Czy demokracja musi być bezradna

0
55

Pogląd Henry’ego Kissingera, nie tylko wieloletniego sternika amerykańskiej polityki zagranicznej, ale również laureata Pokojowej Nagrody Nobla (1973 r.), przyznanej mu za zakończenie  brudnej wojny  w Wietnamie, głoszący, że Ukraina dla dobra pokoju światowego powinna oddać Rosji sporą część terytorium – oceniony został nie jako wyraz mądrości politycznej, lecz ekscentryczny wybryk politycznego emeryta, czerpiącego przy tym korzyści z “lansu”, gwarantowanego mu od dawna przez kremlowskie media i instytucje.  

To nie wojna regionalna

Stanowi to dowód, że chociaż skala sprzeciwu wobec putinowskiej inwazji obejmuje wyłącznie domenę euroatlantycką – kraje Trzeciego Świata przyjęły bowiem postawę wyczekującą, lub wprost kibicują rosyjskim zdobyczom – technokratyczna wykładnia obecnej sytuacji nie przebiła się jako dominująca. Co nie oznacza oczywiście, że na Zachodzie znajdą się chętni, żeby ginąć za Kijów, podobnie jak w 1939 r. nie chcieli umierać za Gdańsk, w 1956 r. za Budapeszt, ani w 1968 r. za Pragę czeską, zresztą w tym ostatnim wypadku sam Aleksander Dubczek, znający nastroje zapowiedział, że Czechosłowacja nie będzie się bronić przed inwazją radziecką.

Zaś w kolejnym kryzysie, w grudniu 1981 r. chociaż uchodzący później za symbol zwycięstwa wolnego świata w globalnej konfrontacji z imperium zła prezydent USA Ronald Reagan pozyskał od podwładnych zdobyte przez Ryszarda Kuklińskiego informacje o planach wprowadzenia stanu wojennego, nie przekazał ich polskim przyjaciołom z Solidarności. Kanclerz RFN Helmut Schmidt, wtedy świeżo po spotkaniu z sekretarzem z NRD Erichem Honeckerem oznajmił, że podobnie jak jego najświeższy rozmówca ubolewa, że stało się to konieczne: obaj pozostawali zatroskani o przyszłość bońskiej Ostpolitik, przynoszącej profity również towarzyszom zza zasieków, zaś zburzenie muru berlińskiego nie śniło się jeszcze nikomu. Chociaż pierwszy z zapisanych w historii murów, ten Stoczni Gdańskiej, przeskoczył już kilkanaście miesięcy wcześniej bezrobotny elektryk Lech Wałęsa.

Niewątpliwym sukcesem Ukraińców broniących się przed inwazją i ich sojuszników, zaś porażką Władimira Putina okazuje się postrzeganie trwającego od siedmiu miesięcy konfliktu zbrojnego nie jako kolejnej wojny regionalnej. Lecz konfrontacji wolnego świata z napastliwą dyktaturą.

Lecz stłoczeni na stopniach tramwaju, my jesteśmy współtwórcami rakiet…

Podsyca to poniekąd sam Kreml enuncjacjami, że w razie zwycięstwa na Ukrainie się nie skończy i ponura krucjata będzie trwała, co trafnie sugeruje ideologiczny guru putinizmu Aleksander Dugin, zaś inni wymieniają już nawet kolejne kraje, mogące stać się przedmiotem akcji militarnej. 

Putin wcześniej nazywający rozpad ZSRR katastrofą geopolityczną, teraz zamierza odwrócić jej bieg. Pewnie poszłoby mu łatwiej, gdyby sugerował, że zaczął tylko wojnę graniczną. Jednak podjął ją nie po to, by Zachód przestraszyć bądź omamić, lecz na użytek własnego społeczeństwa, uciekając w agresję od wewnętrznych problemów. Ożywił tym samym emocje, które również jego rozsądniejszym następcom trudno przyjdzie niczym dżinna zagnać z powrotem do butelki. Efekt doraźny został jednak już osiągnięty: skoro w globalnej stacji benzynowej, jak określa Zachód Rosję, nie da się osiągnąć satysfakcjonującego tubylców dobrobytu, stworzył sytuację, w którym każdy, kto się będzie tego dopominać, uznany zostanie za zdrajcę. A Rosjan ich historia przyzwyczaiła do wyrzeczeń.

