Bronią TVN. A co sami zrobili z Życiem?

0
157

Smutny przypadek Pawła Kukiza, przed zaledwie sześciu laty zapowiadającego pod “antysystemowymi” hasłami zagonienie do narożnika dotychczasowej klasy politycznej, a teraz bez żenady targującego się z Jarosławem Kaczyńskim w sprawie poparcia dla regulacji gwarantujących zdominowanie mediów przez rządzących – nie okazuje się jedynym przykładem nagłej zmiany przekonań. Z historii nieudanego zaangażowania piosenkarza rockowego w wielką politykę opinia publiczna dowiaduje się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia co utrudni zapewne następcom odgrywanie roli kandydatów niezależnych skłonnych do odnawiania polskiej polityki. 

Kukiz, co szokuje jego wyborców sprzed sześciu lat (w wyborach prezydenckich zdobył wtedy trzecie miejsce i poparcie co piątego Polaka) przeszedł na ciemną stronę mocy. Zaś obecni obrońcy wolności mediów z Platformy Obywatelskiej, najgorliwiej optujący dziś za prawami TVN, w dłuższym czasie odbyli… drogę odwrotną. Oby szczerze. O czym również warto pamiętać, żeby było sprawiedliwie. 

Tej rocznicy nikt zapewne świętować nie będzie, chociaż ostatnio TVN24 celebrowało własne dwudziestolecie jako temat dnia, co przypomina jedną z reklam proszku do prania z czasu początków transformacji. Pojawiało się w niej pudełko detergentu przewiązane okolicznościową wstążką, rozlegała się skoczna melodyjka, a głos z offu informował, że wzmiankowany proszek obchodzi urodziny. Informacji, co z tego wynika dla użytkowników pralek, już zabrakło. Bardziej odjechany był może tylko spot zabijającego owady prusakolepu, jedna z pierwszych reklamówek komercyjnych. Zaś rocznica, o której tu mowa – to dwudziestolecie katastrofy dziennika “Życie”, spowodowanej przejęciem go przez spółki komercyjne związane z powstałą wtedy świeżo Platformą Obywatelską. W krótkim czasie nowi właściciele gazety zmusili do rezygnacji jej twórcę charyzmatycznego redaktora naczelnego Tomasza Wołka, którego zastąpił operetkowy Paweł Fąfara. Wcześniej jako zastępca Wołka zajmował się zadaniami tak odpowiedzialnymi, jak dopilnowanie, żeby wszyscy pracownicy redakcji wykonali na czas obowiązkowe badania lekarskie na wypadek kontroli z Państwowej Inspekcji Pracy. Pod nowymi rządami “Życie” zaczęło grawitować: opuścili je czytelnicy, zrażeni nagłą zmianą politycznych sympatii gazety, rychło przestano pracownikom wypłacać wynagrodzenia i wierszówki a operator telekomunikacyjny odłączył telefony w redakcyjnym newsroomie ze względu na nie popłacone na czas rachunki.

Zanim dokonało się wrogie przejęcie pisma przez firmy związane z PO, “Życie” pozostawało drugim po “Gazecie Wyborczej” dziennikiem prasowym w Polsce pod względem opiniotwórczości i znaczenia. 

To dziennikarz “Życia” Jarosław Jakimczyk ujawnił w czołówkowym tekście listę dyplomatów rosyjskich na podwójnych etatach i dopiero po ukazaniu się materiału rząd Jerzego Buzka podjął decyzję o wydaleniu bohaterów artykułu z Polski. Nie w rozmowie z teoretycznie bliższą mu “Gazetą Wyborczą”, lecz w wywiadzie, jaki przeprowadziłem z nim dla “Życia” ówczesny lider współrządzącej z Akcją Wyborczą Solidarność Unii Wolności Leszek Balcerowicz ogłosił, że nie zamierza wystartować w wyborach prezydenckich – co przyczyniło się do krachu jego własnej partii i utorowało drogę Andrzejowi Olechowskiemu jako założycielowi PO. To w “Życiu” pracowali wtedy: najwybitniejszy dziennikarz śledczy Wojciech Czuchnowski, demaskator wielu szemranych interesów Bertold Kittel oraz wybitny komentator sportowy Dariusz Tuzimek.

