Nagły powrót SLD

0
105

czyli nie wie prawica, co czyni lewica

SLD powraca. Wprawdzie Włodzimierz Czarzasty zmienił nazwę partii, ale jego bardziej ideowi oponenci reanimują dawną markę jako skrót nazwy Stowarzyszenia Lewicy Demokratycznej. Przy rozmowach o wspólnych kandydatach opozycji w wyborach do Senatu nie są bez szans, skoro w obecnej kadencji Lewica Czarzastego nie ma ani jednego senatora, zaś Polska Partia Socjalistyczna, do której utwralonej w historii nazwy odwołują się rywale – dwoje. W tym wicemarszałkinię “izby refleksji”.

Przy wspólnych rachunkach, obliczanych na pokonanie PiS w wyborach senackich każda ze stron dysponuje więc swoimi aktywami, z którymi liczyć się muszą koalicjanci. Przynajmniej jeśli serio zamierzają powtórzyć cud nad urną, jaki miał miejsce przed trzema laty, nazywany też “efektem Olgi Tokarczuk” (wiadomość o Noblu dla pisarki – nie tajacej rezerwy wobec autokratycznych rządów – podano w przedwyborczy czwartek), kiedy to po uzgodnieniu kandydatów, żeby nie rozbijali głosów sobie nawzajem, partie demokratycznej opozycji pokonały w głosowaniu do Senatu PiS, chociaż w Sejmie formacja Jarosława Kaczyńskiego uzyskała większość mandatów. W Senacie zawiązano koalicję, która wskazała Tomasza Grodzkiego na marszałka. Tworzyli ją: PO-KO, z której wywodzi się także Grodzki, PSL, Lewica  oraz niezależni. W trakcie kadencji jednak wiele się zmieniło, bynajmniej nie za sprawą wyborów uzupełniających. Doszedł nowy koalicjant – Polska 2050 Szymona Hołowni, do której przepisał się wybrany z poparciem PO-KO z Lublina Jacek Bury: symbol sukcesu, bo zdobył mandat uznawany za przesądzony dla PiS. Zaś Lewica Czarzastego jako koalicjant senacki w ogóle wypadła z gry, ponieważ  jej senatorowie przeszli do nowo utworzonego koła PPS. To zresztą nie byle jacy parlamentarzyści: prawniczka Gabriela Morawska-Stanecka oraz lekarz Wojciech Konieczny, który popularność zyskał jako dyrektor szpitala w Częstochowie.

Morawska-Stanecka jest wicemarszałkinią Senatu. Czarzasty pełni tę samą funkcję w Sejmie. Lewica ma swoich posłów, PPS – senatorów. I tak po krótkim czasie monopolu szanse na lewicy się wyrównały.

Jak ich nie wezmą na następną kadencję, już w tej stracą większość 

W toczących się już rozmowach o porozumieniu demokratycznym na kolejne wybory senackie, lewicowi politycy trzymający z Czarzastym domagają się, żeby ich konkurenci nie znaleźli się wśród kandydatów do Senatu. Tyle, że spełnienie ich żądania oznaczałoby… utratę przez demokratów większości już w tej kadencji. Wisi ona bowiem dosłownie na jednym głosie, co z goryczą podkreślaja senatorowie. Odejście kogokolwiek z porozumienia senackiego oznacza więc odwołanie Grodzkiego i wybór marszałka z PiS.

Na liderkę wyrasta Morawska-Stanecka, która potrafiła się swego czasu przeciwstawić samemu Czarzastemu, gdy ten zbluzgał ją za… zbyt częste występy medialne. 

Lewica… odnowiona czy Nowa

Lewica odnowiona rzuca wyzwanie Nowej Lewicy Czarzastego, to nie tylko semantyczny paradoks. Sztandar PPS pomaga w przekonywaniu tych, co serce po lewej stronie łączą z postsolidarnościowymi jeszcze sentymentami. Pamietajmy bowiem, że dziś swoich partii nie mają legendarni liderzy ani doradcy dawnego dziesięciomilionowego Związku, jak Zbigniew Bujak czy Ryszard Bugaj, a nie wyzbyli się prospołecznych przekonań. Sami rzecz jasna w to nie wejdą, ale ich dawni zwolennicy wciąż głosują. 

Dla tych zaś, co żywią sentymenty całkiem odmienne, pojawiła się nowa oferta.

