Piłkarskie Euro: przełamać niemożność

1
69

Dwa razy zostaliśmy trzecią drużyną świata (w 1974 ekipa Kazimierza Górskiego i w 1982 Antoniego Piechniczka), raz piątą (w 1978 r. zespół Jacka Gmocha), ale na piłkarskim Euro naszym największym sukcesem pozostaje miejsce ledwie w najlepszej ósemce – drużyny Adama Nawałki sprzed pięciu lat. Rozpoczynający się turniej daje piłkarzom Paula Sousy szansę przełamania opinii, że lepiej udaje się nam organizowanie Euro (w 2012 r. wspólnie z Ukrainą) niż wygrywanie tam meczów.

Przed laty inny zagraniczny trener Holender Leo Beenhakker po raz pierwszy wprowadził polską drużynę narodową do finałów Mistrzostw Europy, bo wcześniej nawet nie byliśmy w stanie awansować, ale i wtedy w gronie najlepszych nie odegraliśmy już żadnej roli, dorobek ograniczając do anemicznego remisu z Austrią. Teraz portugalski selekcjoner Paulo Sousa zamierza sprostać oczekiwaniom kibiców, głodnych sukcesu po pandemii, kiedy meczów rozgrywano mniej: wielki turniej przecież również został opóźniony o rok.

Za rywali w grupie mamy Hiszpanię i Szwecję, teoretycznie od nas silniejsze oraz rankingowo słabszą Słowację. Zwłaszcza jednak w Mistrzostwach Europy przewidywania nawet renomowanych ekspertów zwykle się nie sprawdzają: w 2004 r. najlepsi na kontynencie okazali się Grecy, bez sukcesów na Mundialach. Zaś gdy Czechosłowacja w 1976 r. wygrała turniej pokonując Holendrów i w finale Niemców, później nawet nie awansowała do szesnastki najlepszych na świecie grających o tytuł w Argentynie wyeliminowana przez średnio grających Szkotów, którzy potem nie sprostali nawet Peru. Z jeszcze większym kuriozum mieliśmy do czynienia w 1992 r. kiedy to jugosłowiańskich piłkarzy uznano za współwinnych wojennej polityki Slobodana Milosevicia i wykluczono z mistrzostw: zastąpili ich wylosowani spośród przegranych w eliminacjach Duńczycy i to właśnie oni, dokooptowani przy zielonym stoliku… wygrali wtedy cały turniej. Nie posłużyło to prestiżowi Euro. Zresztą turniej nie ma takich tradycji, jak szczęśliwsze dla Polaków Mistrzostwa Świata rozgrywane od 1930 r: Euro rozkręcało się powoli, od 1960 r. grano o Puchar Narodów, którego zwycięzców zalicza się do grona mistrzów kontynentu, dopiero od 1968 r. oficjalnie pod obecną marką. Aż do 1976 r. w finałach występowały ledwie cztery drużyny, podczas gdy na mundialach szesnaście, teraz odpowiednio 24 wobec 32 a niedługo 48.

A Polacy… czasem jakby do Euro nie mieli wielkiej motywacji, kiedy indziej losowali fatalnie. Gdy pozostawaliśmy trzecią a potem piątą drużyną świata – rywalami w europejskich eliminacjach okazywali się drudzy wtedy na Mundialach Holendrzy. Wielu znawców za najlepszy mecz w historii polskiej piłki uznaje nie remis Górskiego za Wembley ani zwycięstwo Piechniczka w grze o trzecie miejsce z Francją ale rewelacyjne 4:1 z aktualnymi wicemistrzami świata w Chorzowie w 1975 r. Dopiero na dziesięć minut przed końcem znakomity Rene van der Kerkhof strzelił dla pomarańczowych honorową bramkę. “Nie pomogły Johany na zwiędłe tulipany” – obwieszczała wtedy do rymu polska prasa sportowa, bo filarami gości byli noszący to samo imię Cruyff i Neeskens, wielkie ówczesne gwiazdy. Wygrana awansu nie dała, ponieważ w Amsterdamie z kolei trzy do zera pokonali nas gospodarze, my wcześniej zaś “tylko zremisowaliśmy” w Rzymie z Włochami; sformułowanie to oddające ówczesne wielkie oczekiwania i ambicje wziąć trzeba w cudzysłów, bo dzisiaj… wszystko byśmy za taki wynik oddali.

Cztery lata później (1979 r.) w bezpośrednich meczach z Holendrami, podwójnymi już wicemistrzami świata obroniliśmy dodatni bilans – 2:0 i 1:1. Na turniej pojechali znów jednak pomarańczowi, bo my pogubiliśmy punkty ze słabszą NRD. W Chorzowie padł remis 1:1 a w Lipsku przegraliśmy 1:2 z przyczyn nie tylko sportowych, jak się okazało, bo na przyczyny porażki spojrzeć warto było od kuchni… dosłownie. Ale nie uprzedzajmy faktów, jak mawiał kultowy komentator Jan Ciszewski.