I komu to przeszkadzało, mawia się w takich wypadkach. “Życie” padło ofiarą egzotycznej koalicji, zawiązanej przez spółki stanowiące zaplecze PO, zwolenników także nowo wtedy powstałego PiS (razem wtedy mieli PO-PiS montować, w czym a dziadek Donalda Tuska nie stanowił jeszcze przeszkody) oraz lobby postkomunistycznego, dla którego udział w tym dziwnym “kombo” oznaczał zemstę za wcześniejsze publikacje dziennika, dotyczące Józefa Oleksego oraz Aleksandra Kwaśniewskiego. Wykonanie planu należało do spółek: Chemiskór – była to wykupiona przez zaplecze finansowe PO garbarnia obecna na giełdzie jako wydmuszka, jak podkreślają to doświadczeni inwestorzy – oraz 4Media. Z zaplecza biznesowego PO główną rolę w operacji odegrali Jacek Merkel (i jego MediaInvest) a także Wojciech Krefft i Artur Luterek. Epizodyczną – Dariusz Kaszubski. Politycy Platformy nie są w stanie wyprzeć się znajomości z nimi. Szczegóły zgruzowania drugiego tytułu wśród gazet codziennych w Polsce warte są zapewne przynajmniej pracy magisterskiej dociekliwego studenta zarządzania, ekonomii lub prawa jednak przez prokuratorów nie zostały połączone w żadną całość. 

Można więc wyłącznie spekulować, jak to się stało, że osoby, które po wymuszonej dymisji Wołka pełniły funkcje kierownicze w “Życiu” w komplecie niemal – pomimo fatalnej reputacji, jaka ciągnęła się za nimi w związku z katastrofą tytułu – zatrudnione zostały przez wkraczające wtedy na polski rynek niemieckie koncerny prasowe Axel Springera i Passauera. Ten drugi – jak wiemy – całkiem niedawno ułatwił zadanie PiS, sprzedając swoje regionalne gazety państwowemu koncernowi paliwowemu Orlen. Pierwszy z nich za to występuje teraz w roli obrońcy demokracji i jako historię okładkową daje wywiad Tomasza Lisa z założycielem TVN Mariuszem Walterem, chociaż przed laty karmił na etatach dziennikarskich pisowskich propagandystów dobrej zmiany.  

Gdyby podobna sytuacja zatrudniania osób odpowiedzialnych za upadek konkurencyjnego tytułu przez wkraczających na rynek rywali miała miejsce w Niemczech – sprawa natychmiast stałaby się przedmiotem nie tylko postępowania silnego tam niezmiernie szerokimi uprawnieniami urzędu ochrony konkurencji i konsumentów, ale wprost śledztwa Urzędu Ochrony Konstytucji. I zapewne niejednego cwaniaka wyprowadzono by wtedy w kajdankach przed kamerami telewizyjnymi.  

Nowi niemieccy pracodawcy nie mieli wielkiego pożytku z przytulonych na ciepłych posadach dawnych funkcyjnych “Życia”. Zastępca Fąfary Robert Krasowski próbował z nowo otwartego “Dziennika” zrobić “polskie Die Welt” jak buńczucznie zapowiadano po kuluarach, co skończyło się jednak najgłośniejszą w dziejach polskich mediów klapą. Niedługo zagrzała miejsca także u Springera dawna szefowa magazynu “Życia” Marta Stremecka. Bardziej w życiu publicznym zasłynęła jej córka Agata, współpracownica wielkiego aferzysty Marka Dochnala, przesłuchiwana nawet przez sejmową komisję śledczą. Dawny nieudany copywriter przemówień Jerzego Buzka (gdy zaczął tę pracę wykonywać, poparcie dla AWS przekraczało 40 proc, a zanim go wreszcie z premierowskiej kancelarii pogoniono spadło do kilku)  Jan Wróbel, także zastępca naczelnego “Życia”, pozujący przedtem na narodowca, teraz zarabiał u niemieckich właścicieli felietonami. Sam Fąfara, nieudany następca Wołka, pracował najpierw u Springera potem u Passauera, gdzie przetrwał aż do przejęcia firmy przez Orlen. Gdy się go wreszcie pozbyto, ujmowały się za nim związane z PO media. Zresztą szczególnie pojęta sprawiedliwość dziejowa w jego wypadku się dokonała. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2001 r. nie bacząc na uroczystą porę ani nastrój red. Fąfara czyścił “Życie” z myślących niezależnie dziennikarzy. Przed Wielkanocą 2021 r. z tego samego Fąfary oczyścili firmę Passauer Polska jej nowi nabywcy z rządowej branży paliwowej… Kto kiedyś zatruł święta innym i ich rodzinom, po latach sam miał je fatalne. Koło się zamyka, tyle, że nie o małych duchem redaktorów tu chodzi. Ale relacjonowania ich działań nie da się uniknąć w opisie tej niezbyt budującej historii.