W imię celów wyższych. Zacnych, jak w czasie wojny z pragnącym wytęoić wszystkich Słowian Adolfem Hitlerem, lub paskudnych, jak w dobie kolektywizacji. Nawet odwilżowy poeta Jewgenij Jewtuszenko opisał tę transakcję ze społeczeństwem słowami: “Lecz stłoczeni na stopniach tramwaju / My jesteśmy współtwórcami rakiet / Co myślami świata wstrząsają”.

Szantaż nuklearny wydaje się logicznym – choć obłędna to logika – następstwem podobnego rozumowania. Dopuścił się go w sporze o wyrzutnie na Kubie z Amerykanami oświecający Rosję po stalinowskiej nocy sekretarz generalny Nikita Chruszczow, w obu zamierzeniach popierany tak samo przez poetę Jewtuszenkę. Powtarza to na mniejszą skalę Putin, ponownie cofający swoją ojczyznę w strefę mroku. Na podbiciu Ukrainy mu nie zależy: musiałby wziąć na utrzymanie tych spośród kilkudziesięciu milionów jej mieszkańców, którzy w okupowanym kraju pozostaną, a ma przecież kłopot z własnymi obywatelami, których za sprawą spadających cen surowców nie był w stanie wykarmić na poziomie przyzwyczajeń z lepszych lat. Dlatego tę wojnę rozpoczął. I tak koło się zamyka. 

Co nie oznacza wcale, że interwencja na Ukrainie nie okaże się długotrwała i krwawa. Pozycyjna wojna iracko-irańska toczyła się przez osiem lat (1980-88), front przesuwał się niewiele, ale konflikt przerodził się w jedną z najgorszych jatek w historii. A nie walczył wtedy wolny świat z reżimem autokraty, lecz dwie dominujące w krajach wtedy określanych mianem niezaangażowanych praktyki rządzenia: lewacka dyktatura (Irak Saddama Husajna) i fundamentalistyczna teokracja (Iran ajatollaha Ruhollaha Chomeiniego).      

Magia globalnej konfrontacji   

To demokracje wygrały pierwszą wojnę światową, pokonując zmurszałe chociaż oparte wyłącznie na sile cesarstwa. Nawet próba ustanowienia tego ustroju w Niemczech skończyła się nieudanym, ale kilkunastoletnim i na ten czas odsuwającym zagrożenie eksperymentem z Republiką Weimarską. Wizjonerska koncepcja prezydenta USA Woodrowa Wilsona – nie wszyscy pamiętają, że akurat w historycznym dniu 11 listopada 1918 r. przyjął on w Białym Domu Romana Dmowskiego z Komitetu Narodowego Polski, dała niepodległość również mniejszym narodom Europy, które na różną skalę, jak Czechosłowacja aż do 1938 r. i Polska przynajmniej w czasie 1918-1929 skorzystały także z demokratycznej szansy. Ład wersalski nie okazał się trwały, ale nie był też amoralny, jak przedwojenne porozumienia cesarzy i dynastii. Wypracowano traktat o definicji agresora, którego zapisy pozwalają trafnie ocenić również obecny konflikt między Rosją a Ukrainą. I zadbano o prawa mniejszości narodowych.    

