Brygadzista Tomasz Lis

0
69

Dziennikarzy springerowskiego “Newsweeka” spotkało to, czego przez ostatnie trzy dekady doznawały miliony polskich pracowników. W niczym nie umniejsza to winy ich odwołanego już szefa Tomasza Lisa, który im szybciej zniknie z polskiego życia publicznego, tym lepiej. Zaś mobbing i molestowanie to paragrafy na tyle poważne, że upadłym gwiazdorem powinny się zająć nie “Pudelek” czy “Pomponik”, lecz prokurator i sąd. Na razie jednak to dawny pracodawca Lisa podeje do sądu jednego z demaskatorów afery. 

W “Notatkach z Wybrzeża” Ryszarda Kapuścińskiego, gdy mowa o Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym, który w Sierpniu 1980 r. skupiał przecież nie tylko stoczniowców – wielki reporter przytaczał przykład kobiet z jednego z trójmiejskich zakładów pracy, co zbuntowały się przeciwko kierownikowi nie z powodu niskich płac ani wyśrubowanych norm, czy nawet behapowskich zaniedbań – lecz w proteście przeciw  chamstwu, z jakim się do nich odnosił. I właśnie to chamstwo Kapuściński, znany z wyjątkowo wykwintnego języka swoich reportaży, nazwał w tym wypadku po imieniu. Nie z zamiłowania do mocnych słów przecież postępował tak najbardziej rozpoznawalny w świecie polski autor.

Zapomniane słowo godność

Słowa “godność” – wedle dostępnych mi materiałów historycznych – nie rozważano nigdy jako nazwy rodzącego się we wrześniu 1980 r. niezależnego samorządnego związku zawodowego, który ostatecznie został Solidarnością. Ale nie tylko dla czasów dziesięciomilionowego ruchu społecznego lecz dla całego okresu 1976-1989 było to jedno z pojęć kluczowych. Na potrzebę jego odrodzenia zwraca wciąż uwagę dawny lider rolniczego z kolei związku, Gabriel Janowski. Polacy – w pamiętnych latach 1980-81, kiedy to stali się przedmiotem podziwu całego niemal wolnego świata – częściej objawiali zachowania typowo godnościowe, niż równościowe. Walka o przyzwoite traktowanie w zakładzie pracy i urzędzie, a nawet w poprawczaku czy więzieniu (pamiętne artykuły w związkowym tygodniku w 1981 r.) okazywała się dalece bardziej istotna niż pamiętne hasło “wszyscy mamy takie same żołądki”.

Ludzka godność wpisana została w fundament projektu Samorządnej Rzeczpospolitej. Nieprawda bowiem, że Solidarność nie miała programu. Wypracowała go, lecz wrażliwe społecznie wskazania Ryszarda Bugaja, Tadeusza Kowalika czy Stefana Kurowskiego zostały uznane za zbędny balast, gdy w ramach “odświeżenia marki” po strajkach w 1988 r. miejsce robotniczych liderów, prospołecznych ekonomistów i bojowników o prawa człowieka zajęli u steru dogmatyczni adepci doktryn neoliberalnych i monetarystycznych, wywodzący się często – jak sam Leszek Balcerowicz – z Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu – Leninizmu. Niebawem za sprawą masowej likwidacji zakładów pracy, zwłaszcza wielkich twierdz Solidarności, robotę stracili zarówno brutalni kierownicy w stylu opisywanym przez Kapuścińskiego, jak przykładnie kulturalni dyrektorzy powybierani przez same załogi. Podobnie jak na zasiłki szli zarówno ci, co bumelowali i na kacu brali lewe zwolnienia (w terminologii Kapuścińskiego: “robole”), jak pracownicy świadomi i odpowiedzialni, których winą stało się wyłącznie zatrudnienie w niewłaściwej branży w nieodpowiednim miejscu. W mieście bezrobocia technik- “złota rączka” stawał się lepszy od swojego wiecznie pijanego majstra tylko w kwestii większych szans uzyskania czegokolwiek na rynku pracy: czasem w szarej strefie i bez socjalnej ochrony.

