Pobratymcy

0
47

Sojusz PiS z postkomunistami nie zrodził się z meandrów arytmetyki sejmowej lecz z powinowactwa nawyków i idei. Jarosław Kaczyński nie ma prawa jazdy, Włodzimierz Czarzasty też zawsze korzystał z samochodu służbowego. Prezes PiS miał czterdziestkę gdy pierwszy raz wyjechał na Zachód obecni liderzy Lewicy też kisili się wtedy w “demoludach”. Także wyborca jednych i drugich niewiele się różni: nieufny, pełen uprzedzeń, nastawiony roszczeniowo i przekonany o własnej krzywdzie.

Można żartować nieśmiesznie, że to współczesna wersja paktu Ribbentrop-Mołotow jak czynią to po korytarzach lewicowi politycy ale trzeba przyznać, że Włodzimierz Czarzasty i Jarosław Kaczyński dobrali się w korcu maku. Łączy ich podskórne przekonanie, że najlepsze rozwiązania istniały w dawnym ustroju, czego dowodem likwidacja gimnazjów i powrot do gomułkowsko-gierkowskiego systemu edukacji 8 plus 4 przez PiS oraz likwidacja sedna reformy sluzby zdrowia szesnastu regionalnych kas chorych jeszcze przez rząd Leszka Millera i zastąpienie ich centralistyczną czapą Narodowego Funduszu Zdrowia. Zarówno pozostający w PRL w drugim szeregu Czarzasty (organizacje młodzieżowe, współpraca kulturalna) jak pozbawiony cnoty odwagi Kaczyński (13 grudnia spałeś do południa, wypomianają mu 1981 r. solidarnościowi demonstranci)  pozostają nieodrodnymi dziećmi tamtych czasów.

Pamiętamy dialog z “Psów” Władysława Pasikowskiego:
– Na pohybel czarnym…
– I czerwonym…
– Na pohybel wszystkim.
– I za to mogę wypić.

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Rok, dwa, trzy i po kolejnych wyborach ci zabawni faceci przypominający postaci z kreskówki mogą wspólnie rządzić Polską pod hasłami proeuropejskimi, których tyle już wysłano w eter przy okazji niedawnego sejmowego głosowania ratyfikacyjnego. Skoro Kaczyński nie wzdragał sie przed koalicją z Samoobroną Andrzeja Leppera (chociaż gdy z prezesem PiS rozmawiałem pół roku wcześniej określił ten wariant jako “skrajnie mało prawdopodobny”, cały on) nie ulęknie się sojuszu rządowego z postkomunistami, skoro już bez strat własnych zawarł parlamentarny. I to pod wzniosłymi hasłami wspólnej europejskiej odbudowy, razem przegłosowując ratyfikację funduszu pomocowego z UE. PSL dołączyło już do zwycięzców, podobnie jak zalążek ekipy Szymona Hołowni.

Eurodeputowany rodem z SLD Marek Balt w szeroko rozpropagowanej przez przekaziory pisowskie wypowiedzi wezwał marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego do jak najszybszej ratyfikacji pakietu pomocowego z UE i uznał, że jeśli takie przyspieszenie nie nastąpi, dowodzić to będzie prymatu racji partyjnych nad dobrem Polski. Stanowi to już argument za zastąpieniem marszałka przez inną osobę – wywodzi Balt, powtarzając i to w wersji hard dokładnie to co w wariancie soft mawia po senackich korytarzach wicemarszałek tej izby z ramienia PiS Marek Pęk. Balta wypowiedź pozostaje symptomatyczna, bo nadmiarem zdolności analitycznych europoseł się nie wykazuje, to raczej krew z krwi i kość z kości postkomunistycznego aparatu partyjnego. A w tym wypadku koncertowo Balt kąsa rękę, co go od lat karmi. Stanowiące obiekt zawiści reszty klasy politycznej apanaże eurodeputowanego zawdzięcza młody postkomunista Balt weteranowi dawnej radykalnie antykomunistycznej Solidarności Walczącej Grzegorzowi Schetynie, który jako animator Koalicji Europejskiej, zawartej przez PO z SLD i PSL ponad podziałami z historii faktycznie obdarował dawnych swoich prześladowców z PZPR miejscami biorącymi. Gdyby byli towarzysze szli z własną listą, szanse na mandaty mieliby może sam Miller, Włodzimierz Cimoszewicz czy Marek Belka ale Balt już – w żadnym wypadku. Wsłuchajmy się więc w głos aparatu, zobaczamy jak wygląda jego wdzięczność – a Schetyna zresztą pomimo swoich ekumenicznych wygibasów wybory tamte i tak przegrał. Co nie znaczy że niedawni partnerzy, po skrzętnym odwróceniu sojuszy, nie poniosą żadych strat.      