Dwoma głównymi zwycięzcami drugiej wojny okazały się demokratyczna Ameryka i dyktatorska Rosja stalinowska, jednak na jej wynik patrzeć trzeba przez pryzmat pokonania najbardziej agresywnego zła, postaciowanego przez Niemcy hitlerowskie i inne państwa “osi”. Polaków uratował przed biologiczną zagładą, chociaż nie dał nam powrotu niepodległości. Za to zwycięska Francja gen. Charlesa de Gaulle’a różniła się w oczywisty sposób od marionetkowego państwa Vichy marsz. Philippe’a Petaina. Zaś najdłużej stawiający opór Hitlerowi spośród mocarstwowych zwycięzców Winston Churchill przeszedł do historii nie tylko za sprawą Bitwy o Anglię, w której zadał Niemcom pierwszą porażkę, ale i powiedzenia, że demokracja ma same wady, jednak nikt lepszego ustroju nie wymyślił. Przekonał się o tym i sam autor tego konceptu, gdy po wygranej wojnie przegrał u siebie demokratyczne wybory.

Porządek powojenny, symbolizowany przez Organizację Narodów Zjednoczonych okazał się oparty na racjach silniejszego, w tym wypadku obu supermocarstw, ale umożliwił jednak zainicjowanie uzasadnionych moralnie procesów, jak dekolonizacji Trzeciego Świata, chociaż niewielu ich beneficjentom dane było ustanowić u siebie demokrację a nie jednopartyjną dyktaturę, najpierw wyrastającą z ruchu wyzwoleńczego, potem z kolejnych zamachów stanu.

Rozstrzygnięcie Zimnej Wojny w postaci rozpadu imperium radzieckiego przyniosło w opinii Francisa Fukuyamy koniec historii, pojmowany jako globalne zwycięstwo demokracji. Wysiłek polskich robotników, intelektualistów i studentów skupionych wokół powracającego po siedmiu latach podziemia ruchu Solidarności, również dzieło Vaclava Havla, czechosłowackiego dramaturga wprowadzającego do życia publicznego pojęcie “siły bezsilnych”, wreszcie ruch Niemców jednej nocy rozbierających mur berliński – zapowiadały ustanowienie optymistycznych, a nie amoralnych zasad. Załamanie nadeszło wraz z atakiem fundamentalistycznych terrorystów na dwie wieże World Trade Center (2001 r.).

Bezradność świata potwierdziły kosztowne i wątpliwe ideowo wojny odwetowe w Afganistanie i Iraku. Okazało się wtedy, że rację miał nie Fukuyama, lecz Samuel Huntington, przestrzegający przed gwałtowną konfrontacją cywilizacji. Zaś kres optymistycznej utopii przyniósł atak Rosji Władimira Putina na Ukrainę, powstałą w ponad trzy dekady wcześniej po rozpadzie radzieckiego “imperium zła”. 

Dlaczego Polacy mają swoje państwo, a Tatarzy nie

Problem wydaje się stary może nie jak świat, ale jak najstarsza demokracja, w greckim wydaniu: jak bronić wolności przed jej wrogami, tak, żeby demokracja nas w tym nie ograniczała. Starożytni Grecy, dzięki wyższej kulturze i obywatelskiej świadomości, poradzili sobie z najeżdżającymi ich kraj teoretycznie militarnie silniejszymi, ale wychowanymi w tyranii i nie znającymi innego niż ona porządku Persami.

Podobne kłopoty mieli nasi przodkowie, o czym zaświadcza klasyk polskiej historiografii Adolf Pawiński: “Wobec niebezpieczeństwa, które zagraża lub już się na karki zwaliło, król Jan Kazimierz albo Michał Korybut, lub inny z jego następców rozsyła uniwersały, np. w początkach stycznia na sejm do Warszawy mający się odbyć w końcu lutego. Sejmiki w styczniu lub w lutym obradują nad przedmiotami wyłuszczonymi w instrukcji królewskiej i wysyłają swoich posłów z właściwymi uchwałami i pełnomocnictwami. Sejm walny trwa sześć tygodni i w danym razie najwcześniej w połowie kwietnia uchwala podatki na podstawie złożonych przez województwa deklaracji. Nie prędzej jak w dwa lub trzy tygodnie po sejmie walnym odbywa się sejmik relacyjny, na którym województwo, wysłuchawszy sprawozdania posłów, potwierdza zadeklarowane przez nich sumy podatkowe.

