Rosja zaatakowała Ukrainę właśnie teraz, bo pojawił się wyjątkowy splot korzystnych dla niej okoliczności: USA są skompromitowane paniczną ucieczką amerykańskich wojsk z Afganistanu, Niemcy świeżo po wyborach parlamentarnych, Francuzi przed prezydenckimi. Kto w tej sytuacji powstrzyma Władimira Putina? Polska? Wolne żarty… Nie oznacza to jednak oczywiście naszej bezradności w narastającym na wschód od granicy konflikcie, byle tylko cele stawiać sobie realne: zwłaszcza obronę rodaków z Ukrainy, bo to nasz obowiązek – i zachowanie bezpieczeństwa kraju, bo to racja stanu.  

Po raz pierwszy od dawna warto jednak przyznać, że pomimo spadku prestiżu kraju zawinionego przez ekipę PiS, odegraliśmy wreszcie – przyznajmy bez ironii – korzystną rolę w polityce międzynarodowej. Wizyta szefa dyplomacji Zbigniewa Raua w roli rotacyjnego przewodniczącego OBWE u jego rosyjskiego odpowiednika Siergieja Ławrowa nie zapobiegła wprawdzie gorącej wojnie, ale odwlekła ją o ponad tydzień. Rosja miała przecież zaatakować wedle niemal pewnych danych już 16 lutego, dzień wcześniej Rau rozmawiał z Ławrowem, a kanclerz Niemiec Olaf Scholz z samym Putinem, zaś syreny alarmowe w Kijowie zawyły dopiero o świcie 24 lutego.

Kreml nacjonalizuje nacjonalizm

Krymnaszyści – ten szpetnie brzmiący neologizm określa Rosjan, którzy wcześniej Putina nie popierali, ale przekonali się do niego po aneksji półwyspu. Jak wiemy, nastąpiła w 2014 r. Wtedy właśnie rosyjski prezydent odnotował rekord poparcia we własnym społeczeństwie. Popularność Putina wzrosła z 60 do 80 proc, aż Nikołaj Pietrow z Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Moskwie mówił wręcz o “stanie upojenia”. Chociaż rosyjski prezydent wolnej grze o głosy nie podlega (wybory wprawdzie się odbywają, ale brak kandydatów, zdolnych mu zagrozić, tak zresztą dzieje się w większości krajów poradzieckich), liczy się z nastrojami: pobudzona w mocarstwowych ambicjach opinia publiczna więcej potrafi znieść. Nostalgikom dawnego imperium Putin oferował wcześniej wojnę gruzińską. Potem Krym i Donbas. Jeden z portali ujmuje rzecz prosto: Kreml nacjonalizuje nacjonalizm. O fakcie ataku na Ukrainę decydują więc kalkulacje związane z wewnętrznymi sprawami Rosji, tak jak o wyborze jego terminu – kombinacja czynników międzynarodowych.    

W grze globalnej Rosja Putina znalazła się w stanie pozornego osamotnienia. W inwazji na Ukrainie uczestniczy Białoruś Aleksandra Łukaszenki, jednak jej suwerenność dawno została utopiona w paliwach i gazie z rosyjskich zasobów. Wspierają Rosję Armenia i Azerbejdżan – kraje wzajemnie sobie wrogie. Także Kuba, Nikaragua, Wenezuela, ale pierwsze z tych dwóch krajów to tradycyjni protegowani jeszcze z radzieckich czasów zaś ostatni – niedawny beneficjent boomu naftowego – to teraz po latach populistycznych rządów państwo upadłe w gorszym jeszcze niż sama Ukraina stopniu. 

Chiny deklarują neutralność wobec wojny Rosji z Ukrainą. Pekin, jak to tylko on potrafi, wzywa do powściągliwości i ostrożności.

Chcieli sojuszu przeciw Chinom, teraz przyjdzie każdej piędzi ziemi bronić

Co znaczące, obecny sekretarz stanu czyli amerykański odpowiednik ministra spraw zagranicznych w ekipie Joego Bidena, Anthony Blinken, który jeszcze niedawno przymierzał się do spotkania ostatniej szansy z Ławrowem, co wobec stwarzania przez administrację Putina kolejnych faktów dokonanych jednak uznał za pozbawione sensu – w chwili objęcia urzędowania, a to niewiele ponad rok temu, skłaniał się do koncepcji sojuszu Stanów Zjednoczonych z Rosją wymierzonego przeciwko Chinom. Celem było położenie tamy ekspansji technologicznej Państwa Środka, bo walką z wysokoemisyjną produkcją chińską Waszyngton raczej nie był w stanie moskiewskich partnerów zainteresować.  