Postkomunistom przyjdzie zapomnieć o męczeństwie Barbary Blidy, o durnych i chmurnych wrzaskach z październikowych protestów z ub. r. i innych wystąpieniach ruchu ośmiu gwiazdek, a także o losach resortowych emerytów pokrzydzonych przez dobrą zmianę nad którymi jeszcze niedawno lali krokodyle łzy. Zresztą na niwie biografii politycznych wymienność ról między obu obozami od dawna była faktem, przykładem olśniewająca kariera prokuratora stanu wojennego Stanisława Piotrowicza w roli promotora tego co PiS określa mianem reformy wymiaru sprawiedliwości, szlify komentatora dyżurnego Marka Króla, byłego sekretarza KC PZPR, w TVP Jacka Kurskiego czy wreszcie ambasadorska posada w Berlinie dla męża Julii Przyłębskiej – samozwańczej prezeski Trybunału Konstytucyjnego – Andrzeja, znanego w czasach poprzedniego ustroju jako TW Wolfgang. 

O jednym za to postkomuniści powinni pamiętać, gdy w kuluarach i po większej wódce przywołują układ Wiaczesława Mołotowa z Joachimem Ribbentropem jako wzór mądrości politycznej ponad podziałami: po pakcie w jakiś czas nastąpił plan Barbarossa, którego 40 rocznicę mieć będziemy niedługo. Zaś z bohaterów tamtej historii Ribbentrop źle skończył w Norymberdze zaś Mołotow swoją karierę finalizował zarządzając nie państwem jak w marzeniach, lecz niedużą i przestarzałą elektrownią na Uralu. Los nie oszczędził go też w tym sensie, że ponieważ przyszło mu żyć prawie sto lat, doczekał Michaiła Gorbaczowa i jego pokazowej destalinizacji co dla niego oznaczało poniewieranie wszystkim, czemu służył. Nie martwmy się jednak o postkomunistów za bardzo…

Bo wbrew żartom historycznym dygresjom i analogiom, z najnowszych sondaży wynika, że jedyny układ rządzący możliwy do zawarcia w przyszłym Sejmie to koalicja PiS (211 mandatów) z Lewicą (44 posłów), dająca bezpieczną większość 255 szabel na 460, każda inna konstrukcja wymagałaby bowiem mozolnych ustaleń więcej niż dwóch ugrupowań bo nie mają większości choćby razem liczone Polska 2050 Szymona Hołowni i PO-Koalicja Obywatelska (raptem 183 mandaty), generalnie rzut oka na wyniki sondażu United Survey firmy demoskopijnej, co rzadko się myli pokazuje, że żaden układ poza koalicją Kaczyńskiego z Czarzastym się nie składa [1]. 

Skończyły się żarty, zaczęły się schody – mówi znane francuskie powiedzenie, które na grunt polski przeniósł bywały w świecie polityk Bolesław Wieniawa-Długoszowski, którego biogram może być symbolem odmiany indywidualnego losu:  najpierw w kilkanaście lat awansował z wachmistrza na generała potem w kolejnych kilka stał się z prawej ręki dyktatora Piłsudskiego i ambasadora RP w Rzymie wygnańcem, parającym się za wielką wodą introligatorstwem artystycznym po to, by wyżywić przywykłą do wysokiej stopy wydatków rodzinę. Zaś oprócz powiedzenia, że ten się śmieje, kto się śmieje ostatni istnieje jeszcze formuła wielkiego czeskiego pisarza Milana Kundery: nikt się nie będzie śmiał. Często się sprawdzała w naszej części Europy.     

[1] sondaż United Survey dla Wirtualnej Polski z 4 maja 2021

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 1

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here