziecie wreszcie spać”. Wszyscy baliśmy się w ciągu tych dni prowokacji. Od lat wpajano nam w skórę lęk przed wszystkim, co spontaniczne” [14].

Strach ten wykorzystał Gomułka, pacyfikując październikowy przełom, który wyniósł go do władzy. Dlatego niemal w rocznicę tych wydarzeń kazał rozpędzić studentów, wstawiających się za “Po Prostu”. Zaś w marcu 1968 r. ich kolejne pokolenie, protestujące przeciwko zdjęciu z afisza “Dziadów” Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym. To wtedy Natan Tenenbaum, ten sam, którego “Modlitwę o wschodzie słońca” śpiewa się znów od pięciu lat na antypisowskich demonstracjach, wzywał:   

Zaś Konrad niech na scenę wróci
Z ludem, Guślarzem, księdzem Piotrem
I niech przeklęty będzie ucisk
A kto Październik zdradził – łotrem


W Marcu robotnicy nie poparli studentów, bo obawiali się, że po ich plecach pragną wrócić do władzy tatusiowie, czynnie zaangażowani w stalinowskie represje. Kolejny kryzys Gomułka przetrwał za cenę przejęcia programu i słownictwa atakującej go frakcji Mieczysława Moczara, reprezentującej “narodowy komunizm” bliski grupie natolińskiej z październikowych czasów i kokietującej kombatantów. Sam Moczar był kiedyś partyzantem Armii Ludowej, ale umiał trafić do części akowców, skoro jego zastępcą w Związku Bojowników o Wolność i Demokrację był legendarny dowódca powstańczy gen. “Radosław” Jan Mazurkiewicz. 

Gwoździem do politycznej trumny Gomułki okazał się dopiero grudzień 1970 r, kiedy to po czternastu latach sprawowania władzy I sekretarz stał się mordercą zza biurka, nakazując otwarcie ognia do protestujących stoczniowców. Tych z kolei nie wsparli studenci: siedzieli w akademikach, co oglądamy w “Człowieku z żelaza” Andrzeja Wajdy. Czas współdziałania robotników i inteligencji nadszedł dopiero w ćwierć wieku po Październiku, w pierwszej Solidarności, chociaż drogę do niego utorowała opozycja demokratyczna i intelektualiści ujmujący się po 1976 r. za szykanowanymi robotnikami Radomia, Ursusa i Płocka.   

Nalewać zupę czy dać zarobić na drugie danie

Większość efektów Polskiego Października nie zostało zmarnowanych, nie powrócił przecież ksiądz prymas za kraty ani radziecki marszałek do ludowego Wojska Polskiego. Dorobek myślowy i koncepcje przypominano jednak rzadziej niż efektowne filmowe kadry z przemawiającym Lechosławem Goździkiem lub Władysławem Gomułką. Październikowe projekty pozostają ciekawe, bo odzwierciedlają spotkanie wpół drogi robotników i inteligentów: a przecież były to nowe grupy społeczne, ukształtowane już w skomunizowanej Polsce powojennej. Goździk miał wtedy 25 lat, mecenas Jan Olszewski z “Po Prostu” gdy pisał “Na spotkanie ludziom z AK” był od niego zaledwie o rok starszy [15]. Podobnemu zapomnieniu uległ dorobek myśli pierwszej Solidarności, najlepiej utrwalił się program Samorządnej Rzeczypospolitej ze zjazdu w hali Olivii, słabiej kojarzy się ekonomiczne koncepcje prospołecznych ekonomistów, jak Tadeusz Kowalik, Ryszard Bugaj czy Stefan Kurowski albo pomysły odejścia od “dyktatury aparatu”, zgłaszane przez Wojciecha Lamentowicza, po raz ostatni już w historii próbującego, niczym dawni liderzy październikowi, z pomocą “struktur poziomych” odnawiać ówczesną PZPR.

Polski Październik: pierwsze zwycięstwo

To był pierwszy sukces Polski, w dodatku bezkrwawy, po latach kosztownych historycznych klęsk. Dzięki współdziałaniu robotników i inteligencji w październiku 1956 r. Polska uniknęła losu Węgier najechanych przez armię radziecką, zaniechano kolektywizacji rolnictwa, złagodzono cenzurę i wypuszczono więźniów politycznych w tym kardynała Stefana Wyszyńskiego a minister obrony marsz. Konstanty Rokossowski powrócił do ZSRR.

Read more

Niewielu pamięta zamykającą historyczny spór o Polskę Solidarności polemikę Dariusza Grabowskiego z Jackiem Kuroniem już po zwycięstwie wyborczym, kiedy to przedsiębiorca i ekonomista oraz doradca Regionu Mazowsze NSZZ”S” podczas spotkania tego ostatniego skrytykował świeżego ministra pracy pierwszego solidarnościowego rządu za rozdawanie zupy bezrobotnym zamiast zaoferowania im szansy, żeby sami i na drugie danie zarobili.

Dylematy tak ruchu październikowego jak pokojowej rewolucji o ponad trzy dekady późniejszej powracają w obecnych sporach o 500plus czy podatki, bo wtedy ich nie rozstrzygnięto jak należy.

Paradoks zaś tak 21 postulatów Gdańskich z 31 sierpnia 1980 r. jak wcześniejszego o prawie ćwierćwiecze projektu ustrojowego “Po Prostu” polega na tym, że mimo szumnych deklaracji i hucznego świętowania rocznic, większości punktów… wciąż nie spełniono.

Trudno bowiem uznać, że współczesna Polska zrealizowała zasadę powoływania na stanowiska wedle kompetencji a nie przynależności partyjnej, czego domagali się przed 40 laty stoczniowcy gdańscy albo nakaz, żeby polityka gospodarcza państwa pozostawała zgodna z prawami ekonomii i służyła ludziom, jak chcieli młodzi inteligenci z “Po Prostu” wspierani przez robotników Żerania. Gdy przegląda się zapisy ówczesnej myśli społecznej, nie ma się wrażenia obecności w muzeum: to raczej później zbudowano skansen, gdy prawdziwych bohaterów już zabrakło albo zajęli się czym innym. 

[1] “Po Prostu” z 20 stycznia 2020 r, Dodatek nadzwyczajny na Wybory do Sejmu
[2] ibidem
[3] por. Marek F. Klimek. Lechosław Goździk (1931-2008): – Dalej pociąg nie szedł. WNP.PL z 30 maja 2008
[4] Marek Tarniewski [Jakub Karpiński]. Porcja wolności. Wydawnictwo Grup Oporu Solidarni, Warszawa 1989, s. 119
[5] Karpiński, op. cit, s. 118 
[6] Goździk, op, cit
[7] Czego społeczeństwo polskie oczekuje od Sejmu Anno Domini 1957? “Po Prostu” z 20 stycznia 1957
[8] por. Karpiński, op. cit. s. 89
[9] Piotr Lipiński. Cyrankiewicz. Wieczny premier. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 157ssc 
[10] Karpiński, op, cit, s. 89 
[11] “Po Prostu” z 20 stycznia 1957 r.
[12] ibidem
[13] Jan Kott. Przyczynek do biografii. Aneks, Londyn, 1990, s. 139 
[14] ibidem
[15] por. Jerzy Ambroziewicz, Walery Namiotkiewicz, Jan Olszewski. Na spotkanie ludziom z AK. “Po Prostu” z 11 marca 1956 r.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here