Wychowany i wykształcony w Paryżu i szczerze zakochany we Francji i europejskiej kulturze Blinken wydaje się znakomicie przygotowany do rozumienia europejskich spraw. Także naszego regionu. Jego ojczym pochodził z Białegostoku, przeżył Holocaust, z obozu wyzwolili go amerykańscy żołnierze. Gorsze jednak intuicje objawia Blinken w grze globalnej, bo zamiast osi Moskwa – Waszyngton, zwróconej przeciw Pekinowi, ma dziś przeciwko sobie wrogą Rosję, a pośrodku neutralne Chiny. Nawet wykpiwany przez intelektaulistów i skompromitowany później w aferze Watergate Richard Nixon potrafił z Chinami się dogadać za sprawą sławnej dyplomacji pingpongowej – wobec braku oficjalnych kontaktów po rewolucji kulturalnej do Państwa Środka wyjechała najpierw akademicka drużyna tenisa stołowego przy czym niejeden ze studentów trzymania paletki uczył się pospiesznie tuż przed wyjazdem na kursach w siedzibie CIA w Langley. Utorowało to drogę do spotkań z samym Mao Zedongiem i Czou EnLaiem. Ale też ten sam Nixon spotykał się również z Leonidem Breżniewem we Władywostoku i zimną wojnę zastąpił odprężeniem. Dziś Ameryka potrafiła tylko w odpowiedzi na pierwsze zaostrzone działania Rosji wprowadzić sankcje ekonomiczne, które nawet nie zachwiały moskiewską giełdą ani nie osłabiły kursu rubla. Za to skłoniły Rosjan do ulicznych demonstracji poparcia dla rodzimych władz, nie zawsze przez FSB inscenizowanych. 

Co jednak istotne dla Polski, rządzonej przez partię, której prezes jeszcze niedawno zapowiadał, że w Warszawie będzie Budapeszt – Węgry ogłosiły ustami Viktora Orbana, że nie zamierzają się w konflikt angażować. A nawet – chcą się trzymać od niego z daleka. Zarazem ten sam Orban roztropnie deklaruje, że Węgry reprezentują w tej sprawie stanowisko Unii Europejskiej. W porównaniu ze zdolnościami polityczno-dyplomatycznymi, jakie przejawia węgierski lider, zachwycony nim Kaczyński okazuje się słoniem w składzie porcelany. 

Cała dotychczasowa proputinowska menażeria w zachodniej Europie od Marine Le Pen we Francji po Mattea Salviniego we Włoszech, stanowiąca też wierną bazę partnerską PiS w walce z dyktatem Unii Europejskiej, ogłaszanej przez Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego w przerwach między zabiegami o pochodzące z tejże UE pieniądze – całe to towarzystwo straci na awanturze, rozpętanej przez patrona na Ukrainie. Wielce prawdopodobne, że to za sprawą inwazji Rosji na odległy kraj wyborcy francuscy zdecydują niebawem, że do drugiej tury zamiast zużytej już Le Pen wejdzie wraz z urzędującym prezydentem Emmanuelem Macronem błyskotliwy, ale i kontrowersyjny radykał Eric Zemmour, który podobnie jak nasz Szymon Hołownia – zanim wybrał politykę za miejsce pracy miał studio programu telewizyjnego na żywo. I zwierzęciem medialnym pozostaje nie byle jakim.  

W Kijowie cztery stacje metra zamieniono na schrony przeciwlotnicze. Wciąż rozlegają się przeraźliwe dźwięki syren alarmowych. Nikt nie wie, gdzie zatrzyma się Putin. Jedni twierdzą, że na Dnieprze, inni że na Łabie. Nie ulega wątpliwości, że słabe odpowiedzi Zachodu na wcześniejsze działania tylko go rozzuchwaliły.

Toczy się wojna wprawdzie już gorąca, ale też wirtualna, nie tylko dlatego, że jej areną pozostają cyberprzestrzeń (najlepsi w świecie rosyjscy hakerzy wyłączają nie tylko strony kijowskiej administracji ale też komercyjnych banków ukraińskich) i 24-godzinne stacje telewizyjne. Oto nie istniejące już faktycznie imperium (wypowiedzi zachodnich oficjeli, że Rosja to wielka stacja benzynowa oraz gospodarka wielkości holenderskiej, pozostają geopolitycznie niemądre, ale na poziomie faktografii czy ściślej statystyki prawdziwe) dokonuje inwazji na państwo narodowe, które z kolei nie zdążyło zaistnieć. Ucieczka oligarchów i deputowanych z Ukrainy, czy pojawienie się już teraz – chociaż bomby padają o 100 km od granicy – na Podkarpaciu “uchodźców wojennych” od sąsiada potwierdzają, że ofiara agresji w znacznej mierze spełnia kryteria państwa upadłego. Ukraina liczy, że kto inny ją ocali. Raczej na darmo.  

W czwartek wieczorem prezydent Joe Biden ogłosił, że Stany Zjednoczone zamierzają bronić “każdej piędzi” terytorium państw NATO. Można to interpretować jako porzucenie Ukrainy, ale zarazem twardą gwarancję bezpieczeństwa dla nas i wszystkich innych krajów, których dotyczy artykuł piąty Traktatu Waszyngtońskiego, stanowiący o wspólnym obowiązku obrony sygnatariuszy Sojuszu Atlantyckiego.

Oprócz wojny gorącej na wschód od naszych granic, toczy się globalna wojna nerwów. Kto ją przetrwa najlepiej, ten będzie stanowić o warunkach przyszłego pokoju. Którego ludzkość po dwóch latach pandemii potrzebuje zapewne bardziej niż kiedykolwiek przedtem.     

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 7

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

1 KOMENTARZ

Skomentuj Anonim Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here