Stowarzyszenie Lewicy Demokratycznej zagospodarować ma tych, co byli w dawnym SLD, ale w Nowej Lewicy Czarzastego już się nie zmieścili. Organizatorzy utrzymują, że to nawet 90 proc dawnych kadr. Nieoficjalnie wiadomo, że inicjatywie sprzyja Leszek Miller. Bezpośrednio zaś zaangażował sie w nią Zbyszek Zaborowski, dawny poseł pięciu kadencji i “śląski baron” Sojuszu Lewicy Demokratycznej. A Śląsk to legenda Barbary Blidy i jej wciaż wiążącej się z tyloma znakami zapytania śmierci.  Dla wielu nie tylko lewicowych wyborców była minister budownictwa pozostaje ofiarą brutalności PiS.

Zanim policzą się przy urnach   

Wszystko to jednak tylko ćwiczenia z liczenia. Naprawdę bowiem lewica… policzy się dopiero przy urnach.

Wcześniej PPS nie będzie miała kłopotów z dojściem do mediów, skoro w kwestiach komunikacji społecznej doradza jej dawny szef Wiadomości TVP z lat 2001-4 Piotr Sławiński, zaś jednym z posłów koła pozostaje Andrzej Rozenek ze środowiska tygodnika “Nie”. Zaś reanimacja SLD, nawet pod mniej zobowiązującą i integrującą stowarzyszeniową marką, zapewni silne struktury w terenie.

Miarą chosu pozostaje fakt, że o ile oficjalną Nową Lewicą zawiaduje Czarzasty, to Robert Kwiatkowski, z którym dwie dekady temu wspólnie we dwóch rządzili mediami w Polsce – odnalazł się jako jeden z głównych animatorów PPS. Doskonale pamiętam, jak w latach 90, gdy podawano wyniki kolejnych zwycięskich dla postkomunistów wyborów, w newsroomie Wiadomości TVP jeden z młodych kolegów pół żartem, pół serio zaintonował “Bandiera rosa, la triomfera”, a dwie starsze panie rodem jeszcze ze starego Dziennika TV swoje głosy dołączyły. Po czym na szefa telewizji przyszedł Kwiatkowski i całe to towarzystwo nawet nie wyrzucił, tylko odsunął do kanału regionalnego, bo w okienku o 19,30 potrzebował ludzi posłusznych, a nie ideowych. Dziś jednak tym, co obraża i wywala, okazuje się Czarzasty, zaś poseł Kwiatkowski odgrywa rolę doświadczonego menedżera kolejnej już inicjatywy z maską dobrotliwości na twarzy.

Dla wielu ludzi lewicy obecna partia Czarzastego to formacja dwóch osób: wyłącznie jego i posłanki Anny Marii Żukowskiej. O problemach z tym związanych mówiła publicznie Monika Jaruzelska, celebrytka i córka dyktatora z lat 80, a później prezydenta wybranego przez kontraktowy parlament (urząd gen. Wojciech Jaruzelski sprawował od lipca 1989 r. do grudnia 1990 r.), gdy wspomniane “duo” uniemożliwiło jej ubieganie się o mandat z Warszawy, bo stąd posłanką zostać musiała Żukowska. 

Zaś oponenci? Otwarci na rozmowę – tak się przedstawiają. Trudniej będzie im połączyć dwa tony, chociaż oba oparte są na nostalgii: pierwszy – za sztandarami PPS, młodym Józefem Piłsudskim jako “towarzyszem Wiktorem”, “Ludźmi podziemnymi” Andrzeja Struga oraz Stanisławem Dubois, ale także odrodzoną antykomunistyczną PPS z lat 80. Jana Józefa Lipskiego i Piotra Ikonowicza, rychło podzieloną na trzy odłamy. Drugi – za Sojuszem Lewicy Demokratycznej, pragmatycznie rządzącym w latach 1993-97 oraz 2001-5 i mającym swojego prezydenta przez dwie kadencje (Aleksander Kwaśniewski wygrał w 1995 r. z Lechem Wałęsą, zaś w 2000 w pierwszej turze ze wszystkimi). Ten, komu się to uda bez kakofonii, zasłuży sobie na miano Krzysztofa Pendereckiego polskiej polityki. Zwłaszcza, ze za sprawą kursu przyjętego przez rządzące PiS, skrzywdzonych i poniżonych – a więc tradycyjnego elektoratu lewicy – z pewnością w Polsce nie zabraknie. Kiedyś liczbę jej zwolenników pomnażał Leszek Balcerowicz, teraz Jarosław Kaczyński.    

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here