W niedawnej kampanii wyborczej miałem okazję odwiedzić podradomskie Pionki: obserwowałem, jak powoli i mozolnie podnoszą się za sprawą pracowitości mieszańców, w trzy dekady od początku transformacji ustrojowej, co do której ekonomista i przedsiębiorca, a także wieloletni doradca mazowieckiej Solidarności w czasach Macieja Jankowskiego, Dariusz Grabowski (to on po roku obowiązywania planu Balcerowicza spytał publicznie na Politechnice Warszawskiej Jacka Kuronia, dlaczego zamiast rozdawać bezrobotnym bezpłatną zupę nie da im szansy, by na nią zarobili) nie bez racji zauważa, nikt nie określił nie tylko czasu jej trwania, ani celu nawet…     

 Rychło najlepszym komentarzem do nowej rzeczywistości stał się rysunek satyryczny, na którym szef z korporacji wykłada dwójce pracowników niższego, ale aspirującego szczebla: – Wprowadzamy wymogi wolnej konkurencji. Od jutra kierownikiem będzie ten z was, który zabije drugiego.

Gdy przeminął mit sukcesu, a dla wielu milionów hasło brania losu we własne ręce, kiedyś lansowane przez Lecha Wałęsę, okazało się utopią, sama zaś Polska – wedle określenia prof. Tomasza Nałęcza – dla tychże milionów nie matką, lecz macochą, problemem następnego już pokolenia stały się umowy śmieciowe, pozbawione tradycyjnych pracowniczych gwarancji. O godności wspominano coraz rzadziej.

Cieszono się, gdy malały słupki oficjalnie rejestrowanego bezrobocia – w roku wejścia Polski do Unii Europejskiej (2004) w czasach rządów Leszka Millera i Marka Belki sięgającego 20,6 proc w całym kraju zaś w regionach – jak warmińsko-mazurskim – dochodzącego do 30 proc, czyli rozmiarów jeśli nie klęski żywiołowej, to społecznej plagi. Związki zawodowe stały się reprezentacją tych, co jeszcze mają pracę i pragną ją zachować, co pogłębiło ich egoizm (przykładem niechlubna rola przy obecnym rządowym planie likwidacji górnictwa), dodatkowo jeszcze wzmożony przez nadskakiwanie politykom: zwłaszcza władzy z PiS w wypadku Solidarności, a ściślej tego co pozostało z dumnego niegdyś związku, na którego niedawny zakopiański zjazd (nie łaska bowiem zamiast w kurorcie obradować w którymś ze wspomnianych już miast bezrobocia) nie wpuszczono dziennikarzy poza prorządowymi, za to towarzyszące imprezy delegatów okazały się tak głośne, że z powodu wrzasków i śpiewów po skargach mieszkańców sąsiednich posesji policja – choć też pisowska – wkraczać musiała aż dwukrotnie.  