Dawny współzałożyciel i jeden z dyrektorów “Gazety Wyborczej” Grzegorz Lindenberg publicznie cieszył się przed kamerami  TVP, wtedy zdominowanej przez postkomunistów, z upadku konkurencyjnego “Życia” a nawet dowcipkował sobie, że dziwi się, iż tak długo przetrwało. Zabawne, nieprawdaż… Słowa protestu wobec sposobu potraktowania zespołu dziennikarskiego “Życia” przez firmy-krzaki z biznesowego zaplecza PO nie usłyszało się wówczas od tak obecnie gorliwej obrończyni wolności TVN Agnieszki Kublik z “Wyborczej”. Moralność Kalego?

W gabinecie przy Krakowskim Przedmieściu w mocno gogolowskiej atmosferze gdy byłem przesłuchiwany jako świadek, prowadzący postępowanie prokurator Leszek Królik przyznał mi status pokrzywdzonego jako dawnemu dziennikarzowi “Życia”. 

Dziennikarz sobie poradzi. W tej sprawie naprawdę poszkodowana okazała się polska opinia publiczna. 

Do “Życia” pisywali zarówno demokrata Rafał Grupiński jak późniejszy współtwórca mitu smoleńskiego Maciej Pawlicki. Paweł Śpiewak spotykał się na łamach z Pawłem Paliwodą. Czytywali nas nie tylko politycy rządzących wtedy AWS i UW, ale również bacznie postkomuniści i ludowcy. Jako jedyni przed wyborami prezydenckimi 2000 r. relacjonowaliśmy rzetelnie kampanie kandydatów spoza układu: od Dariusza Grabowskiego po Piotra Ikonowicza. Zapewne nie pracowaliśmy najgorzej, skoro kiedyś wiozący mnie z Sejmu na Pragę taksówkarz, gdy zorientował się z mojej rozmowy przez telefon komórkowy, do jakiej redakcji zmierzam, odmówił przyjęcia zapłaty za kurs. I nie dał się przekonać, że może jednak…   

Ostatnim naczelnym “Życia” już po pechowym Fąfarze został Dariusz Materek. Miły młody człowiek, bez porównania lepiej wychowany od poprzednika  – znam tego ostatniego Mohikanina z opowiadań, bo w redakcji już mnie wtedy nie było – kierował wcześniej gazetą bezpłatną. Stało się to więc źródłem anegdot, że akurat w tej sytuacji nie ma co mieć nadziei, że “Życie” komukolwiek zapłaci. Tak zresztą się stało. Płacił syndyk. 15 procent.

Jednak poza anegdotą  pozostała też legenda. W sejmowym gabinecie rozmawiam z jednym z polityków z pierwszych stron gazet. Na całkiem inny temat. I nagle on się rozrzewnia, żałuje, że nie zdążono zdigitalizować dawnych roczników “Życia”, bo chętnie by sobie poczytał swoje stare teksty publicystyczne. Polityk jest z Platformy. Mam ochotę go spytać: – To po coście nas zamykali?… Jednak się powstrzymuję. Nie taka jest moja rola.  

Po upadku “Życia” na polskim rynku prasowym pozostał jeden tylko profesjonalny dziennik: “Gazeta Wyborcza”. A każdy monopol, jak wiemy, szkodzi wszystkim wokół, ale też samemu beneficjentowi, co można prześledzić na przykładzie dalszych losów pisma z Czerskiej. Jeśli dziś bardziej przypomina ono biuletyn jakiejś sekty niż potężną gazetę opinii, pamiętaną sprzed dwóch dekad, to również efekt niedźwiedziej przysługi, jaką guślarzom z Agory wyrządzili likwidując ich oponenta ci sami politycy, co teraz leją krokodyle łzy nad zagrożeniem TVN.   

Warto też jednak pamiętać, komu tę anormalną sytuację zawdzięczamy. Choćby wolności mediów bronił teraz co trzy kwadranse na kolejnym spontanicznym briefingu na korytarzu Sejmu, w którym jego parlamentarzyści nawet porządnie zagłosować nie potrafią. 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here