Jednocześnie uchwala sejmik dla zapewnienia sobie całkowitego poboru dodatkowe pogłówne np. na Żydów, czopowe na mieszczan itd. Następuje publikacja uniwersałów, oznaczenie terminu zniesienia podatku na początek czerwca lub lipca. Po zgromadzeniu pieniędzy szafarze wojewódzcy otrzymują termin trzy lub czterotygodniowy do odwiezienia poborów na miejsce wskazane przez króla do Lwowa, do Lublina albo do obozu, dokąd ma się zgromadzić zaciężny żołnierz. Sześć, siedm miesięcy w najlepszym razie upłynęło od czasu, kiedy król postanowił zapobiec niebezpieczeństwu. Przy uciążliwszych podatkach, jak np. w 1652 r. rozkładano je na cztery raty. Wtedy oczywiście zebranie pieniędzy trwało znacznie dłużej.

A nieprzyjaciel tymczasem nie czekał. Owszem, ponieważ uchwała sejmowa w Polsce, termin składania poboru były rzeczą jawną, głośną, powszechnie znaną, to właśnie Tatarzy i Turcy, mając o tym wiadomości, zwykle najazdy swe urządzali w trakcie większych przygotowań wojennych, aby zaskoczyć bezbronną Rzeczpospolitą, nim swe siły zgromadzić zdołała” [1].     

Przydługi to opis i mocno nużący? Ale też taka pozostawała cała procedura pozyskiwania podatków na obronę kraju. Mawiano wszak, że Polska “nie rządem stoi, lecz prawem”. I tego ostatniego przestrzegano. Jednak to działało skutecznie przez stulecia. Tatarzy, co jak wiemy z pięknej relacji Pawińskiego, nie mieli podobnych problemów, nie mają też dziś własnego państwa. My tak. 

A Rzeczypospolita Szlachecka bardziej niż z mocy na polach bitewnych, chociaż wspaniałych zwycięstw nie brakowało, słynęła z innej, miękkiej siły przyciągania, stając się gościnnym domem i wzorem dla ludzi wielu kultur i religii. Również uchodźcy ukraińscy podążają dzisiaj ich szlakiem, o czym warto pamiętać. W licytowaniu się na dywizje kawalerii powietrznej raczej szans nie mamy, za to dobre tradycje ugruntowują nasz współczesny ludzki kapitał, również rzutujący na miejsce, jakie zajmujemy w świecie.     

Gdzie leży Jałta 

Powodzenie i społeczny zasięg polskiego humanitarnego wsparcia na rzecz uciekinierów z Ukrainy dowodzi, że na współczesną politykę międzynarodową wpływa nie tylko rachunek rakiet z pociskami o międzykontynentalnym zasięgu.  Miękka siła nie dysponujących ich arsenałami i nie pretendujących do światowego przywództwa średniej wielkości społeczeństw nie odeszła w przeszłość. Jednak musi zostać wsparta przez gwarancje i działania mocarstw wolnego świata. Dobrą prognozę w tej materii stanowi deklaracja prezydenta Stanów Zjednoczonych Joe Bidena, który podczas wizyty w Warszawie potwierdził aktualność artykułu piątego Traktatu Waszyngtońskiego, zobowiązującego państwa NATO do solidarnej obrony w razie ataku na każde z nich. Nabiera to teraz szczególnego znaczenia w świetle obawy, publicznie wyrażonej przez innego amerykańskiego polityka senatora Marco Rubio, że Polska może zostać zaatakowana, ponieważ przez nasze terytorium idą dostawy broni na Ukrainę. Niepokojący za to dla nas okazuje się brak pomocy zamożnego Zachodu dla Polaków, goszczących od początku gorącej wojny miliony uchodźców ukraińskich.