Po dwóch latach znów NRD-owców mieliśmy za rywali, ale w eliminacjach do hiszpańskiego Mundialu, a nie Euro. W Chorzowie jedynego gola strzelił Andrzej Buncol więc o awansie decydował mecz w Lipsku. Tym razem, pomimo ograniczeń związanych z kryzysem (był 1981 rok), do Lipska zabraliśmy własnego kucharza, pamiętano bowiem sensacje żołądkowe, prześladujące ekipę dwa lata wcześniej. Ostrożność opłaciła się, piłkarze wyszli na mecz w pełnym zdrowiu i wygrali z gospodarzami po sportowemu 3:2.           
Pięć lat temu za sprawą selekcjonera Adama Nawałki wreszcie na Euro zaistnieliśmy a nie statystowaliśmy: zremisowaliśmy z Niemcami, wygraliśmy z Ukrainą i Irlandią Północną, po rzutach karnych wyeliminowaliśmy wyżej notowaną Szwajcarię, aż w tych samych okolicznosciach w ćwierćfinale nas z kolei z turnieju wyrzuciła Portugalia, bo jedenastki nie strzelił Jakub Błaszczykowski. Wstydu jednak nie było, na ulicach polskich miast powszechnie rozlegało się “nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało” a Portugalczycy wygrali nie tylko z nami konkurs rzutów karnych ale później cały turniej. 

Jeśli sądzić po wynikach niedawnych towarzyskich meczów reprezentacji narodowej – remisach u siebie z Rosją i Islandią – piłkarze znajdują się w średniej formie. Jednak przed mistrzostwami świata 1974 ekipa Górskiego towarzysko też nie grała olśniewająco – już po kultowym zwycięskim remisie na Wembley w meczu nie o punkty przegraliśmy z dużo słabszą Irlandią, a potem zostaliśmy rewelacją turnieju, Grzegorz Lato jego królem strzelców (7 goli w tym jedyny jaki padł z rozstrzygającym o trzecim miejscu z Brazylią),  zaś Kazimierz Deyna trzecim piłkarzem Europy. Z kolei przed mundialem 1982 r. kiedy to ekipa Antoniego Piechniczka też przywiozła z Hiszpanii trzecią lokatę, meczów towarzyskich nie rozgrywaliśmy w ogóle: kraje socjalistyczne bały się nas po czasie Solidarności, zaś zachodnie bojkotowały za wprowadzenie stanu wojennego przez juntę gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Zagraliśmy więc od razu o punkty, ale znakomicie, zaś trzecim w Europie piłkarzem został z kolei Zbigniew Boniek. 

Teraz, jeśli pocieszyć się mamy, nasz Robert Lewandowski uznany został za najlepszego piłkarza świata: lauru tego nawet Włodzimierzowi Lubańskiemu ani Janowi Tomaszewskiemu nie udało się osiągnąć. Po latach sukcesów odnoszonych w barwach Bayernu Monachium czas, by równą klasę pokazał w reprezentacji. Zwłaszcza, że przed trzema laty po Mistrzostwach Świata w Rosji został uznany za jedno z największych rozczarowań turnieju, co pozostaje plamą na honorze najlepszego zawodnika świata. Trzeba jednak pamiętać, że w piłkę nożną wygrywa się w jedenastu a nie indywidualnie: reprezentacja Danii nie odnosiła sukcesów gdy najlepszym piłkarzem kontynentu wybierano Alana Simonsena ani Finlandia nie wygrywała, kiedy świat podziwiał gole Jariego Litmanena dla amsterdamskiego Ajaxu.

O tym, czy mamy godną sukcesów drużynę narodową, przekonamy się w trakcie turnieju. Zaś kibice, zmęczeni jak całe społeczeństwo pandemią potrzebują zwycięstw równie mocno, jak kiedyś w czasach stanu wojennego, gdy radość dała im ekipa Piechniczka z Bońkiem w składzie. O ile bowiem dla Niemców czy Anglików futbol pozostaje przede wszystkim biznesem, dla narodu Brazylii czy Argentyny odpowiednikiem religii, to dla Polaków wiele razy w najnowszej historii okazywał się rekompensatą za rozliczne niedobory i cierpienia. Im trudniej żyło się w kraju, tym większej dumy przysparzały zwycięstwa piłkarzy.       

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

1 KOMENTARZ

  1. PRECYZYJNIE TO. Robert Lewandowski, nie jest NAJLESZYM PIŁKARZEM ŚWIATA, ale BYŁ PIŁKARZEM ROKU FIFA 2020. Nasz RL w trakcie meczu ze Słowacją oddał 5 niecelnych strzałów na bramkę i miał 10 niecelnych podań. Leo Messi w meczu późniejszym o kilka godzin Argentyna – Chile szalał od obrony do ataku. A jak wykonywał rzuty rożne. Radzę pooglądać !! Pozdrawiam

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here