Lala Barbie z Polonią Restituta

Wielu obserwatorów stara się aferę Lisa sprowadzić do kwestii pokoleniowych, co dość niedorzeczne, jak czyni to Jacek Żakowski, zresztą potępiający zachowanie sprawcy, bo też co innego może zrobić jako inteligentny publicysta. Inni dzielą włos na czworo. Politycy na pytania o klęskę dawnego gwiazdora odpowiadają niechętnie. Wiadomo, że gdy tygodnik “Wprost” (już upadły, podobnie jak Lis) przyznał Donaldowi Tuskowi tytuł człowieka roku, ale akurat między podjęciem decyzji a wręczeniem lauru Tomasz Lis został tam odwołany z funkcji redaktora naczelnego – odbierający nagrodę Tusk postawił na mównicy maskotkę lisa, żeby dać znak, że wie, komu tytuł zawdzięcza.  Gest to zabawny, jednak zapewne nie rozśmieszy ofiar mobbingu, ani tym bardziej molestowania seksualnego. Jeśli Donald Tusk aspiruje do miana przywódcy obozu polskiej demokracji, będzie się musiał z tego błazeństwa wytłumaczyć. Zaś Bronisław Komorowski powinien wyjaśnić, za co Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski przyznał celebrycie znanemu z tego, że jest znany, bez dokonań w opozycji antykomunistycznej, chociaż z racji wieku (rocznik 1966) miałby bez trudu możliwość, żeby na nie  zapracować – jednym słowem Tomaszowi Lisowi właśnie. Jakim cudem męska odmiana lalki Barbie otrzymała order, przeznaczony w założeniu nie dla lizusów układnych wobec silnych, za to apodyktycznych względem podwładnych, lecz bohaterów, osób o niezwykłych dokonaniach i przymiotach. Przecież pomimo wszystkich szaleństw kultury masowej prawdziwa lalka Barbie Oscara nie dostała.    

Główne media próbują aferę wyciszyć. Co uderzające, bo przecież poza samymi poszkodowanymi, których dobro powinno tu pozostać najważniejsze, sponiewierane zostały godność ludzka oraz prawa kobiet, kodeksy dobrych praktyk i prawa pracownicze – jednym słowem cały dekalog “mainstreamu”.  Uderza zupełny brak proporcji: pamiętamy przecież, jak przed laty medialny główny nurt potraktował mec. Krzysztofa Piesiewicza, po opublikowaniu zdjęć, sprzedanych przez szantażystów – chociaż dawnemu oskarżycielowi w procesie toruńskim krzywdę zrobili inni lub jeśli uznać surowszą interpretację, sam wyrządził ją sobie. Zaś zachowanie Lisa, nawet gdy przyjąć maksymalnie ostrożne i zasadne założenie robocze, że prawdę stanowi przynajmniej 10 procent tego, co o nim napisano, wyczerpuje znamiona na pewno dwóch artykułów kodeksu karnego. Podupadłym gwiazdorem winien więc zająć się prokurator, a nie tylko popularne portale Pudelek i Pomponik. Prawo chroni pracownika. W szczególny sposób zabezpiecza kobietę przed napastliwością przełożonego w miejscu pracy. Jeśli Lis w redakcji “Newsweeka Polska” publicznie obłapiał podwładną, która sobie tego nie życzyła – to na co jeszcze czeka prokurator? Na wytyczne od Zbigniewa Ziobry?         

Prawo jest po to, by wkraczać wtedy, gdy nie wystarcza moralność – aczkolwiek w odniesieniu do tytułowego bohatera afery Lisa czasem trudno mówić o tym pojęciu – ani regulacje niższego rzędu, jak wewnętrzne regulaminy Ringier Axel Springer Polska, a także wytyczne międzynarodowej centrali koncernu. 

Jak za aferę skażą tylko Holzera, będzie smród… jak z farmy lisów

Emblematycznego znaczenia nabiera decyzja koncernu Springera podania do sądu sygnalisty w aferze Lisa, Ryszarda Holzera – legendarnego dziennikarza podziemnej Solidarności czasów stanu wojennego (“Tygodnik Wojenny”) i późniejszych (“Przegląd Wiadomości Agencyjnych”) i zarazem, co całkiem symboliczne, jak w filmie, którego niestety nie nakręci nieżyjący już Krzysztof Kieślowski  –   syna  opozycyjnego profesora Jerzego Holzera, autora bezkonkurencyjnej do dziś monografii “Solidarność. Geneza i historia (1980-81)”. Przypomnieć wypada, że gdy obaj – demaskator łajdactw Lisa i nieżyjący już ojciec – pokojowo zwalczali komunizm w Polsce, springerowskie media zapluwały się z zachwytu nad realizmem i zmysłem politycznym Franza Josefa-Straussa wbrew międzynarodowemu bojkotowi odwiedzającego dyktatora Wojciecha Jaruzelskiego. I zawsze chętnie mrugały do wypędzonych i ziomkostw, którym marzy się kolejne, byle krwawe “Drang nach Osten” i odzyskanie Danzig czy Breslau.  Działania springerowskich prawników zachęcają do zachowań symbolizowanych nie przez solidarnościowe piosenki, lecz pamiętne słowa “Roty” Marii Konopnickiej: “nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”.   