Za to wraz z wybuchami podwodnymi na Bałtyku, zatrzymującymi przesył gazu obu nitkami NordStreamu, spowodowanymi przez tajemniczych płetwonurków i oficjalnie bezpańskie drony – przestał istnieć problem niemieckiej dwulicowości, przejawiającej się w jednoczesnym nie tylko wspieraniu Ukrainy w jej aspiracjach atlantyckich i unijnych jeśli nie wprost zagrzewaniu do nich oraz obłudnym zatroskaniu o własnego podatnika, który ma daleko do pracy, więc potrzebuje tanich paliw od Putina. Oczywiście to nie Niemcy gazociąg wysadzili. Ale za sprawą tego wydarzenia stracili alibi. W kontekście usprawiedliwień, że Niemcom trudno o twarde stanowisko, ponieważ przed laty zdradziecko najechali Rosję, przytoczyć wypada słowa posła Władysława Bartoszewskiego, syna więźnia Oświęcimia i kronikarza okupacyjnej Warszawy – że na Ukrainę napadli wtedy również, co jego ojciec z pewnością by im przypomniał.

Z Kissingerem polemizować trudniej, bo jak spierać się z legendą… smucąc zarazem, że tak tanio została wyprzedana. Za rządów republikańskiego prezydenta Richarda Nixona jego ówczesny sekretarz stanu próbował przekonywać amerykańskich wyborców i podatników, że wspierając obalenie demokratycznie wybranego prezydenta Chile Salvadora Allendego przez gen. Augusto Pinocheta, który szybko ustanowił w tym kraju dyktaturę opartą na tajnej policji, torturach i donosicielstwie – jego kraj działa w interesie wolnego świata. Wzmocnił tym samym tylko globalną ofensywę Związku Radzieckiego za czasów Leonida Breżniewa.

Podobnie karne ekspedycje Zachodu po atakach na wieże WTC i Pentagon przeciw Afganistanowi i Irakowi, odwołujące się początkowo do oburzenia i lęku światowej opinii demokratycznej, po ujawnieniu drastycznych ich szczegółów, m.in. za sprawą Juliena Assange’a jako głównego ich demaskatora, przyczyniły się do rychłego odwrócenia nastrojów. Teraz jest inaczej: Stany Zjednoczone mają okazję pokazać, że nie chodzi tylko o ustanowienie kolejnego “pax americana” z zapewne gorszącymi jego elementami i racją silniejszego jako główną wykładnią. Tylko o udowodnienie, że skoro agresor nie jest iluzją i wskazać go tak łatwo – to podobnie wolny świat nie okazuje się tylko sloganem, dogodną zbitką pojęciową.

Jeśli tak ma być, potrzebuje nie tylko rzeczników – nimi już w Polsce się staliśmy, za sprawą udzielonej ofiarom konfliktu bezinteresownej i imponującej pomocy humanitarnej – ale również skutecznych obrońców. My silosów atomowych nie mamy, a potrzebne są nie po to przecież, żeby stacjonujących w nich rakiet użyć, ale żeby nie oddać Kremlowi monopolu na wzbudzanie lęku.           

Wolny świat ma szansę nie przegrać tej konfrontacji, jeśli zachowa czyste ręce i przejrzysty przekaz. Makiety nowego globalnego porządku nie mogą przesłonić losu ukraińskich dzieci. Wiemy o tym najlepiej, bo to u nas znalazły one schronienie. Potężniejszym od nas demokratycznym sojusznikom przypomnieć wypada, że Jałta – gorzki nie tylko dla Polaków symbol bezdusznego podziału świata – wedle prawa międzynarodowego leży wciąż na Ukrainie, nawet jeśli kontrolę nad nią uzurpuje sobie po samozwańczych aneksjach putinowska Rosja. I tak symbol spotyka się z konkretem. To kolejny dowód, że historia się nie kończy. I nie tylko od światowych liderów zależy, jaki nadamy jej bieg. Nie chodzi na pewno o przekonywanie innych, żeby umierali za Kijów, o czym już była mowa. Tylko o stworzenie takiej sytuacji, żeby na wschód od naszej granicy nikt już ginąć nie musiał.     

[1] Adolf Pawiński. Rządy sejmikowe w Polsce. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1978, s. 485-486    

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 5

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here