Kłopot z zachowaniami Lisa polega na tym, że wiedzieli wszyscy, a nikt nie interweniował. Podobny problem jak w wypadku nieprawości systemów autorytarnych: w totalitarnych możliwości sprzeciwu już nie ma. Sytuacja takiej nieuchronności rodzi sie jednak z braku wcześniejszej reakcji. Od dawna przecież dostępne były w sieci dokładne zapisy “list dialogowych”: dokumentacje sytuacji, w której Lis obraża podwładnych. Problem w tym, że ci, którzy zwykle bronią w Polsce godności ludzkiej i praw kobiet uznawali przaśnego nadredaktora ze springerowskiego koncernu nawet nie za sojusznika, ale za swojego. To wystarczyło, żeby mechanizm omerty zadziałał.

Tym bardziej więc warto wymienić nazwiska tych, którzy w zmowę milczenia się nie wpisali: to Szymon Jadczak, który napisał oraz Renata Kim i wspomniany już Ryszard Holzer, co dali świadectwo.

Nie jest to problem filozoficzny. Z Tomasza Lisa żaden przecież myśliciel. Jego książki i teksty uderzają banałem rozumowania i ubóstwem słownictwa. Jak się wydaje, chętniej niż po Władysława Tatarkiewicza czy Władysława Kopalińskiego sięgał po popularne poradniki typu “jak przetrwać i odnieść sukces w biznesie”, zwłaszcza tym… nie swoim. Co gorsza, nawet je czytał pobieżnie. Bo przecież autorzy nawet najbardziej przaśnych success stories doradzają, żeby nie wchodzić w zbędne konflikty z ludźmi a podwładnych traktować przyzwoicie. Nie z atruizmu wcale, ale żeby móc więcej zaangażowania i roboczogodzin z nich wycisnąć.    

Jak dowodzą liczne świadectwa jego podwładnych, Tomasz Lis wolał jednak pozostać typem poganiacza niewolników. Odpowiednika karbowego w dawnym folwarku. Zapewnie nikt w Polsce ostatnich lat nie sprzeniewierzył  się równie ostentacyjnie wartościom, które publicznie głosił. 

Wydawało mu się, że jest wzorowym trybem w tej maszynie. Jak się okazało, sam został zmielony. Gdy oskarżenia stały się powszechne i nabrały cech oczywistości – zagraniczny właściciel koncernu Springera pozbył się nadgorliwego i ordynarnego ekonoma, z którym same kłopoty. Teraz broni już tylko własnych interesów, zresztą w paskudny – jak widać po pieniackich zapowiedziach – sposób. Zachęcam wszystkich dziennikarzy  wywodzących się z dawnego drugiego obiegu wydawniczo-informacyjnego do wsparcia Ryszarda Holzera. Zaznaczam, że nawet go nie znam osobiście, cenię natomiast jego teksty, również dlatego, że pod względem tak myślowym, jak jakościowym, sytuują się na antypodach śmieciowej twórczości jego antagonisty Lisa. Co ważniejsze jednak: byłoby chyba coś skrajnie absurdalnego w fakcie, gdyby jedynym poszkodowanym sądowo w aferze Tomasza Lisa okazać się miał akurat ten, kto pierwszy pod własnym nazwiskiem miał odwagę jego zachowania zdemaskować. Smród z tego byłby taki, jak… z farmy lisów właśnie. 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 4.7 / 5. ilość głosów 7

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here